|
Akt I: Chłód ognia, ciepło natury i lodowy zew |
| Autor |
Wiadomość |
Narrator
Naczelny Bajarz

Karta Postaci
Reiatsu: Over 9000!
|
Wysłany: 2010-04-17, 17:46 Akt I: Chłód ognia, ciepło natury i lodowy zew
|
|
|
Ciepło natury
Grupa pierwsza: Dywizja Piąta
Dowódca: Kamiiru Tagawa
Zastępca: Hikari Keitou
Cel misji: Odnalezienie seledynowego klejnotu Niszczycieli
Dodatkowe zadanie: Dowiedzenie się o właściwościach szmaragdu.
Miejsce: Puszcza Amazońska 3°S, 67°W – Ruiny Kultu Węża
Nizina Amazonki, wielki obszar lasów deszczowych. Wiele miejsc nie zostało jeszcze tkniętych cywilizacją, a to ze względu na trudno dostępny teren oraz niesprzyjające warunki. Upał i duża wilgoć powodują, że żywność szybko się psuje. Setki tysięcy latających moskitów doprowadzają do szaleństwa nawet największych anemików. Wiele nieznanych zwierząt czai się w tej dżungli, wiele nieznanych roślin, wiele nieznanych cywilizacji, wiele nieznanych niebezpieczeństw…
Obraz nagrywany kamerą docierał do Pokoju Informatycznego. Na czarno-białym ekranie głównego monitora pokazana była twarz dowódcy pierwszego składu – Kamiiru Tagawy. Był rozhisteryzowany i zapłakany. Po jego policzkach spływały łzy, a z nosa wydobywał się gęsty śluz. Z głośników dobywało się jego łkanie.
Shinigami z Dwunastki przerwali pracę. Nie spodziewali się, że tak szybko uzyskają pierwszy kontakt od którejś z wysłanych na Ziemię grup poszukiwaczy. Zwłaszcza, że porucznik nie wyglądał najlepiej.
- Nie, nie, NIE! – skomlał do mikrofonu Zero. – Wszystko poszło nie tak! – pociągnął kilka razy nosem.
- Co się stało? – zapytał się Yoshi, specjalista i główny informatyk do spraw technologii komputerowej w Seiretei, członek Dywizji Dwunastej, wielki zwolennik wejścia Społeczności Dusz w erę informatyzacji.
- Zaatakowali nas!
- Kto! – wykrzyknął jeden z informatyków.
- Oni… - powiedział Tagawa i spojrzał się w górę. Nagle na drugim planie pojawiła się czyjaś pięść, która rozpędzona uderzyła porucznika. Ten jęknął i wypuścił kamerę z rąk. Słychać było odgłosy szarpaniny i jakieś krzyki. Po chwili na monitorze pojawił się Hikari Keitou.
- Przepraszamy za porucznika – westchnął, a z tyłu słychać było głos Kamiiru, który krzyczał, że to jeszcze nie koniec. – To był tylko wygłup – Mistic starał się jednym uśmiechem dać do zrozumienia, że przeprasza, jest mu głupio i że to się więcej nie powtórzy. Efektem tej miny było jedynie zażenowanie Yoshiego, który głośno westchnął.
– Bez odbioru! – powiedział blondyn i rozłączył się.
- Nie powinniśmy dawać im tych kamer – powiedział smutno Yoshi. Nie spodziewał się, że tak drogi sprzęt zostanie użyty właśnie w ten sposób.
- cenzura, Zero! – jego kompan był zażenowany i zdenerwowany, ale mimo tego w jego oczach znajdował się błysk rozbawienia. Mistic, mimo iż sam nie należał do ludzi przykładnych i obowiązkowych, to odstępstwa porucznika zaczęły go powoli denerwować. Brakowało mu ogłady i samokontroli w przeciwieństwie do Kapitana Dywizji Drugiej, głowy rodu, Matheo Keitou. Nieraz zastanawiał się jak by to on, Mistic, wyglądał z opaską na ramieniu i tytułem porucznika. Znał swoją wartość i wiedział to, czego inni jeszcze nie poznali.
- Coś taki posępny, niczym komandor bez porannej herbatki? – Tagawa zaśmiał się i zrównał się tempem chodzenia ze swoim podwładnym. Szli na samym końcu, przed nimi dziewiętnastoosobowy oddział podążał jedną zwartą kupą za idącą na przedzie Baką.
Ida Kendei, mimo iż nieznająca trasy, została przepuszczona na przód i szła najszybszym możliwym dla niej tempem. Sama nie wiedziała, czy górę wzięła jej chciwość, czy może członkowie Magików są wyjątkowymi gentelmanami, którzy przepuszczają damę, by mogła swobodnie wędrować przodem. Baka nie ufała im, bo znała ich renomę. Niemal czuła ich wzrok na swoich plecach…nie, biodrach. Odwróciła się.
Mężczyźni jakby na komendę spojrzeli w górę, jakby gdzieś na niebie pojawiła się kometa, przeleciał samolot, bądź szybowała chmura o dziwnym kształcie. Kobieta także podniosła głowę, jednak zauważyła niczego specjalnego i ruszyła dalej. Oddział podążył za nią.
Minęło góra pół godziny, gdy dotarli na celu. Ida była wściekła, przez cały czas odczuwała łapczywy wzrok zboczeńców na swoich pośladkach. Jednak ani razu nie przyłapała nikogo na gapieniu się na nią. Dlatego nawet nie zwróciła uwagi na fakt, że pod jej stopami nastąpiła zmiana - z chrzęszczącej ściółki leśnej na skrzypiące deski starodawnego mostu. Kendeiówna stanęła, a w ślad za nią reszta drużyny. Tylko Mistic i Zero nie przerwali marszu i przecisnęli się przez ścianę ludzi.
Kilkaset metrów przed nimi znajdowała się wąwóz, a oni stali u wylotu. Zzieleniałe i wilgotne deski, powiązane ze sobą kawałkami lian, tworzyły długi most. Kładka była bardzo niebezpieczna. Powoli opadała w dół, a niektórych elementów brakowało. Kilkadziesiąt metrów pod nią znajdował się niewielki wodospad, który wlewał hektolitry wody w rwący nurt rzeki. Strumień pełen był kamieni, które poddane nieustannemu pędowi rzeki, naostrzyły się i wyglądały niczym groty czekające na nieszczęśników, którym nie udało by się przebyć niebezpiecznej drogi.
- Uuu – zawył Zero ze zdziwienia – to dlatego nie pozwolili nam odnaleźć tego miejsca z powietrza. – Cała grupa pokiwała głową rozglądając się na prawo i lewo. Idąc powoli, bacząc na każdy krok, zbliżali się do celu. W miarę jak szli, po obu ich stronach zaczęły piętrzyć się skaliste ściany pokryte mchem. Na zboczach wyrastały krzewy i pokrętne drzewa. Prawdopodobnie ciężko było znaleźć to miejsce, gdyż poszycie zasłaniało niemalże całkowicie niebo. W tym miejscu zwierzęta, zarówno ptaki, jak i owady przestały się odzywać. Bogom Śmierci było to na rękę, gdyż wielkie moskity nie dręczyły ich i mogli spokojnie podróżować.
Wszyscy szli w milczeniu, podziwiając cuda natury. Nawet Tagawa, który całą drogę gadał jak najęty, zamilkł i z otwartymi ustami szedł przed siebie. Możliwe, że to ze względu na Idę, która powoli piła wodę, niewielką ilość wylewając na swój dekolt i pozwalając powolnym strużkom zimnej wody, wić się po jej gorącym, spoconym ciele.
Po kilku chwilach niepewnej podróży, zeszli na pewne, kamienne podłoże. Przed nimi piętrzyła się wielka ściana, pokryta mchem i roślinnością. Gdzieniegdzie opadały pnącza trującego bluszczu, z niektórych szczelin wyrastały nieznane kwiaty o fioletowej barwie, upstrzone dziwnymi wzorkami. Woń roślin otaczała ich i pieściła ich zmysły. Zapach kwiatostanu był słodki i przypominał zapach mandarynek i wiśni.
Zero zagwizdał. Podszedł bliżej do blokującego dalsze przejście ogrodzenia. Dotknął go swoją ręką, nie ustąpiło. Na murze widoczne były jakieś litery i rysunki. Malowidła przedstawiały dwa splecione ze sobą węże, które rozdzielały się tuż przy ziemi. Głowa jednego z nich była wysunięta i odstawała na kilkanaście centymetrów od reszty. Gadzina miała otwarty pysk, a w jej środku znajdował się przytwierdzony, niewielki pojemnik. Drugi łeb wędrował dalej i kończył dwa metry nad ziemią, na środku skały. Pysk był zamknięty, a jego oczy zdawały wpatrywać się prosto w podróżnych.
- Wydaje mi się, że wiem co trzeba zrobić – powiedział dumnie Tagawa. Wzrok wszystkich osób skierował się na porucznika. Ten odwrócił się do ściany i lekko pochylił. Jego oczy były zaczerwienione, z nosa znów wylewał się dziwny śluz, jednak dodał sobie na twarz trochę brudu ze ścian. – Trzeba skontaktować się z bazą!
Tym razem jego marzenia zepsuła Baka, która miała powoli dość tej misji. Wszystko ją swędziało, bolała głowa, a bogactwa jak nie było, tak nie ma. Za to są kamienie i banda zboczeńców patrzących na jej tyłek, gdy tylko się odwróci.
- Umie ktoś to przetłumaczyć? – zwróciła się do zebranych.
Jedna osoba podnosiła rękę.
- Kazu, mów – do ochotnika podszedł Mistic i objął go ramieniem. Był znacznie niższy od niego, ba, był najmniejszym członkiem ekipy, wliczając nawet Kendeiównę.
- Potrzebuję chwili na ogarnięcie – powiedział szeptem badacz i wyjął ze swojej przewieszonej przez ramię torby niewielki tomik, który okazał się być słownikiem. Podszedł do ściany i odczytywał kolejno każdą literkę, następnie odszukiwał ją w książce i zapisywał znaczenie na kartce.
- Jak się podoba podróż? – zagaił rozmowę Mistic.
- Gdyby nie komary, upał i banda zboczeńców za kompanów – powiedziała Baka – byłoby całkiem przyjemnie.
Dwójka Shinigami zaśmiała się. Mistic założył ręce za siebie, a Ida usiadła na brukowanym podłożu. Zaczęli rozmawiać o jej niesubordynacji dywizyjnej – dlaczego nie posłuchała się kapitana oraz czemu wybrała właśnie tę dywizję. Baka albo kłamała, albo też nie mówiła całej prawdy, jak to kobiety mają w zwyczaju.
Reszta rozsiadła się. Część spałaszowała w końcu śniadanie, zapakowane rano do toreb. Inni Shinigami plotkowali o dołączonej do drużyny Bogini Śmierci, która w dodatku nie pochodziła z Piątej Dywizji. Kamiiru również miał ze sobą drugie śniadanie – dwulitrowy termos z kawą. Wypełnił kubek czarnym napojem, podśpiewując „kawa, moja wspaniała kawa”. Usiadł powoli, ostrożnie, by nie uronić żadnej kropli. Odczekał chwilę, by wrzątek nie poparzył mu ust.
Humor dopisywał podróżnikom.
Ekipa czekała nie więcej niż dziesięć minut. Wreszcie translacja dobiegła końca, a Kazu odsunął się od ściany. Podszedł do Tagawy i zaraportował:
- Panie poruczniku, napisy jednoznacznie mówią, iż jest to pradawna świątynia z około czterotysięcznego roku przed naszą erą. Zapiski są stare, a mój słownik operuje na nowszych znakach, ale mimo wszystko przetłumaczyłem znaczną część tekstu.
Kamiiru spojrzał na niego wzrokiem szaleńca, następnie szybko wstał i zasłonił kubek przed wzrokiem naukowca.
- Nie dostaniesz mojej kawy! – wykrzyczał niczym opętany. – To Zerowe Ristretto! Najlepszy napój świata! – odwrócił się od wszystkich i kilkoma szybkimi susami dostał się na krawędź zabudowy. – Mój ssskarb – wypił łyk z kubka i spoczął spokojnie, pozwalając nogom swobodnie dyndać nad spadem.
Kazu stał zszokowany, nie wiedząc co robić. Jego lico spłonęło pąsem, a oczy naszły łzami. Nie był odważny, pewny siebie i stanowczy. Bał się sprzeciwu, bo nie był asertywny i nie walczył o swoje.
- Spokojnie, – Keitou podszedł do Boga Śmierci – ta kawa ma więcej kofeiny, niż kofeina sama w sobie. – uśmiechnął się, a to spowodowało, że naukowiec przestał na chwilę myśleć o sytuacji, która miała miejsce przed momentem. – Kontynuuj.
- To miejsce nazywane jest Świątynią Kultu Węża. Prawdziwa nazwa jest jednak trochę dłuższa i znaczy ona tyle co Wielkie Bractwo Lśniącej Łuski Węża W Koronie. Czytałem o nich trochę w bibliotece, jednak w informacjach zawartych w książkach jest pełno luk, a w dodatku opierają się głównie na plotkach i podaniach. – przerwał na chwilę i sprawdził, czy ktoś go jeszcze słucha. O dziwo, koło niego zgromadzili się wszyscy, nie licząc Zera i trzech młodych Shinigami, którzy korzystając z okazji usiedli dwa metry za Baką, obserwując jej tyłek. Kazu poczerwieniał z dumy.
- Ta ściana, to brama – kontynuował – do świętego miejsca. Na szczęście na niej podane są wskazówki jak się dostać do środka. Kluczem są dwa węże, które zdobią mur. – badacz podszedł do ściany i zaprezentował wijące się węże, oraz ich głowy, które sterczały na środku. – Aby się tam dostać, do tego łba,- wskazał na relikwie z pojemniczkiem - należy utoczyć trochę krwi dziewicy.
- Baka!!! – wykrzyczał Zero, który na słowo dziewica wypił duszkiem kawę i podbiegł do Idy. Nie był on jedynym, który patrzył się na nią, jako wybrańczynię mogącą otworzyć wrota.
- Męskiej dziewicy – wzrok Shinigami z Pierwszej Drużyny spoczął na swoim dowódcy. Ten zmieszany rozejrzał się po zebranych.
- Nie sądzicie chyba, że jeszcze tego nie robiłem – wyszczerzył swoje biały zęby w stronę kamratów. Ci jednak dalej spoglądali na niego w milczeniu. – Ale chłopaki, ja naprawdę… - tłum powoli się zbliżał. – Pamiętacie może tą brunetkę z Trójki? – Tagawa powoli się cofał, a Shinigami napierali na niego z dziwnym uśmieszkiem triumfu. – Albo tą blondynkę z Rukongai? – plecy porucznika napotkały ścianę. Zero był w potrzasku – Nie…
Chwilę później Kamiiru leżał na ziemi zwinięty w kłebek i powtarzał ciągle jak mantrę:
- Co za wstyd…
Tymczasem pozostali wlali odrobinę jego krwi do pojemniczka w głowie węża. Ciecz zabulgotała kilkukrotnie, lecz poza tym nie było żadnego efektu. Wszyscy dotykali ściany w różnych miejscach, jednak nic się nie otworzyło. Zrezygnowani odeszli od muru spoglądając na niego w nadziei, że to pomoże. Po chwili pysk drugiego węża rozszerzył się ukazując mrok otworu. Odnaleźli wejście.
Uradowana grupa wiwatując wkroczyła do środka. Jedynie ich dowódca pozostał przed wejściem dalej krzywiąc się za swoją obrazę. Jego legenda nie może zostać obalona! Powstał i postanowił, że nigdy więcej już się nie podda.
- Jestem dumnym wojownikiem – zaczął monolog. – Ta niewielka skaza na mojej duszy nie powinna być powodem do rozpaczy! Muszę zmazać ją, niczym młodzieniec nocą! Nie mogę ulec! Nie mogę się poddać! Muszę walczyć! Być dzielnym wojownikiem światłości! Być… – hałas zamykanych drzwi zwrócił jego uwagę. Zero został oddzielony od reszty swoich kompanów. – O cenzura!
Zero <musisz jakoś dostać się do środka. Drzwi nie można sforsować, gdyż każdy Twój atak będzie przez ścianę „wchłonięty”. Kombinuj, a może Ci się uda>
Mistic szedł przodem, a obok niego podążała Ida. Reszta Shinigami była tuż za nimi. Wszyscy szli powoli, ostrożnie, gdyż korytarz był skąpany w cieniu. Również tutaj, piętrzyły się pnącza roślin, jednak zapach był bardziej przytłaczający, stęchły. Będąc kilka metrów dalej, jeden z Magików użył Bakudou: Kagirinai Raitingu, a tunele rozświetliły się jasnym światłem.
- Że też ja na to nie wpadłem – powiedział Mistic. – Zero, co teraz?
Nikt nie odpowiedział, a wszyscy rozglądali się za swoim dowódcą.
- Gdzie on jest – westchnął Keitou i zaczął przedzierać się przez swoich podwładnych. Kolejny raz ktoś użył zaklęcia błysku, aby utrzymać światło w tunelu.
Baka zadowolona z rozproszenia ciemności, zaczęła obserwować porośnięte mchem ściany. Dotknęła miękkiego puchu rośliny, starając się wybadać podłoże pod nim. Gdy tylko mocniej naparła palcami na mech, spod jego warstwy wyskoczył tuzin malutkich pajączków, które oblazły jej rękę. Kendeiówna krzyknęła i odskoczyła od ściany. Cały czas machała ręką, aby zrzucić z siebie te okropne istoty. Od czasu walki z Drętwiakiem, wszystko co nawet trochę przypominało pająka, napawało ją obrzydzeniem.
Uderzyła ciężko plecami, o równoległą ścianę. Usłyszała cichutkie kliknięcie, jakby uruchomił się jakiś mechanizm. Nie zdążyła zareagować, gdy ściana odwróciła się, zabierając ją ze sobą na druga stronę. Pozbawiona dostępu światła zaczęła krzyczeć. Nikt jej nie słyszał. Była sama, a jej towarzysze byli po drugiej stronie ściany.
Ida odwróciła się i zaczęła łomotać pięściami mur. Niestety, był on na tyle gruby, że nie dało rady go przebić. Odcięta od reszty spojrzała w mroki korytarza. Z jego głębi dochodziły ją ciche szelesty, chrobotanie i leciutkie stukanie.
- Bądź odważną dziewczynką, Ida – powiedziała sama do siebie i postawiła krok do przodu. Musiała jakoś się stąd wydostać.
Baka <Musisz zbadać ten tunel. Jesteś sama i nie masz dostępu do światła. Postaraj się po omacku wydostać się z tego i wyjść do innego korytarza>
Hikari przedarł się przez swoich ludzi. Korytarz nie pozwolił mu swobodnie się poruszać. Na szczęście mieli światło. Mistic dotarł do ściany, gdzie powinien być otwór. Wrota zostały zamknięte, a z tej strony nie było możliwości otworzenia ich. Wyjął swojego Zanpakutou i uderzył kilka razy o mur. Na gładkiej ścianie nie było nawet zarysowania. Naparł na nią kilkukrotnie jednak nic się nie wydarzyło.
- Co się stało z panem porucznikiem – zaczął jeden Bóg Śmierci z Piątej Dywizji.
- A co miało się stać – pokręcił głową z niedowierzaniem Mistic – pewnie nic się nie dzieje, a on siedzi przed wejściem i czeka na nas. – Westchnął, a jego twarz spochmurniała, jednak nikt tego nie zauważył, bo zaklęcie straciło moc i znów korytarz pogrążył się w mroku. Zanim ktoś znowu użył inkantacji, twarz Keitou była pogodna i jego mina nie zdawała się wątpić w to, że jego porucznik da sobie radę. – Gdzie Kendeiówna?
Wszyscy rozejrzeli się w poszukiwaniu niewielkiej Strażniczki Śmierci. Nie było jej w pobliżu. Jeden ze zboczeńców, którzy ciągle gapili się na nią, powiedział, że odeszła trochę od grupy. Mistic zawołał ją, a korytarze poniosły jego nawoływania. Nie było jednak żadnego odzewu.
- Co robimy? – zapytał Kazu.
– To jest bardzo dobre pytanie - pomyślał Hikari.
Mistic < Masz ze sobą dziewiętnastu ludzi ze swojej dywizji. Musisz podjąć decyzję, bo jesteś zastępcą dowódcy. Nie możesz się wrócić i nie wiesz, gdzie znajduje się Baka. Twoja drużyna powoli zaczyna się bać. Musisz ich ogarnąć i zacząć wykonywać misję oraz poszukać reszty. >
Chłód ognia
Grupa druga: Dywizja Druga
Dowódca: Matheo Keitou
Zastępca: Kuyicha Lee
Cel misji: Odnalezienie szkarłatnego klejnotu Niszczycieli.
Dodatkowe zadanie: Dowiedzenie się o właściwościach rubinu.
Miejsce: Pustynia Sahara 24°S, 26°E – Piramida Splamionego Słońca
Pustynia Libijska jest jednym z najgorętszych miejsc na ziemi. Temperatura dzienna wynosi nawet do czterdziestu siedmiu stopni w cieniu. W nocy natomiast nastaje mróz, dlatego ciężko jest egzystować w takich warunkach. Na złocistym piasku pustyni żyje wiele gatunków gadów oraz roślin, które umieją przystosowywać się do niewygód. Jednak nikt nie wie, co czai się głęboko pod piaskami, gdzie żaden człowiek jeszcze nie dotarł.
Salvatore wydawało się, że spadał długo, a rzeczywistości trwało to zaledwie kilka sekund. Brama Senkai otworzyła się nad wielką pustynią, około dwudziestu metrów nad ziemią. Dla drużyny którą dowodził Matheo nie stanowiło to żadnego problemu. Używając techniki Dei potrafili utrzymać się w powietrzu. Varraga tego nie potrafił. Trzymał swój notatnik i mimo pędu powietrza, który utrudniał mu pisanie, zanotował ostatnie słowa dotyczące swojego celu.
Grzmotnął w piasek, który rozsypał się dookoła. Meimei wbił się w ziemię do pasa. Jego kości chrupnęły, jednak nie czuł, aby cokolwiek było złamane. Poła płaszcza opadła mu na głowę, zasłaniając widok. Kapelusz od razu po wkroczeniu do tego świata zleciał z jego głowy i pofrunął wraz z wiatrem. Zgubił również notatnik, jednak ten wypuścił z dłoni dopiero po uderzeniu o ziemię. Musiał znajdować się gdzieś w pobliżu.
Trzeba odnaleźć zapiski – pomyślał Salvatore. – Po co tu przychodziłem. Miałem już wszystko na temat obiektu. – Mumia odrzuciła połać płaszcza i spojrzała na otaczający ją świat. – Hueco Mundo? Nie. Na pewno nie. Całkowicie inne… reiatsu. To raczej ziemia. Tak. Ziemia. Ciekawe. Muszę to zanotować.
Meimei sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Chwilkę pogrzebał w niej i wyciągnął niewielki, mieszczący się w dłoni, tomik, którego okładka była taka sama, jak ta w której opisywał Kuyichę Lee. Ciemnofioletowa, skórzana i bez zdobień. Papier w środku lekko żółtawy, ale najwyższej jakości, prawdopodobnie własnej roboty. Wykonany z trzciny, gdyż chłonął tusz jak gąbka, przez co na żadnej ze stron nie uświadczyło się żadnego kleksa. Otworzył na pierwszej stronie. Prawa ręka zawędrowała do zewnętrznej kieszeni i szukała czegoś do pisania. Nic nie znalazłszy, sięgnęła do innej kieszeni. Tam jednak również nie było tego, czego szukała.
Cholera – zirytował się. - Niedobrze. Zgubiłem pióro. Czym będę pisał? Hmm, chyba je znajdę. To nie dżungla. Zwykły piasek. Najzwyklejszy.
Salvatore starał się wygramolić z piaskowego więzienia. Pierwsza próba nie okazała się sukcesem. Jednak nie poddawał się. Zaparł się zabandażowanymi rękoma, aby wyciągnąć swoje kończyny. Niestety, zamiast oczekiwanego efektu, jego dłonie zapadały się w piasek.
Mój błąd.
Meimei postanowił załatwić to inaczej. Posłużył się swoimi rękoma jako łopatą i odgarniał spod siebie piasek. Taktyka ta, okazała się skuteczna i nawet podczas jednej z prób odnalazł swój długopis. Cienka, metalowa obudowa, nie grubsza niż palec połączona ze złotą stalówką. Tuż przy niej, dwie niewielkie, wygrawerowane litery SV. Skuwka była kulista, zdobiona niewielkimi żłobieniami, które przedstawiały oko, w którym znajdowały się dwa skrzyżowane miecze.
Varraga uśmiechnął się, jednak spod bandaży ciężko było dostrzec jakąkolwiek mimikę. Dobra, pióro jest. Można zaczynać.
Mumii nie przeszkadzało to, że był w połowie zakopany w piasku. Szybko notował wszystkie swoje spostrzeżenia dotyczące miejsca, w którym się znalazł. Zadziwiające, że posługiwał się piórem lepiej niźli swoim mieczem. Subtelne lecz zwinne ruchy nadgarstka, sposób trzymania pisaka oraz nauka kaligrafii nie poszła na marne. Literki stawiane w notesie były bardzo piękne i mistrzowie pisowni na pewno by doceniły wszelkie zakończenia i połączenia międzyliterowe. Chociaż dla zwykłego człowieka, który nie interesuje się zapisem wszystko wydawałoby się nieczytelne.
Zaaferowany otoczeniem Salvatore nie spostrzegł, że jego ciało powoli zakopuje się głębiej w ziemię. W piasku znajdowała się już klatka piersiowa. Pustynia wchłaniała dalej Shinigami, który nie przestawał pisać, mimo iż spod piasku sterczało już tylko dwoje ramion, jedno trzymające notes, a drugie pióro, które kreśliło kolejne litery. Po chwili i one znikły pod powierzchnią piasku.
Ruchome piaski! – pomyślał Meimei, gdy tylko oprzytomniał. Pustynia wciągnęła go do swojego królestwa. Pod grubą warstwą piasku była jakaś ogromna jaskinia. Salvatore nie mógł jednoznacznie powiedzieć, gdzie się znajduje. Ciemność spowijała tę krainę, a przyciemnianie gogle dodatkowo potęgowały mrok.
Pierwszy oficer Dziewiątej Dywizji znajdował się pod ziemią. Wstał i otrzepał się z piasku. Duża jego porcja dostała się pod bandaże i z każdym ruchem mumii, drobinki dawały o sobie znać, powodując niemiłosierne swędzenie. Meimei odruchowo podrapał się po ramieniu, następnie po nogach, na kroczu kończąc.
Niedobrze. Trzeba znaleźć jakieś źródło światła. – Shinigami rozejrzał się, jednak w ciemnościach, kontury zlewały się ze sobą. Powoli ruszył przed siebie. Czuł, że podłoże, po którym chodził zmieniło się. Z sypkiego piasku, który nie wydawał odgłosu podczas stąpania, trafił na jakiś rodzaj twardego drewna, który chrzęścił pod naporem stóp.
Varraga wpadł na pomysł. Czas użyć magii, aby wprowadzić tu trochę światła. Zaczął mruczeć inkantację, a po chwili z jego dłoni wydobył się błysk, który na chwilę rozjaśnił pomieszczenie. Była to ogromna jaskinia. Jej strop podtrzymywały wielkie słupy kwarcowe, przypominające drzewa. Podłoga nie była wyłożona drewnem, jak z początku pomyślał Salvatore, lecz ludzkimi kośćmi, które liczyły sobie parę setek lat. Wystarczyło nadepnąć na jedną z nich, a ona łamała się.
Trzeba się stąd wydostać – pomyślała mumia i podrapała się po swędzącym ramieniu.
Dreod <Jesteś uwięziony pod powierzchnią. Nie możesz się wydostać. Musisz zwiedzić okolicę w poszukiwaniu wyjścia. Pamiętaj, że nie wiesz nic na temat zadania przydzielonego Matheo i Lee. Będziesz mógł skorzystać z czyjejś pomocy, ale aby się dowiedzieć czyjej, musisz przeczytać dalej. >
Oddział Omnitsukidou pod dowództwem Matheo był niesamowity. Poruszał się w powietrzu płynnie, doskonale skoordynowanie i bardzo szybko. Lata treningów i ciężkiej pracy sprawiły, że kapitan nie musiał wydawać rozkazów, by wszystko było doskonale zgrane. Wystarczy, że spojrzał w którąś stronę i po chwili wszyscy używali Shunpo, znajdując się w dokładnie wyznaczonym miejscu.
Keitou był dumny ze swoich ludzi. Uważał ich za elitę, najlepszych z najlepszych. Niesamowicie szybkich, wspaniale zdyscyplinowanych i zabójczych. Liczył na to, że wykona zadanie szybko i bezbłędnie, dzięki czemu zasłuży sobie na pochwały komandora.
Lee był lekko zdezorientowany. Poruszał się wraz z innymi, idealnie dopasowując swoje ruchy z ruchami grupy. Jednak kątem oka obserwował swojego prześladowcę. Zamaskowany jegomość widocznie nie znał się na technikach Hohou i w przeciwieństwie do członków Drugiej Dywizji nie potrafił utrzymać się w powietrzu. Dlatego wylądował w piasku. Kuyicha uśmiechnął się pod nosem. Szpieg nie był warty poświęcania mu większej uwagi. Skupił się na przeszukiwaniu okolicy. Jednak nie było tu nic poza piaskiem.
Hirameki spojrzał się w prawo, a po chwili cały oddziały wyruszył w oczekiwanym przezeń kierunku. Następnie przeskoczyli w lewo i do przodu. Matheo nie był pocieszony, nigdzie nie było miejsca zwanego Piramidą Splamionego Słońca. Prastara budowla, pamiętająca czasy, kiedy Seireitei było dopiero budowane, a Gotei Trzynaście w zamysłach Króla Świata Dusz. Jednak od wieków nikt jej nie odnalazł, a rozkazy opierały się raczej na plotkach i podaniach, niż dowodach.
Kolejny nawrót nad wskazanym w aktach miejscem. Lee wytężał wzrok. Mimowolnie spojrzał w miejsce, gdzie upadł szpiegujący go Shinigami. Nie było tam nikogo. Strach na moment zawładnął jego myślami. Zadrżał, przez co spowolnił ruchy. Kapitan od razu zauważył niewielkie potknięcie swojego porucznika.
- Lee, co się stało? – zapytał zatrzymując kolumnę.
- Nic, kapitanie Keitou – skłamał Kuyicha.
Mężczyźni stanęli na przeciwko siebie. Matheo znał swojego porucznika długi czas, szanował go i ufał mu, jak nikomu innemu w Seiretei. Sondował go wzrokiem i spostrzegł obawy przyjaciela. Lee również nie starał się ukrywać swoich uczuć, wiedział, że nic to nie da.
- Ilu chcesz ludzi? – Keitou uśmiechnął się do podwładnego.
- Trzech wystarczy – westchnął Bukemizu. – Muszę się tylko upewnić…
- Co się stało? – powiedział Hirameki i szukał lewą ręką paczki papierosów.
- Od samego rana, kiedy tylko się obudziłem – raportował Lee – ktoś mnie obserwował. Jakiś zamaskowany człowiek. Wyruszył za mną aż tu.
- Szpieg? Może ma zdawać raporty na temat naszych działań! – po twarzy kapitana Dwójki przebiegł cień niepewności. Czyżby komandor nie ufał mu, aż do tego stopnia, że wysłał kogoś, kto by nadzorował jego pracę?
- Nie. Przynajmniej nie wydaje mi się… – zamyślił się Kuyicha. – Był tu jeszcze kilka chwil temu, ale nie widzę go. Możliwe…
- Że wrócił do Miasta Dusz – dokończył Matheo.
- Ale…
- Nie czuliśmy zmian w reiatsu, kiedy to Brama Senkai się otwiera – ponownie przerwał mu kapitan.
- Tak. Albo Garganta. – kamień spadł z serca porucznikowi. Wiedział, że taichou go wesprze.
- Znajdź go. Może wie, gdzie ukryta jest ta jebana piramida.
- Tak jest, kapitanie Keitou! – Lee zasalutował, następnie wskazał trzech ludzi i razem oddalili się od oddziału. Białowłosy jeszcze chwilkę poszukał po swoich kieszeniach papierosów.
- cenzura – mruknął do siebie – gdzieś się zawieruszyły. To znak, że szybciej trzeba wykonać zadanie. – Grupa druga wspólnie ruszyła migoczącym krokiem do przodu, poszukując swojego celu.
Porucznik Ni Bantai wraz z trzema zamaskowanymi Shinigami szybko znaleźli się na miejscu, gdzie Lee po raz ostatni widział intruza. Gestem dłoni zakomunikował, że należy zejść na ziemię. Cała czwórka opadła leciutko na piasek.
- Szukać jakichkolwiek śladów – rozkazał Kuyicha i sam zabrał się przeczesywanie piasków.
Cisza, która nastała, przerywana była tylko szuraniem butów członków Drugiej Dywizji.
Zniknął – pomyślał Lee i jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Nie było tutaj nic, poza piaskiem, jednym kamieniem i jakimś zeschniętym krzewem, w którym to cieniu, kryła się niewielka, beżowa jaszczurka, trzymająca w pysku wijącego się w agonii żuczka.
- Poruczniku, mamy coś! – Do wysokiego szatyna, zbliżył się jeden z jego ludzi. W ręku trzymał księgę, oprawioną w jasnobrązową skórę, bez zdobień. Na grzebiecie również nie było nic wartego uwagi, no może poza znakiem oka i wpisanym w nie dwoma mieczami.
Kuyicha wziął znalezisko do ręki. Tomik nie był ciężki, a przekartkowując go, zauważył, że nie wszystkie strony były zapisane. Na pierwszej stronie, starannie wykaligrafowane było „Kuyicha Lee, Fukutaichou Ni Bantai” a pod spodem, na dole strony, drobnym drukiem napisane był „Zapiski prowadzone przez Salvatore Varraga.”
- Varraga – szepnął Shinigami i powtórzył je kilkukrotnie, chcąc sobie przypomnieć, czy zna kogoś o takim nazwisku. – Chyba wiem o kogo chodzi.
Lee przejrzał kilka pierwszych kartek. Były to informacje o nim samym, jak się ubiera, jego wygląd i zachowania. Wszystko to starannie wynotowane. Literki – sposób ich kreślenia, sprawiały trudności z zapoznaniem się z tekstem, ale nie były aż tak bardzo nieczytelne.
Przerzucił kilka stron dalej, do jego ostatniego wpisu. Może tam pojawi się informacja, gdzie on się podział. Niestety, na ostatniej stronie było tylko dwa zdania, które nie mówiły kompletnie nic o położeniu pisarzyny.
„Obiekt prawdopodobnie jest gejem. Wyruszył z drużyną bez żadnej żeńskiej Shinigami i jest z tego zadowolony.”
Kuyicha czytając te słowa poczerwieniał, ze wstydu bądź złości. Jedno było pewne, chciał odnaleźć autora tego tekstu i osobiście się z nim policzyć. Musiał dać rozkazy o natychmiastowym pojmaniu tego Salvatore.
- Musimy… – spojrzał na piasek pustyni. Nie było tu już nikogo z jego podwładnych. – Co do… - wiatr lekko zawiał, wsypując ziarenka piasku do jego ust. Lee splunął z obrzydzeniem i jeszcze raz rozejrzał się po okolicy.
Bóg Śmierci użył kilkukrotnie shunpo. Na przestrzeni trzystu metrów kwadratowych nie było nikogo. Tylko jaszczurki i węże pełzały po rozżarzonym przez słońce piasku. Shinigami zatrzymał się rozmyślając nad sytuacją. Musiał zaraportować to swojemu dowódcy. Matheo się prawdopodobnie wścieknie. Przez ciekawość i głupotę swojego porucznika, może opóźnić się, bądź nawet nie wykonać, powierzonego mu zadania. Lee spochmurniał. Zwiesił głowę.
Dopiero teraz zauważył, że połowa jego nóg jest zakopana w pustyni. Coś go wciąga pod powierzchnię.
- Ruchome piaski! – wykrzyczał, jednak nie było nikogo, kto usłyszałby jego wołanie. Kilkukrotnie starał się wyrwać z pułapki, jednak zamiast się wydostać, zagłębiał się w piasek coraz bardziej. – cenzura!
Mimo usilnych prób wydostania się z niebezpieczeństwa, pustynia pochłonęła porucznika Ni Bantai. Piasek wsypał się do jego ust, uszu, pod ubranie. Po kilkunastu sekundach było po wszystkim. Lee zdążył pożegnać się już ze swoim życiem po życiu. Zawiódł siebie i kapitana. Misja zakończyła się porażką.
Upadek z wysokości wyrwał Shinigami z myśli o ponownej śmierci. Złocista ziemia, która spadała wraz z nim, zamortyzowała upadek. Mimo wszystko poczuł dotkliwy ból w kościach. Powoli wstał i otrzepał się z piasku oraz wypluł grudki błota ze swoich ust. Nie czuł się za dobrze, a wszędobylski mrok dodatkowo nie napawał go optymizmem. Sposępniał. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Podszedł kilka kroków do przodu. Piasek chrzęścił pod jego stopami.
Nagły błysk rozświetlił mroki jaskini. Kilka metrów przed porucznikiem znajdowała się duża tablica z starożytnymi runami, których znaczenia nie znał. Tuż za kamiennym blokiem znajdowała się budowla. Duże bloki skalne, ociosane w idealne prostokąty, bez jakichkolwiek skaz, ułożone jedno obok drugiego, tworzyły piramidalny trójkąt. To było miejsce, którego szukali. Światło zgasło.
Nagłe pogrążenie się w mroku sprawiło, że Kuyicha zachwiał się, tracąc równowagę. Podparł się na rękach, dzięki czemu, jego twarz nie napotkała w stojący przed nim wyszlifowany głaz. Opierając się o kamień wstał i szukał źródła światła. Po chwili drugi błysk omiótł pieczarę. Młodzieniec zmrużył oczy i w oddali zobaczył mężczyznę, którego szukał. Ubranego w pokrowiec, z zabandażowaną twarzą. Nie nosił co prawda kapelusza, ale kto inny mógłby tak głupio się ubierać?
Lee < Jesteś blisko wejścia do piramidy, która była Twoim celem. Poza tym nie wiesz, gdzie znajdują się ludzie, których Matheo wysłał, aby pomogli Ci w poszukiwaniach. Dodatkowo na horyzoncie widzisz Dreoda, który jest jedynym źródłem światła w tej jaskini. Możesz zacząć z nim współpracę, albo działać na własną rękę.>
Drugi oddział swobodnie poruszał się w przestworzach. Matheo tracił cierpliwość. Nie może znaleźć miejsca w którym miał znajdować się klejnot, nie mówiąc już o wykonaniu misji. Kolejny raz jego grupa wykonała technikę migoczących kroków. Poszerzali obszar poszukiwań, jednak jak dotąd nic to nie dało.
- Kapitanie, na pewno mamy kontynuować poszukiwania? – zapytał jeden z Shinigami. Hirameki zatrzymał się gwałtownie, po czym zwrócił swoje spojrzenie na delikwenta, który odważył się to powiedzieć. W błękitnych oczach kapitana widać jedynie rozczarowanie i złość. Zamaskowany Bóg Śmierci od razu spuścił głowę. Bał się Shunshina tak samo mocno, jak go szanował.
Białowłosy powolnym krokiem podszedł do człowieka, który odważył się kwestionować jego rozkazy. Stanął naprzeciw niego i czekał, aż ten uniesie swoją głowę. Kiedy po krótkiej chwili Shinigami odważył się spojrzeć na swojego kapitana, zauważył, że zamiast spodziewanego gniewu, zobaczył lekki uśmiech na jego twarzy.
- Skontaktujemy się z Dwunastą Dywizją – Matheo był surowy, ale kochał swoich ludzi, zwłaszcza członków Sił Specjalnych, których traktował niemalże jak rodzinę. Wiedział też, że takie szukanie nie ma sensu. Musi skorzystać z czyjejś pomocy. – Potem… Lee!!!
Grupa Shinigami zdziwiła się nagłym krzykiem kapitana. Dopeiro po chwili wyczuli, że reiatsu porucznika znikło, rozpłynęło się. Keitou nie czekał. Rzucił się w szaleńczym biegu by odnaleźć swojego porucznika. Nikt nie znika od tak sobie. Musiało coś się stać. W Matheo zaczęła rodzić się złość… i niepokój.
Matheo < Masz do dyspozycji siedemnastu członków swojej drużyny. Nie czujesz reiatsu Lee, bo jest głęboko pod ziemią. Musisz odnaleźć jakieś ślady, bądź skontaktować się z kimś w Seiretei, by Ci pomógł>
Lodowy Zew
Grupa trzecia: Dywizja Dziesiąta
Dowódca: Sid Hiragashi
Zastępca: Hizashi Miyamoto aka nieznany Shinigami.
Cel misji: Odnalezienie błękitnego klejnotu Niszczycieli
Dodatkowe zadanie: Dowiedzenie się o właściwościach szafiru.
Miejsce: Lądolód Antarktydy – 89°S, 87°W – Pałac Chłodnej Śmierci
Antarktyda jest najzimniejszym miejscem na ziemi. Żaden człowiek nie może tu żyć na stałe. Jedynie ekipy badawcze egzystują tu, wspomagane przez swoje oddziały w cywilizowanych krajach. Zima trwa tu cały rok, a temperatura nigdy nie przekracza minus pięć stopni Celsjusza. W takich warunkach ciężki sprzęt nie funkcjonuje jak należy, często psuje się i zawodzi. Dlatego lodowe pieczary są niezbadane - jest w nich zbyt zimno i ciężko się do nich dostać.
Sid już nie pamiętał kiedy ostatni raz widział śnieg. Jego oddech zmieniał się w parę, przy każdym wypuszczaniu powietrza ze swoich ust. Higarashi był zaprawiony w bojach i wiedział, że warunki pogodowe są straszne, wręcz śmiertelnie niebezpiecznie, nawet dla Bogów Śmierci. Zwłaszcza to miejsce, było dziwne, powodowało, że Grochu czuł się ospały. Wszystkie jego członki były powoli zniewalane przez wszędobylski chłód.
Grupa trzecia była tu zaledwie kwadrans, a wydawało im się, że brną przez śniegi od wielu godzin. Krótka chwila była niczym wieczność. Każdy oddech był trudnością, bo mroźne powietrze niczym sztylet raniło płuca. Porucznik Ciężkozbrojnych walczył w gorszych warunkach, nie przejmował się pogodą, tylko dążył do określonego celu. Co jednak z szermierzami? – kołatało w głowie Sida. Co chwila odwracał się i spoglądał na idących w milczeniu Shinigami. Twarze zarumienione od zimna były nadal dumne, a w oczach nie pojawiło się zwątpienie.
Drax dobrze ich wyszkolił – pomyślał Higarashi. Wspomnienia ostatniej nocy przebiegły mu przed oczyma. Simona i Bakushina, którzy prężyli się i popisywali, by tylko załapać się na tą podróż. Ale nie zjawili się. To najbardziej bolało dowódcę grupy. Nie zimno, nie źle nastawieni do niego towarzysze, nie ciężka misja, tylko rozczarowanie. Zimniejsze i ostrzejsze niż każde ostrze, zwłaszcza jeżeli chodzi o najlepszych przyjaciół.
- Już niedaleko? – obok porucznika pojawił się Shinigami, który przedstawił się na odprawie jako Hizashi. Radził sobie zdecydowanie lepiej od reszty, zauważył Sid. Domyślił się również, że bandaże musiały służyć raczej jako ozdoba niźli opatrunek na rany.
- Chyba – burknął od niechcenia Higarashi. Miał dziwne przeczucie co do swojego asystenta. Podejrzewał że mylił się co do jego oceny. Inni członkowie drużyny nie odzywali się również do niego, tak jakby obrazili się za to, że współpracuje z Grochem, albo… że nie jest z Juu Bantai.
Przed oczami Trzeciej Grupy ukazał się krater o dwudziestu metrach średnicy. Strome lodowe ściany nie pozwalały w łatwy sposób dostać się na jego dno. Dolna część otworu była niewidoczna, zasłaniała ją gęsta mgła.
- Co robimy? – Miyamoto spojrzał na dół. Krater był głęboki na około sto metrów. Przynajmniej na tyle szacował Sid. Nie miał pojęcia na jaką odległość wzbiła się mgła.
- Czekajcie – Grochu podszedł do krawędzi. Wychylił się jak tylko się da. Następnie wskoczył do środka i wytworzył podpórkę z reishi. Potem zeskoczył jeszcze niżej i ponownie użył techniki Dei. Jednak tym razem coś poszło nie tak i stopień rozleciał się.
- cenzura – wykrzyknął Sid, gdy spostrzegł, że leci głową w dół prosto do środka krateru. Mimo kilku starań nie mógł użyć ponownie żadnej z technik. Spadał szybko i wiedział, że nikt mu nie pomoże. Miał nadzieję, że pod warstwą mgły, jest duża warstwa śniegu, inaczej może skończyć się gorzej, niż na kilku połamanych kościach.
Hizashi stał na krawędzi i obserwował jak jego dotychczasowy dowódca znika we mgle. Nie mógł nic zrobić. Wyczuł, ze krater jakimś cudem blokuje techniki hohou. Obawiał się, że również inne szkoły walki na nic się nie zdają. Możliwe że Opiekunowie Dusz mogli by tu pomóc, ale nie chciał ryzykować. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Po stracie dowódcy, on, jako zastępca, włada tą grupą. Sprawne wykonanie zadania przybliży go do ponownego objęcia rangi kapitana. Nie był jeszcze znany w Seiretei, a sukces w wypełnieniu tej misji na pewno wpłynąłby korzystniej na ocenę komisji na egzaminie kapitańskim. Pozwolił odpłynąć myślom do czasów, zanim przyłączył się do Pustych i został nazwany zdrajcą Miasta Dusz. Dziś jest odpowiedni czas na rehabilitację.
Po chwili Ookami spostrzegł, że coś jest nie tak. Oddział stojący za nim wyjął swoją broń i skierował ostrza w jego stronę. Spodziewał się pytań z ich strony, ale od razu atak?
- Kim jesteś? – zapytał dryblas stojący najbliżej niego. Przewyższał Hizashiego o głowę.
- Właśnie, kim? – powtórzył drugi szermierz, znacznie niższy. Ręka trzymająca broń lekko drgała, nie wiadomo czy z podniecenia czy ze strachu. W jego spojrzeniu nie było niczego. Źrenice Shinigami były tak szerokie, że nie można było poznać koloru oczu wojownika. Prawdopodobnie przed misją nałykał się tabletek.
- Pozdrowienia od Draxa. – Hizashi blefował. Uśmiechnął się tak szczerze, jak tylko potrafił. Członkowie Juu Bantai zdziwili się. Część z nich chwyciła mocniej broń, a w oczach reszty dało się dostrzec wahanie.
Miyamoto znał Hayashiego. Widział go kilkukrotnie na zebraniach kapitanów u komandora Lorgana. Jeszcze przed jego zdradą. Teraz jechali na tym samym wózku. Seiji’emu się upiekło, gdyż niewiele osób w Grodzie Dusz, potrafiłoby z nim wygrać. Był porządnym, dzielnym szermierzem i przypuszczał, że jego dywizja będzie podobna. Kiedy starego wilka napada sfora szczeniaków, trzeba użyć fortelu, by wyjść z tego żywcem.
- Seiji pozdrawia was wszystkich. Może nie wiecie, ale ma szpiegów w Seiretei – obserwował reakcję szermierzy – którzy informują go o waszych postępach. Na wieść o tym, że dowodzić wami ma jakiś, psia ich mać – splunął na ziemię – Ciężkozbrojny, wysłał mnie, aby dopilnować, że wrócicie sami.
- Skąd mamy być tego pewni? – zapytał któryś Shinigami stojący w drugim rzędzie.
- Nie możecie – uśmiechnął się szelmowsko Hizashi. – Ale ja tymczasem znikam, zobaczyć, czy walczak jeszcze żyje – mrugnął do nich okiem. Następnie zeskoczył z klifu na kładkę poniżej. Następnie trochę niżej. Lodową czapę pokrywał niewielka pokrywa śniegu. Wskoczył w nią i zaczął lekko szusować. Życie jednego z Shinigami wisi na włosku i on musi się sprężyć, by mógł stanąć do egzaminu, jako prawdziwy bohater.
Pit <Właśnie zjeżdżasz w głąb krateru. Przemyśl swój plan działania. Jesteś świadomy, że dużo ryzykujesz pędząc ma pomóc Grochowi, ale jednak coś chcesz tym osiągnąć. Czytaj dalej, aby dowiedzieć się w jakiej sytuacji jest Sid.>
Cały oddział stał zszokowany przed kraterem. Wszyscy patrzyli po sobie. Nie spodziewali się, że zostaną bez dowódcy. Ten fakt napawał ich radością, ale i strachem przed misją. Nie znają szczegółów zadania, a jedyna osoba, która miała jakiekolwiek pojęcie o tym, co tutaj robią, prawdopodobnie leżała nieżywa na samym dnie krateru.
- I co dalej? – zapytał najniższy Shingiami, chowając Zanpakutou do sayi.
- Co? – warknął zamroczony narkotykami szermierz o ciemnej karnacji.
- Nic – powiedział dryblas. – Ja przejmuję dowodzenie i…
Ostrze szabli niemalże poderżnęło mu gardło. Rudowłosy Shinigami trzymał katanę wycelowaną w szyję wielkoluda.
- Po moim trupie, Meji! – wycedził.
- Wyluzuj stary… - gruby Bóg Śmierci starał się zainterweniować, zanim sytuacja potoczy się w najgorszą z możliwych stron.
- Zamknij się – kolejny szermierz wtrącił się do kłótni. Podniosły się głosy, świsnęły szable, stal uderzyła o stal. Myśl o przywództwie napawała ludzi dumą. Była zaszczytem, nominacją, którą zdobyć mógł najsilniejszy, najwspanialszy. Od kiedy Drax został banitą, a Tes zniknął na jakiś czas, w Dywizji Dziesiątej panowało bezkrólewie. Wszyscy byli równi, czekając na powrót któregoś z wyżej postawionych. Jednak czas mijał, a nikt się nie zjawiał. Ludzie potrzebowali przywódcy, który mógłby ich poprowadzić.
Kolejne ciosy padały ze wszystkich stron. Walczyło może pięć, sześć osób. Szybkie gardy, zabójcze cięcia i zwinne półobroty. Shinigami wpadli w amok, który był niebezpieczny. Jeden z prowodyrów padł. Rana na jego czole buchnęła krwią. Walka stała się coraz bardziej bezwzględna, brutalna.
Dwa ostrza zostały zablokowane przez trzecie. Zanpakutou, które jeszcze przed chwilą nie było nawet wyjęte z pochwy, teraz przecięło powietrze i zatrzymało zapędy dwóch szermierzy. Młodzieniec o długich, czarnych, lekko przetłuszczonych włosach i sportowej sylwetce wkroczył do akcji. Toin, bo tak się nazywał ów człowiek, wydobył w końcu swój miecz. Spoglądał na ziemię, a jego twarz zasłaniała kruczoczarna grzywa. Uśmiechnął się, jakby sam do siebie.
Babciu, będziesz ze mnie dumna – pomyślał, a następnie jednym ruchem wydobył swój miecz, spod naporu dwóch innych broni.
Bub < Pokaż im, kto jest najsilniejszy wśród asauchi w swojej dywizji. Pamiętaj, że nie możesz nikogo skrzywdzić, a tylko udowodnić, dlaczego to Ty masz dowodzić ekspedycją. Co prawda nie znasz celu misji, ale ktoś musi ogarnąć drużynę.>
Sid obudził się po chwili. Po krótkim locie wpadł do ciepłej wody. Szok termiczny spowodował, że zaczął dygotać. W kraterze znajdowała się rzeka, gorące źródło, z którego wydobywała się ta gęsta mgła.
Doszedł do siebie po chwili. W myślach wyzwał matki wszelkich znajomych, jakich miał. Przez ułamek sekundy spodziewał się, że umrze po raz drugi i tym razem, będzie to śmierć ostateczna.
Wypłynął na brzeg. Czuł, że jego reiryoku jest nienaturalne, zakłócone przez coś, z czymś jeszcze się nie spotkał. Oddychał ciężko, ale regularnie. Złapał się brzegu, aby nie zatonąć. Dopiero po chwili zauważył, że ktoś go obserwuje.
Postać nie była ani stara, ani młoda. Ciężko było poznać jej wiek. Jego skóra była zadziwiająca blada, niemalże prześwitująca. Wyglądał jak duch z legend żyjących. Jednak to, co widział Sid było rzeczywiste. Zjawa poruszała się powoli, ale każdy jej ruch był nienaturalny. Co jakiś czas część jej ciała stawała się szara, niemalże prześwitująca, by po chwili nabrać jasności.
Higarashi wstał i spojrzał na niemowę. Nieznajomy stał i patrzył się prosto w Grocha. Po chwili ruszył przed siebie, omijając porucznika Juu-Ichi Bantai. Kiedy przeszedł obok niego, Sid poczuł chłód. Nie chłód ciała, a ducha. Jakby ktoś zamrażał jego energię.
- Czekaj, cenzura! – zawołał za oddalającą się postacią. Mimo lekkiego bólu w krzyżu oraz osłabienia w związku z szokiem termicznym ruszył powoli za dziwnym jegomościem. Intuicja, szósty zmysł albo instynkt wojownika, coś podpowiadało mu, że ten ktoś może pomóc w misji.
Grochu < Idziesz za widmem. Nie wiesz kim jest, ani dokąd Cię prowadzi. Przewodnik milczy przez cały czas podróży, ale mimo wszystko zadawaj pytania. Może po doprowadzeniu Cię na miejsce, odpowie na któreś z nich.>
Nieproszeni
Park Skaryszewskiego to największy zabytkowy park znajdujący się na prawym brzegu Wisły. Jego powierzchnie wynosi około 55 hektarów. Ma on charakter krajobrazowy, a na jego terenie znajduje się kilka stawów. Alejki utworzone są symetrycznie. Roślinność to głównie drzewa i krzewy oraz bujna, zielona trawa. Nadchodziła wiosna, więc ludzie tłumnie wyszli z domów, by poobserwować rozkwitającą naturę. Zapach kwiatów i uspokajające trele ptaków wprawiały romantyków w błogostan, starsze osoby uwielbiały tu odpoczywać. Istna sielanka.
Brama Senkai otworzyła się tuż nad ziemią. Zmiany w otoczeniu nie zauważył nikt, ale kilku staruszków straciło na chwilę dech w piersiach. Ich kompani przewidywali zawał, jednak po chwili wszystko wróciło do normy. Ze Świata Dusz do Świata Materialnego przedostała się dwójka Bogów Śmierci. Jeden z nich, wysoki, umięśniony i całkowicie łysy, był blady, jak trup. Tuż po ustaniu na ziemię, zwymiotował. Drugi, był mniejszy, również postawny, a jego twarz szpeciła szeroka blizna. On przy kontakcie z zieloną trawą, upadł i chwilę leżał w bezruchu.
- Nigdy więcej – zaczął dryblas – nie piję przed podróżą do tego świata…
- Obrzygałeś stopę – poinformował go leżący Shinigami.
Łysol zaśmiał się szpetnie. Rozejrzał się. Nie znalazłszy tego, czego szukał, zwrócił się do kolegi.
- Simon, gdzie jest Grochu?
- Hmm – zamyślił się Hitsuzen. – cenzura, nie czuję go. Ale ja od zawsze mam problemy z lokalizacją innych, Baku.
- To jedziemy na tym samym wózku – westchnął wielkolud. – Sid nie odszedł za daleko, musimy go znaleźć. Wstawaj!
Miyamoto złapał za fałdę ubrań Simona. Przywrócił go do piony, jakby był małym dzieckiem. Następnie obaj otrzepali się z brudu i resztek wymiocin.
Dzień dopiero się rozpoczynał. Złote promyki przedzierały się przez chmury, wesoło tańcząc na malutkich kropelkach rosy. Popielata jaskółka tańczyła na gałęzi, śpiewając ptasią pieśń ku chwale słońca. Radowali się z tego i ludzie i zwierzęta. Jedynie para Shinigami, idąca poprzez park, zdawała się nie zauważać cudu wschodzącego dnia.
- cenzura. – powiedział Simon lewą ręką podtrzymując się za opadającą głowę.
- No. – Bakushin również nie czuł się najlepiej.
Bogowie Śmierci wkrótce opuścili tą oazę radości, wchodząc na brudny chodnik. Samochody jeździły szybko, co jakiś czas trąbiąc na siebie złowrogo. Ludzie wydzierali się na siebie nawzajem, tworząc niemiłosierny zamęt.
- Zamknąć się do kurwy nędzy! – krzyknął Baku, a głowa zaczęła boleć go jeszcze bardziej. Harmider nie ustał, a nawet zdawał się przybrać na sile. Nikt nie mógł zauważyć, a tym bardziej usłyszeć przybyszów z innego wymiaru.
- Załatwię to – Simon uśmiechnął się, chociaż ból skroni uwierał go niemniej niż kolegę z dywizji. Złapał za rękojeść swojego broni. Wysunął lekko ostrze z pochwy.
- Przestań – powstrzymał go Miyamoto. – Jesteś głupi, czy co? Przecież to są normalni ludzie!
Simon wyszarpał się z mocnego uścisku i poprawił swoje szaty.
- Popierdoliło cię! – Shinigami z blizną był bardzo wkurwiony. – Na żartach się nie znasz?
- Nie, cenzura, nie znam – tym razem to łysol złapał za rękojeść Zanpakutou. – Ale znam się na matematyce. Jeden Simon, podzielić przez moje ostrze, równa się… - Baku spojrzał w oczy przyjaciela. Wiedział, że nie znał odpowiedzi. – Dwa Simony! – ryknął ze śmiechu. Nie zastanawiał się nad swoim czynem, gdyż po chwili zwrócił treść żołądka na pobliski murek, zakrywając napis „JP na 100%”.
- Ty i te twoje żarty – westchnął Hitsuzen i ruszył dalej. Po chwili dołączył do niego Bakushin. – Co robimy?
- Chodźmy tam! – wskazał palcem na drewnianą chatkę. Nad wejściem wisiał szyld „Sake i Sajgąki! Najlepże tylko na stadionie Xlecia!”
- Sake! – zaśmiał się Simon. – Ruszajmy!
Pobiegli najszybciej jak się dało. Budyneczek był pierwszym straganem na wielkim targu. Prowizorycznie sklecony z chaotycznie poprzybijanych desek. Aż dziw brał, jakim sposobem ta konstrukcja mogła trzymać się razem i nie rozlecieć od najmniejszego dotyku. Drzwi prowadzące do pomieszczenia były białe, zwyczajne. Na górnej ich części widniały pozostałości po czarnym trójkącie, który najwidoczniej ktoś bardzo starał się zetrzeć. Baku i Simon dopadli do wejścia. Nacisnęli na klamkę, lecz drzwi nie otworzyły się.
- Zamknięte – jęknął rozczarowany Bóg Śmierci z blizną.
- Pierdol to! – dryblas naparł swoim ciałem na drzwi. Zamek napiął się i ustąpił. Impet uderzenia sprawił, że Baku prawie upadł na podłogę.
Pomieszczenie nie było wielkie. Po prawej stronie był barek i kuchnia. Na wyłączonych palnikach stały dwa garnki pełne jedzenia, zupy i sosów. Na półkach leżały przyprawy, a w chłodziarce mięso. Pod ladą stało kilka dużych butli sake, gorzałki i piwa. Na lewo od wejścia ustawione były dwa stoliki i kilka krzeseł, przygotowanych dla gości. Obecnie w pomieszczeniu nie było nikogo, poza Bogami Śmierci.
- To co, pijemy? – uśmiechnął się Baku.
- Czym się strułeś – zaczął Hitsuzen, starając się zrobić mądrą minę, jednak szelmowski uśmiech niweczył jego zamierzenia – tym się lecz. Dawaj piwo!
Baku i Simon < Wpis współtworzycie razem. Macie omówić sytuacje w jakiej się znaleźliście i podjąć dalsze decyzje. Wspólnie ustalacie dialogi i wasze zachowanie, ale w waszych wpisach muszą pojawić się osobiste przemyślenia.>
Skazany na Rukongai
79 dystrykt Rukongai. Dwie godziny po wyruszeniu zespołów do Świata Materialnego
Bijesz go! Jedziesz! – okrzyki tłumu wybijały się wśród targowego gwaru. Dwóch młodych chłopaków walczyło. Okrążyła ich masa rówieśników oraz duża liczba dorosłych już osób. Wszyscy brudni, zaniedbani chłonęli jedyną rozrywkę, którą mogli się rozkoszować – bójki dzieci.
Walczący byli jeszcze młodziakami, nie starszymi niż dwanaście lat. Życie po śmierci nie dawało im zbyt wiele nadziei. Ich ubrania były poszarpane, włosy mocno przetłuszczone, a twarze umorusane ziemią i krwią. Krótko ścięty chłopak miał poharatany policzek, a z jego warga była opuchnięta i sina. Drugi chuligan miał włosy zwisające z tyłu, a przód głowy całkowicie wygolony. Miał również złamany nos, bo krew ściekała na usta i brodę, powoli kapiąc na jego ubranie i ziemię. Wyrostki byli wykończeni, ale dalej walczyli.
W cieniu poddasza stał niewielki mężczyzna. Obserwował wydarzenie z niewielkiego podwyższenia. Luźne rękawy zwisały mu z ramion. Opierał się o drewnianą kolumienkę, która podtrzymywała ukośny strop przedsionka. Poranne promienie słońca oświetlały mu twarz, na której widać było lekki uśmiech.
- Szefie – do obserwatora podszedł wysoki, szczupły mężczyzna i skinął głową – w tym domu nie ma nic wartościowego.
- Przeszukaliście wszystko? – rzucił od niechcenia, nawet nie spoglądając się w jego stronę.
- Tylko Youri i Henco przeszukują piwnice – zaraportował. – Znaleźliśmy wejście w podłodze.
- Coś jeszcze?
- Na razie nic, Momiji-sama.
- Idź już – ponaglił go gangster.
Horishi poprosił o przypilnowanie jego interesów w kasynie, gdyż on sam musiał wyjechać w sprawach biznesowych. Tylko nieliczni wiedzieli dokąd. Tekkey był w tym wąskim gronie, ale z nikim nie dzielił się takimi informacjami. Już od tygodnia Unkai nie był z żadną misją w terenie. Jako prawa ręka szefa, musiał zajmować się całym kartelem pod nieobecność bossa. Po jego powrocie, od razu wyruszył do Rukongai. Zadanie było proste – windykacja długów jednego z hazardzistów.
Wiatr leciutko zawiał. Okrzyki walki nie milkły. Padały kolejne ciosy, polała się krew, rozdzierane były szaty. Momiji zastanawiał się, o co ci młodzieńcy walczą. O honor? Dumę? Władzę? Był ciekawy nie tego kto wygra, tylko o co toczy się bój. Lubił zlecenia, mógł posłuchać najnowszych plotek i poobserwować zwykłych Plusów żyjących w Rukonie.
Kolejne kroki wyrwały Unkaia z zamyślenia. Ten sam gangster przybył ponownie. Chrząknął na znak, że ma ważną informację.
- Czego? – zapytał mały gangster, zniecierpliwiony, że ktoś mu przeszkadza w rozważaniu.
- Znaleźliśmy coś… – bandyta zastanowił się, by odpowiednio ująć odkrycie w słowa – interesującego.
- Później – powiedział Tekkey zauważywszy, że starcie chłopców dobiega końca. – Zaraz wrócę.
Shinigami zeskoczył z podwyższenia. Do tłumu dołączały kolejne nowe osoby, chcące nacieszyć swoje oczy widokiem krwi. Unkai nie przejmował się tłokiem. Wiedział, że i tak dostanie się do środka. Lubił być w centrum wydarzeń, a teraz ma ku temu doskonałą okazję.
Tekkey < Dostań się do środka kółka. Jak zakończy się walka – Twoja wola. Również decyzja o tym, co zrobić po niej należy do ciebie. Jednak nie wchodź do środka pomieszczenia i nie pisz (bez konsultacji ze mną) co odnaleziono w budynku.> |
|
|
|
 |
Pit
Ookami
Karta Postaci
Reiatsu: 1593
Postać: Miyamoto Hizashi-kun
|
Wysłany: 2010-04-18, 13:33
|
|
|
Hizashi poczuł się dziwnie. Najpierw przeleciał przez mgłę, potem szusował po stromym śnieżnym stoku, a teraz poczuł jak znika wszelki grunt pod stopami. Właśnie spadał pionowo w dół do bezdennej otchłani, gdzie biały blask śniegu i tęczowa barwa zorzy polarnej ustępowała pola ciemności. Furkoczący od pędu powietrza płaszcz* jednookiego był jedynym słyszalnym odgłosem - cała reszta, łącznie z przekrzykiwaniami Bogów Śmierci zniknęła w jednej chwili. Takie sytuacje były dla wędrowca największą ulgą. W takich warunkach mógł odpocząć, odetchnąć od zgiełku. Lecz na to nie było czasu. Płaszcz pełniący rolę spadochronu mógł nie wystarczyć. Co gorsza, podpora "Dai" też nie bardzo chciała się uaktywnić. Zaskoczony Wilk nie stracił jednak zimnej krwi i natychmiastowo przekształcił swoje Zanpaktou w pazury. Dzięki nim mógł chwycić się skał i bezpiecznie opuścić po pionowej ścianie. Ale nawet znając dobrze duszę swego opiekuna nie był gotowy na to, co ujrzał na dnie.
- Szum wody? Przełomy! - nerwowo szukał jakiegoś skrawka stałego lądu, jakiejś wystającej skały. Kątem oka dostrzegł wystającą ze ściany podpórkę. Nie była ona zbyt obiecująca, ale w tej chwili był to jedyny ratunek przed kąpielą we wrzątku. Miyamoto naprężył mięśnie, odbił się od skały i wyrzucając łańcuchy chwycił się klifu. Chwilę później osiadł na "stałym gruncie" przyglądając się sytuacji.
- Jaka odmiana po godzinach marszu w śniegu - pomyślał. Siedząc na kuckach starał się wypatrzeć, czy nie ma gdzieś w wodzie śladów po poruczniku Jedenastki. Wołał Hiragashiego, lecz odpowiadał mu tylko szum wody.
- Jeśli przeżył przełomy to albo jest już pod wodą... - tu spojrzał na stały kawałek lądu - albo gdzieś się trzyma.
Wyczucie czyjejś energii życiowej w tym dziwnym miejscu było niemożliwe. Ba, nawet flara z Bakudou: Raitingu nie chciała wyjść. Hizashi wiedział, że jaskinia musi być chroniona przez magię znacznie potężniejszą od jemu poznanej. Uświadomiwszy sobie to, ściągnął bandaże z lewej strony swojej twarzy i uruchomił "Szperacza". Mechaniczne oko natychmiast zadziałało w trybie kontekstowym, przesyłając informacje o składzie mineralnym skał i pary, unoszącej się nad ziemią.
- To mi nic nie da - rzucił pod nosem, przełączając się na termowizję. Gorąca woda była przeszkodą nie do przejścia.
Wilk skoczył na większy fragment skały. Rozważał nawet użycie swoich najsilniejszych technik wiatru do rozproszenia wody. Opiekun się odezwał, czyli na tym polu nie było problemów. Kiedy tak decydował o przejściu w ostateczną formę, pod stopą zauważył gorący ślad. Mógł być to fałszywy alarm, ale nieopodal ujrzał kolejne dwa.
- Tutaj coś się wiło - spojrzał na podłużne, mokre ślady. Przełączył mechaniczne oko na tryb kontekstowy, który neutralizował parę - tam jest droga... czyżbyś właśnie tam się udał, Sid?
Ryzyko pozostawało, ale w takiej sytuacji każdy trop mógł być na miarę złota. Paradoksalnie to ono przywiodło tu oddział szermierzy, odważnego porucznika i pozostającego na uboczu wędrowca. Ten ostatni mógł okazać się niedługo bohaterem. Ale mógł też w krótkim czasie stać się jedynym świadkiem porażki Hiragashiego. Jak to przyjęła by władza Gotei? A dywizja szermierzy? Trzeba było zbadać jaskinię bez względu na konsekwencje i to, kim jest Grochu. Nie wiedząc co go czeka, Miyamoto ruszył naprzód.
* tak, płaszcz - chyba nie myślicie, że Shinigami biega sobie po mrozie -50 o gołym torsie albo w przewiewnym kimonie? Niby to na niego nie działa, ale jednak |
|
|
|
 |
~Tekkey
Tró Gangsta

Karta Postaci
Reiatsu: 135 [O9T!]
Postać: Unkai Momiji
|
Wysłany: 2010-04-19, 01:23
|
|
|
Krąg kibiców falował w rytm toczonego na mnogich oczach pojedynku. Celne uderzenia wywoływały dziką radość wśród dzieciarni, wśród dorosłych dwojako – zależnie od tego czy to ich faworyt zbierał cięgi – ciche przekleństwa lub nawet większą niż u dzieciarni uciechę, gdy naznaczony czempion zyskiwał przewagę. Bowiem, jak to zwykle bywa w Rukongai, wraz z pojawieniem się grupki wynudzonych gapiów ujawniła się i żyłka biznesowa jednego z ich ziomków, doliczającego sobie pewnie niezłą prowizję za trzymanie zakładów. Choć nędzę licznie zgromadzonych można było ujrzeć – oraz niestety wyczuć – bez większych trudności, ochoczo stawiali oni uciułane grosze na szali z naiwną nadzieją na zbawienny uśmiech Losu. Zupełnie jakby sama możliwość podziwiania widowiska nie było największą wygraną. Tekkeya mało interesowały indywidualne motywy każdego elementu składającego się na zeszmaconą gromadkę. Z przykrością jednak zauważył, że i co niektóre z plączących się między dorosłymi dzieciaków raczej niż pięściarzami zainteresowane były szybkim dorobkiem kosztem współwidzów. Tyle jeśli chodzi o łut szczęścia.
Obecnie zewsząd otaczała Unkaia plątanina spragnionych widowiska i łatwego zarobku obdartusów, a z jego żabiej perspektywy nawet niebo zdawało się przesłonięte ludzkimi sylwetkami. Jak stado pędzonych na rzeź owiec, Rukongaiczycy pchali się w kierunku areny. Gangster utknął w samym centrum ich gorączkowej kotłowaniny. Dołączyć do rozentuzjazmowanym tłumu, stopić się z jego anonimowe masą, aby zrozumieć i odczuć niewidoczne prąd przesuwające widzów niczym pionki po planszy, taki był cel jego obecności wśród nich. Powód walki już rozgryzł i, szczerze mówiąc, nie był z tego bynajmniej zadowolony.
- Heeej, kolego, znasz któregoś z walczących? – Tekkey zagadnął pogodnie wybrudzonego smarkacza, który niesiony ludzkim tsunami zderzył się z mężczyzną. – Rozumiesz, chciałbym zainwestować w lepszą przyszłość. Trochę skapnie i dla ciebie za rzetelną poradę.
Choć chwilę wcześniej z porozumiewawczym uśmieszkiem poklepywał się po kieszeni, facjata gangstera zmieniła się w maskę grozy, gdy uświadomił sobie brak wypchanej sakiewki zawierającą twardą walutę. Akcja przyśpieszonej auto-rewizji osobistej również nie przyniosła oczekiwanych skutków, lecz radosny grymas powrócił.
- Przeklęci złodzieje, wszystko teraz kradną! Szczęście, że większość pieniędzy pozostawiłem przy przyjacielu – tu zrobił sobie niewielką przerwę, by na nad głową rozmówcy pomachać serdecznie do oczekującego jego powrotu towarzysza – To jak, pomożesz? Mam tyle pytań, tyle pytań…
- Płatne z góry, zgredzie. Niby skąd mam wiedzieć, że mnie nie wyrolujesz, a? – ulicznik rzucił inkwizytorskie spojrzenie rozmówcy.
Nieruchomy wzrok Unkaia nadal palił swą intensywnością odległą twarz podwładnego. Mayo – bo tak się nazywał - nie miał on bladego pojęcia czego może chcieć od niego przełożony, ani z jakiego powodu posyła mu pozdrowienia (do tego każąc na siebie czekać), ale gdzieś pod skórą czuł, że byłoby lepiej gdyby się dowiedział. I to szybko. Po krótkim wahaniu odwzajemnił gest.
- Świat nie jest tak zły, jak ci się może wydawać, synu – każda chwila jest dobra na budujący przekaz, a szczególnie ta, gdy wszystkie elementy zaczynają ze sobą współgrać. – Wracamy po przerwie, pytanie za 1000 Ryo… Jaka jest twoja odpowiedź?
- Nie znam tych kolesi, zgredzi… znaczy się: panie starszy. I nie tyle nie znam, co nie do końca się lubimy. Ale i tak jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Wszyscy trzej, jak bracia. Bliźniacy. Syjamscy – napędzany chciwością chaotyczny bełkot rozpaczliwie starał się dopasować treść przekazu do zmian w mimice pracodawcy.
Bez słowa gangster wskazał kolejny cel.
- Babcia Nakamura? Zwykle zagrzybia się u siebie, pewnie dlatego zeschizowała – młodzik wzruszył ramionami – Teraz ma zajar, że trafiło jej się wyjebiste miejsce w kolejce.
Prądy w ludzkim morzu przyniosły kolejny interesujący obiekt, do którego nie omieszkał zaciągnąć swego informatora Tekkey.
- A tego lachona nie kojarzę… Jak chcesz, mógłbym ją dla ciebie wyrwać… Płatne potrójnie!
- Nie ma potrzeby, trzymaj się z tyłu - choć w tłoku nie było to łatwe, Momiji przysunął się do ciemnowłosej dziewczyny. Chyba jako jedynej spośród zgromadzonych nie zdarzało jej się ani razu ze zerknąć na arenę, co nawet wśród ciężko pracującej rzeszy kieszonkowców było niezwykłe. Chyba, że już znała zwycięzcę.
- Cześć panienko – jeśli padły z ust gangstera dalsze słowa, zostały zagłuszone przez przeszywający wrzask napadniętej dziewoi. Chi, kompletnie nieprofesjonalny. A można by przypuszczać, że podstawą w fachu eksploratora cudzych kieszeni jest absolutna dyskrecja w każdych okolicznościach. Nawet, gdy narzędzie pracy, czyli chwycona w niemal szarmanckim geście biała rączka, pozornie bez wysiłku wyginana jest do przysparzającej bólu pozycji.
Tłumek zainteresował się melodyjnym zaśpiewem wznoszącym się i opadającym wraz z krokami prowadzonej przestępczyni. Wokół zrobiło się nieco luźniej i niemal można by rozpocząć przebijanie się w kierunku walczących, gdyby nie…
- Hej, puszczaj ją Tulejmanie!
Lancelot… Oczywiście, zawsze pierwszy…
Niedawny pomocnik zdawał się poważnie liczyć na heroiczny sukces swojej interwencji. Ignorując całkowicie całokształt okoliczności, ale któż mógł go winić? Młodość… Nie zarobił więc poważniejszych obrażeń, choć po uderzeniu w jego głowę byczą metodą – czaszka w czaszkę - pewnie trochę poboli. Może przynajmniej zapłata osłodzi cierpienie – Momiji dopomógł w altruistycznym zapędzie szybciej dotrzeć nieszczęśnikowi pod drzwi, przed którymi nadal oczekiwał Mayo. Linią Air-Tekkey - nie płacimy odszkodowań w razie katastrofy lotniczych, ani tym bardziej straty bagażu.
Wolna przestrzeń wokół mężczyzny zdawała się drastycznie powiększać, sięgając aż do kręgu najzagorzalszych kibiców, których tylko siłą oderwać można by od krwawego widowiska. I wszystko (a w tym gangster i jego branka) szło gładko, niemal zbyt łatwo.
- A ja mam ochotę zatańczyć. Jak nie z nią w odbijany, to z tobą w obijany, knypku – od grupy dopingu oderwał się wielki, zły smok w pełnej krasie. Aż chciałoby się mieć pod ręką koszyk smardzów…
Trzeba przyznać – ten wyzwoliciel wydawał się większym wyzwaniem. A przynajmniej wyższym. Cóż pozostało małemu gangsterowi? Zakręcając swą partnerką w baletowym piruecie posłał ją w wyczekujące ramiona zbawcy. Całkowicie bonusowy cios łokciem wbity w twarz wysokiego mężczyzny, gdy tylko skupił się on na przechwyceniu baleriny, należy pewnie wliczyć w poczet kontuzji sportowych. Było grać w bierki... Ponownie wydobywając z towarzyszki wrzask rozdzierający zapadłą nagle na placu ciszę, spacerowym krokiem ruszył Tekkey w kierunku areny.
Pierwszego połechce. Drugiego zaboli. Trzeciego zabije. Jakże prosta dedukcja, jaką zdolni są przeprowadzić i ci licznie zebrani, na tym błotnistym spłachetku gruntu, łachmaniarze. Kto odważy się wystąpić z bezpiecznego tłumu? Pozbawić się złudnej osłony płaszczyku anonimowości i z otwartą przyłbicą stawić czoła wyzwaniu? Nikt o zdrowych zmysłach! Nie tutaj, w krainie nędznych szczurów nawykłych do czepiania się życia za wszelką cenę. Heroizm zginął tu dawno temu, lub co bardziej prawdopodobne – nigdy nawet nie wściubił w te ponure miejsce swego wielkopańskiego nosa.
Głuche łupnięcie w tył czaszki było nie tyle całkowitym zaskoczeniem, co spodziewanym wobec złośliwości Losu obrotem wydarzeń; absolutnie najgorszym scenariuszem. Unkai nie musiał się nawet obracać, by posiadać świadomość kto wydał mu wojnę.
- Taki duży chłopiec powinien już wiedzieć, że dziewcząt się nie bije… I jeszcze kolegów. Nie wstyd ci? – układane w chwiejną konstrukcję słowa brzmiały, jak gdyby z trudem przywoływane z otchłani niepamięci w każdej chwili przerodzić się mogły w szalony bełkot.
Mężczyzna powoli odwrócił się do staruszki, a ludzie, którzy mieli odwagę zerknąć na jego twarz wyrzeźbioną w maskę furii, nagle zdawali sobie sprawę, że w zasadzie aż tak dobrze babinki nie znają (znali?) i lepiej się nie narażać. W oczy nie śmiał patrzeć Tekkeyowi nikt. Tylko stuknięta seniorka odpowiedziała mu spojrzeniem błękitnie niewinnym, pełnym radosnego niezrozumienia i absolutnej pewności siebie.
Mężczyzna wzruszył ramionami, cóż zrobić? Pozostaje tylko jedno, drobny na pozór szczegół, będący najwidoczniej kamieniem węgielnym powodzenia.
- Ktokolwiek ukradł babci torebkę ma dziesięć sekund, by ją zwrócić – z chrapliwym zgrzytem w głosie cicho wycedził Momiji. Nie musiał mówić ani odrobiny głośniej. Był pewien, że nawet szept zostałby usłyszany.
Kajając się, pechowy łupieżca przebiegł przez rozstępujący się przed nim tłum. Podobnie jak kilku innych, którzy rozsądnie uznali, że lepiej nie ryzykować pomyłki z inną obrabowaną starowinką. Babcia skończyła mając torebek sześć, choć - jak zaczęli cicho przebąkiwać ludzie - zjawiła się tego dnia na placu bez nieodłącznej towarzyszki każdej kobiety.
Gangster miał teraz uwagę oraz serca ludu po swojej stronie. Pozostawało jedno małe pchnięcie, by zyskać i ich umysły.
- Wyrolowali nas wszystkich! Ta walka to jeden wielki kant! Szalbierstwo obliczone na głupca!
Wśród ludzi zawrzało, nagle nawet doping zagorzałych kibiców ucichł, a krąg wokół ringu rozsunął się ukazując nadal chwiejnie trzymających się na nogach pojedynkowiczów. Człowiek trzymający dotąd pieniądze z zakładów próbował wyrwać się poza gromadę, lecz tylko odbił się od muru gniewnych obywateli. Pierścień wokół dwóch potłuczonych zawodników zaciskał się, spychając na arenę i bukmachera. Holując za sobą brankę Momiji triumfalnie wkroczył do środka.
- Oto i ich plan: ten tu – wskazał na bankiera – przybył wcześniej, stąd wielu z was może kojarzyć jego twarz. Lecz gdy zdobył wasze zaufanie, ci dwaj sprzysiężeni ze sobą pięściarze mieli wydrenować wasze kieszenie i przykuć uwagę, podczas gdy ich cichy wspólnik zniknąłby jak kamfora z pieniędzmi. Natomiast zadaniem mojej uroczej towarzyszki było wyrwanie statecznym mieszkańcom tej okolicy wszystkiego co mają, grabiąc bezwstydnie zawartość ich kieszeni. Czy chcemy się godzić na oszukiwanie nas? Czy zbrodnia ma pozostać bez kary!?
Tłum odpowiedział rykiem wściekłości. Spanikowany kasiarz podjął najgłupszą decyzję z możliwych – sięgając po długi nóż skryty w cholewie buta rzucił się na prowodyra linczu, co tylko dodatkowo zmniejszało jego i tak już mizerne szanse ujścia z awantury z życiem.
Nie do końca wiadomo co się później stało – laska starowinki znalazła się niewątpliwie w rękach Unkaia, lecz jak trafiła w grdykę nieszczęsnego bukmachera - blokując brutalną dźwignią również i dłoń z nożem – pozostanie pewnie na zawsze tajemnicą. Zrywając z szyi przyduszonego delikwenta tasiemkę, na której zwieszała się puszką zawierającą pieniądze z zakładów, Tekkey podjął z ziemi i jego broń. Niefrasobliwie ciśnięta, wbiła się w grunt dokładnie pomiędzy gladiatorami. Wart dodać - coraz śmielej naciskanymi przez tłum, podczas gdy nieuczciwy kasiarz został wciągnięty w jego głąb. Wrzaski, jakie się po chwili rozległy, świadczyły o odzyskaniu przez niego tchu. Tyle, że pewnie nie na długo.
- Gdy już nasze pieniądze są bezpieczne, czas osądzić niegodziwców! Mówię: niech dokończą walkę! Na śmierć i życie! Kto przeżyje, może odejść z dziewczyną. – Obaj bojownicy rzucili samozwańczemu demagogowi mroczne spojrzenie, które prześlizgnęło się również po sylwetce wspólniczki łkającej u jego stóp. Jakby tknięci jedną myślą, w tym samym momencie zwrócili wzrok ku sobie, starając się wyczuć w oczach partnera cień fałszu, chęć zdrady. Obaj świetnie wiedzieli, że z pewnością kiełkuje w sercu rywala. Dokładnie tak samo jak w ich własnym. Mimo to nadal stali zamarli niczym posągi, niezdolni do podjęcia decyzji.
Gangster delikatnie objął obwieszoną torebkami staruszkę, prowadząc ją powoli przez tłok. Gdy dotarli do połowy placyku wrzask podniecenia publiczności oznajmił całej dzielnicy, że śmiertelny pojedynek właśnie się rozpoczął. Niczym pole grawitacyjne czarnej dziury przyciągnął on wszystkich zgromadzonych Rukongaiczyków ku kręgowi areny, ściskając ich w niewiarygodnie wręcz małym kręgu.
Babcia gotowa była pójść swoją drogą i po solennym przyrzeczeniu, że grzeczny chłopiec ma nadzieję już dzisiaj nikogo więcej nie obijać – rozstała się ze wzruszonym Unkaiem. Przed budynkiem nadal cierpliwie czekał Mayo.
- Wysłałem tu pewnego młodzieńca, mam nadzieję, że wypłaciłeś mu to, na co zasłużył?
- O, nawet z nawiązką. Już po tym, jak znalazłem przy nim sakiewkę ze znakiem Trzeciej Pięści. Oraz jeszcze kilka zdobycznych – wyższy gangster ze śmiechem poklepał stosik pobrzękujących woreczków.
- Chi, jeśli się zastanowić „zgubiłem” dokładnie jedenaście kiesek. Chyba, że doliczyć i dwunastą? Tę, którą wręczyłem ci rano z poborem na ten miesiąc – zwierzchnik bezlitośnie uciął płoche nadzieje na nieoczekiwaną premię. Może za rok…
Podwładny nie zdobył się na protest, pozostawało robić dobrą minę do złej gry. Do takich sytuacji niestety należało przywyknąć w towarzystwie niewysokiego łotrzyka. Ponuro łypnął okiem na wzburzony tłum, nadal podziwiający nawet krwawsze niż dotąd igrzysko.
- Ale to niesamowite, zdołałeś przejrzeć konspirację po tak krótkiej obserwacji. Uratowałeś dla tych ludzi ich ostatnie oszczędności. I…– nawet cień szyderczego grymasu nie przemknął po twarzy żołnierza Czterech Zębów –…nie miałem pojęcia Szefie, że masz tak miękkie serce wobec staruszek.
Przełożony zatrzymał się w progu domu. Bezceremonialnie rzucając kompanowi trofeum, w której to puszce zamknięto i zawartość pozyskanych sakiewek, wlepił w niego mrożące chłodem spojrzenie.
- Lubię wariatów. Są jedynymi, którzy wplatają element radosnej niespodzianki w moje plany. Pieniądze, Mayo, ocaliłem dla siebie. Ot, taki profit przy okazji ciekawego eksperymentu manipulacji tłumem – czekając aż kompan zrówna się z nim w drzwiach, Unkai urwał tłumaczenia. Na jego twarz wpełzł uroczy, łotrowski uśmiech. – A spisek w całości zmyśliłem. |
_________________
 |
|
|
|
 |
» Matheo
Ni Bantai Taichou

Karta Postaci
Reiatsu: 1223
Postać: Matheo Keitou
|
Wysłany: 2010-04-23, 21:10
|
|
|
Uspokój się... uspokój się … uspokój się…
Przeraźliwy krzyk, wrzask niósł się po pustyni. Białowłosy mężczyzna stąpający po niebie wydarł się by uspokoić swoje nerwy.
Myśl cenzura, nie wyczuwasz obecności pustych… nie mógł zginąć…
- Kto ma papierosy? - spytał, a raczej wychrypiał dowódca do swoich ludzi, którzy tak jak on „stali na niebie”.
Trzech wyciągnęło niemalże pełne paczki „fajek”. Keitou błyskawicznie znalazł się przy jednym z nich. Wyjął z opakowania jednego papierosa i wręczył go shinigami. Następnie wyjął kolejnego i przypalił, a drugiego niezapalnego wsadził za ucho. Reszta paczki powędrowała do wewnętrznej kieszeni. Przy pierwszym zaciągnięciu Math się skrzywił, tytoń był średniej klasy i dało się wyczuć dziwną kwaskowatość. Mimo wszystko palący się papieros przyniósł pewne ukojenie nerwom.
- Sanji weź dwójkę ludzi, udajcie się natychmiast do laboratoriów dwunastki, weźcie wszystko co może się przydać do odnalezienia Lee. Zabierzcie niemniej niż dwa SNR (system namierzania reiatsu). W gabinecie Lee powinniście znaleźć coś, co pozwoli wam namierzyć go. – W tej chwili białowłosy wyrwał kilka swoich długich, białych włosów i wręczył je wywołanemu wcześniej mężczyźnie – A to na wypadek jakbyście mnie nie mogli odnaleźć.
- Rozkaz
Trójka zamaskowanych bogów śmierci jak na komendę otworzyła wrota i udała się w drogę powrotną do Seireitei.
Białowłosy chwilę gdybał nad następnym ruchem. Wpadł mu do głowy ciekawy pomysł. Całym swym wysiłkiem odtrącił to co go otaczało. Jego myśli krążyły wokół otaczających go źródeł reiatsu. Jego własna energia zaczęła się bardzo szybko uwalniać. Wstrząs mocy przeszył jego podopiecznych, ziemia drżała. Białowłosy otworzył oczy. Udało się, miał rację. Karmazynowe jak krew wstęgi dusz otaczały go było ich kilkanaście. Większość pochodziła od zgromadzonych wokół niego skrytobójców. Początek każdej wstęgi znajdował na wprost serca zamaskowanych wojowników. Końce nici otaczały białowłosego. Dwie wstęgi nie miały swojego źródła obie wskazywały ten sam kierunek. Białowłosy dotknął jednej z nich. Rozpoznał od razu energie swojego wiernego porucznika. Znalazł ślad.
- Za mną! – zdążył rzucić i natychmiast ruszył na pełnej prędkości.
Mknął przez pustynne gleby nie zważając na nic. Niczym nie przypominał w tej chwili wiecznie ospałego kapitana. Mięśnie szczeki nawet nie drgnęły. Gnał ile sił miał w swej duszy i mięśniach za czerwoną nicią Lee. Dotarł wreszcie do miejsca gdzie obie wiązki się zaczynały. Ku jego uldze nie znalazł śladu krwi. Po dłuższej chwili reszta podopiecznych dotarła do swojego dowódcy. Matheo stał idealnie nad miejscem gdzie kończyła… a może zaczynała się energie Lee. Tu musiał zniknąć. Białowłosy stanął na piasku. Poczuł jak jego nogi grzęzną. Od razu zrozumiał, że to ruchome piaski. Niewielkim nakładem sił wyrwał się z pułapki. Wzbił się znowu w powietrze. Wycelował swoje działo ciśnieniowe w miejsce, które chciało go pochłonąć i zaczął co kilka sekund posyłać potężny powiew gorącego pustynnego wiatru w cel. Po kilku takich uderzeniach białowłosy dojrzał w kłębach piachu dziurę, którą po chwili znowu zasypał piach. Znakiem ręki wskazał podopiecznym miejsce lądowania. Na prędce objaśnił, że chce dąć się pochłonąć piaskom. Spotkało się to z protestami. Jednak surowy wzrok kapitana uspokoił wszystkich. Wyjaśnił, że jak dotrze bezpiecznie na dno da reszcie znak. Kazał im się jednak odsunąć. Białowłosy stanął w ruchomych piaskach i dał się im pochłonąć. Z gracją upadł na twardą posadzkę. Ciemność przysłaniała wszystko. Keitou wydobył zanpakutou. Błyskawicznie aktywował shi-kai. Dwie srebrzyste katany, od których biło słabe światło wbił w ziemię. Następnie wycelował działo w piach i puścił pocisk energetyczny na powierzchnię ziemi. Podwładni dostali znak, że mogą bezpiecznie schodzić. |
_________________ LA FURIA ROJA |
|
|
|
 |
» Grochu
Rosomak

Karta Postaci
Reiatsu: 585
Postać: Sid Hiragashi
|
Wysłany: 2010-04-24, 12:02
|
|
|
Sid szedł wolnym, miarowym krokiem za dziwnym przewodnikiem. Przez cały czas w głowie kołatały mu się myśli, że to może być pułapka. Z drugiej strony, sytuacja była skrajnie nieciekawa i porucznik zwyczajnie nie miał innego wyjścia. Do tego ta dziwna blokada energii duchowej, która wyraźnie go osłabiała. Mgła ograniczała widoczność w całej jaskini, tak że porucznik widział jedynie kontury skał i niewyraźny zarys swego przewodnika, przez co wydawał się jeszcze bardziej dziwny.
Szli już dobrych kilka minut przez nie zmieniający się krajobraz. Grobowa cisza zaczęła wyraźnie irytować wojownika. Postanowił podjąć próbę wyciągnięcia informacji od przewodnika.
- Co to za miejsce? Dokąd idziemy? I kim, lub czym ty do cholery jesteś? – przemówił w charakterystyczny dla siebie, lodowaty sposób. |
_________________ Hate me now.
Netykieta Fan |
|
|
|
 |
» Simon K

|
Wysłany: 2010-04-24, 20:54
|
|
|
Kac dnia poprzedniego, po pierwszym łyku piwa zniknał jak ręką odjął, po kilku minutach Simon odezwał się
- cenzura, ale dobre, piję już siódme ale wchodzi jak woda!
Bakushin odessał się od butelki po kilku sekundach i powiedział
- Żebyś wiedział! Chociaż chetnie przechyliłbym coś innego niż kolejny „złoty antydepresant” – po czym zaczął przebierać na półce z alkoholami – „Martini” – przeczytał powoli i odkręcił flaszkę. Hitsuzen nie czekał długo i sam się obsłużył wyrywając kompanowi butelkę i przechylając ją.
- Uuuu... dobre... sam spróbój...
- E tam, coś mi się wydaję, że ja zostanę przy sake – po czym rozpoczął spożycie bardzo ładnej butelki z wódką ryżową.
Po pół godziny nasi bohaterowie mieli dookoła siebie niezliczone ilości butelek, a że chłopaki z Juu-Ichi Bantai znani są ze swoich mocnych głów, tak więc i Baku i Simon mówili jeszcze całkiem normalnie.
„cenzura... jak tak dalej pójdzie to chyba się tu rozłożymy pod stołem... w każdym razie niezły z niego kumpel... a i wypić potrafi...” |
_________________ Tylko dobry człowiek może byc dobrym DJ'em
DJ ma dwie lewe nogi, żeby mieć dwie prawe ręce xD |
|
|
|
 |
» Bakushin
Zjem Cię.

Reiatsu: 106.9
|
Wysłany: 2010-04-25, 00:31
|
|
|
Jakiś czas później
Zasoby alkoholu się kurczyły wraz z szansą poruszania się o własnych siłach. Bakushin leżał na stosie butelek przytulając je do siebie.
- Moja piękna wyspa, będę Cię pielęgnował i... – w tym momencie przerwał swoje słodkie szeptanie. Jego oczom ukazał się bełkoczący Simon który leżąc plecami na stole chaotycznie wymachiwał ręką dookoła siebie, przynajmniej tak to wyglądało w rzeczywistości.. Miyamoto złapał jedną z flaszek i przyłożył szyjkę do oka kierując nią w stronę Hitsuzena.
- Simon! Simoooon! Nie machaj tym żaglem, już jesteś na miejscu!
Ten jednak nie przestawał. Po chwili dłoń „żeglującego” pochwyciła pełną butelkę świetnego trunku z którym zdążył się zaznajomić jakiś czas temu.
-Ap-Ab-Abst...cenzura! – krzyknął nerwowo i zmarszczył brwi. Jeszcze jakiś czas spoglądał z odległości na etykietkę , następnie na moment przybliżył ją do twarzy, po czym znów oddalił. Chwilę później odkręcił butelkę i zaczął wylewać zielony płyn na twarz naśladując przy tym mimikę ryby. Kiedy spłynęła po nim ostatnia kropla, podszedł do Bakushina który szukał czegoś w stosie butelek. Minęło kilka sekund i kolos wygrzebał z dna 3 butelki absyntu.
- Jedna dla mnie – Baku położył zielony trunek na swoich kolanach – Jedna dla Ciebie – powiedział wysuwając flaszkę w stronę Hitsuzena - I jedna dla Grocha – kontynuował z uśmiechem.
- Chodźmy mu ją zanieść! – ogłosił odkrywczo Simon.
- Ok! – odpowiedział entuzjastycznie Bakushin. Po czym poszli w nieznane.
Kilka godzin później
cenzura! – wydarł się Hitsuzen – Gdzie jest mój miecz?! Gdzie my w ogóle jesteśmy do chuja?!
Bakushin podnosząc się z betonowego chodnika momentalnie otrzeźwiał – O cenzura! Chuj z Twoim scyzorykiem, gdzie jest mój miecz?!
Obaj shinigami rozglądali się w panice za swoimi zanami a napis na pobliskim murze „Bo to Polska nie elegancja Francja” dosłownie odzwierciedlał jak głęboka jest dupa w której obecnie się znajdują. |
|
|
|
 |
» Kuyicha Lee
assasyn

Karta Postaci
Reiatsu: 543,5
|
Wysłany: 2010-04-25, 01:30
|
|
|
„To… musi… być… jakiś… żart - pomyślał Bukemizu, kiedy razem z resztą drużyny przemierzał bezkresną pustynię. PUSTYNIE! -Co za kretyn wymyślił, żeby wysłać oddział skrytobójców na pustynię?”
Dodatkowo jakby tego było mało, Zanpaktou porucznika należało do typu lodowego więc jemu tym bardziej nie podobał się dobór miejsca. No cóż, co poradzić?
„Przynajmniej misja przebiega na razie w porządku. Dobrze wyszkoliliśmy chłopaków. Powinni bezproblemowo poradzić sobie z każdym napotkanym przeciwnikiem – kalkulował chłodno Lee, widząc zachowanie grupy. – Jeżeli już o problemach mowa, to gdzie się podziała ta mumia?”
Dopiero po chwili zorientował się, że jego reiatsu zniknęło jak kamfora, dokładnie jak i szpieg we własnej osobie. Jego nieuwaga spowodowała lekki brak synchronizacji w grupie. Dla zwykłego szeregowca pewnie był on nie zauważalny, ale kapitan Keitou od razu spostrzegł, że coś jest nie tak. Jego oficer nie popełnia od tak sobie takich błędów.
Nie było sensu ukrywać prawdy. Znali się jak łyse konie. Bukemizu spojrzał w oczy swojego przyjaciela i kapitana i powiedział co go dręczy.
„ No przecież nie mógł przepaść bez śladów. Niby mógł powrócić do Sereitei, ale wtedy jego reiatsu nie zniknęło by tak nagle” zastanawiał się Lee, rozglądając się dookoła, ale było to jak jedzenie Mariko. Bezowocne. Wszędzie piach, piach i jeszcze raz piach. I jeszcze coś. Porucznik wziął z rąk jego podwładnego mały notes i przejrzał go. Na jednej z kartek widniało jego imię i imię właściciela.
„ Varraga… czy to nie przypadkiem jeden ze świrów? Wiedziałem, że skądś go kojarzę”
Od niechcenia przejrzał notatki o sobie. Kilka z informacji go nawet zaciekawiło. Sam nie wiedział, że jego strój jest zrobiony ze sztucznych włókien.
„ Kurde, wie nawet o mojej bliźnie na klatce… Skąd on to wszystko… „
Rozmyślenia przerwało mu kolejne przeczytane zdanie. Po chwili przeczytał je drugi, trzeci i czwarty raz. Zapisane słowa odbijały się w jego głowie, brzmiąc jak echo. Powolnym ruchem zamknął notatnik i zacisnął na nim swoje palce.
„ Jak… go… zobaczę… to… go… chyba… ukatrupie…”
Gotowała się w nim złość. Jego determinacja by dopaść Varragę tylko wzrosła. Jednak nie było co doszukiwać się za nią jakiś szlachetnych pobudek. W głowie układała mu się już treść raportu:
„ Oszalały z upału Varraga rzucił się na porucznika Ni Bantai, który to chroniąc życie swoje i kompanów musiał go zabić, dekapitować, wybebeszyć i rozerwać na kawałki”
Co tu wiele mówić, podobała mu się taka wersja wydarzeń.
- Musimy… - Lee chciał wydać rozkaz swoim podopiecznym by podwoić wysiłki, ale nigdzie nie mógł ich dostrzec. Ani ich reiatsu. Trzeba przyznać, że nie jest łatwo go wystraszyć, a w tym momencie włosy zjeżyły mu się niemal na całym ciele. Sprawdził dokładnie okolicę, ale nigdzie nikogo nie było. Żadnych śladów porwania, walki ani niczego. Zupełnie jakby nigdy ich tutaj nie było. Poczuł jednocześnie smutek i złość na swoją własną głupotę. Rugał się w myślach za to, że stracił trzech ludzi. Robił to tak zapalczywie, że świadomość, iż zostaje wciągany w bezmiar pustyni dotarła do niego, kiedy już nie mógł ruszyć nogami. Tak o to skończyło się życie Kuyicha „Bukemizu” Lee, byłego członka Juu-ni bantai, porucznika Ni bantai i dowódcy korpusu Keireitei…
… albo i nie? Shinigami co prawda czuł się trochę obolały, ale to znaczyło, że żyje! Jak gdyby nigdy nic wstał i otrzepał się z piasku, który najbardziej raził go w uszach. Kiedy już pozbył się większości drobinek starał się rozejrzeć w okolicy.
„ To jest jakaś podziemna jaskinia. Ciekawe gdzie podziali się inni. Nie czuje ich reiatsu”
Nagły błysk światła omiótł całą jaskinię i oślepił porucznika:
- Co do cholery? – zaklął półgłosem, przecierając bolące oczy. Zachwiał się do przodu i oparł się na kamiennym bloku, który leżał przed nim. Zanim został oślepiony przez nagłe światło, przyuważył, że znajdują się na nim jakieś nieznane mu malunki. Najprawdopodobniej jakieś pismo. Kiedy już oczy przestały mu łzawić, zauważył coś jeszcze.
„ Piramida Splamionego Słońca! To dlatego nie mogliśmy jej znaleźć”
Nie zdążył jednak ujrzeć szczegółów, gdyż światło jak nagle się pojawiło tak samo znikło. Po chwili drugi błysk omiótł jaskinię, a wydobywał się z otwartej dłoni mężczyzny, którego poszukiwał. W poruczniku zagotowała się krew. Ręka machinalnie sięgnęła po miecz i zatrzymała się na rękojeści. Logika jeszcze raz zatriumfowała nad instynktem.
„ Nie wiem gdzie mogą być chłopaki, a ten znał się na magii i mógł równie dobrze robić za latarnika. – porucznikowi zrzedła mina, kiedy uświadomił sobie co to oznacza – Cholera jestem na niego skazany”
Lee schował notatnik za pazuchę i skupił się na miejscu w którym przebywał Varraga. Pojawił się obok dziwnego jegomościa w odległości kilku metrów, na jakiejś skałce i spokojnym głosem powiedział:
- Yo
- Eh? Kto... - choć bandaże i gogle maskowały zaskoczenie na twarzy, głos oraz fakt, że notatnik nagle zniknął w którejś z licznych kieszeni natychmiast je zdradziły. Bukemizu uśmiechnął się, widząc te wyraźne oznaki zaskoczenia i podszedł parę kroków bliżej:
- Nie poznajesz mnie? Przecież cały dzień mnie śledzisz, czy może się mylę?
Meimei westchnął:
- Złe określenie. Nie śledzenie. Obserwacja. Ogromna różnica. Nie ukrywałem się.
- Hm, w sumie racja. – przyznał porucznik - Pytanie tylko po co?
Zabandażowany zmarszczył brwi choć, jak zawsze, nie było to możliwe do zauważenia.
- Dziwne pytanie. Cel zawsze ten sam. Informacja.
Kuyicha pokręcił głową ze zrezygnowaniem
-Dobra, skończmy to bo to nie ma sensu. Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytał rozglądając się dookoła Varraga spojrzał w górę:
- Pod ziemią.
Bukemizu spojrzał na niego jak na wariata, acz głos miał spokojny i poważny:
- Varraga... dobrze pamiętam twoje imię? Nie pytam się o rzeczy OCZYWISTE - nacisk nałożony na ostatnie słowo i wyraz twarzy wskazywał, że nie ma czasu na żarty. Zabandażowany westchnął ponownie, drapiąc się po brodzie.
- "Pod ziemią" to jedyne, co ustaliłem. Pomijając jeszcze "na kościach" - dodał, wskazując na zasłane szczątkami podłoże. Lee przyłożył rękę do czoła i pokręcił zrezygnowanie głową. Pozwoliło mu to ukryć twarz, by przypadkiem nie pokazać ulgi jaką czuł słysząc te słowa.
„Albo udaje albo naprawdę nic nie wie. Tak czy siak warto brnąć dalej w tę grę.”
Krótkie westchnięcie świadczyło o tym, że się poddał:
- Dobra, w takim razie chodźmy znaleźć jakieś wyjście, Panie-Latarniku.
Oficer Dziewiątki pokiwał głową, po czym ruszył za porucznikiem w stronę piramidy. Bukemizu co jakiś czas pochylał się i podnosił co większe z kości. Kiedy miał już ich sporo w rękach, powiedział:
- Tak właściwie to z jakiego jesteś oddziału?
- Kyuu Bantai. - mruknął Varraga, rozglądając się w poszukiwaniu czegokolwiek wartego uwagi - Nietrudno zgadnąć.
„ Tak. Z pewnością nie jest to trudne - podsumował Lee, nie patrząc na przymusowego towarzysza. – Mam nadzieje, że nie domyśla się, że to tylko pozory”
Przystaną na chwilę i spojrzał na mumię. Najwyraźniej nie dostrzegł niczego specjalnego bo zaraz ruszył. Kiedy byli tuż przed wejściem, zauważył kamień z jakimiś napisami. Pochylił się trochę, ale nic nie widział:
- Te, mumia. Poświeć tutaj i spróbuj coś odczytać. Może są równie stare co Ty. |
_________________ Nec Hercules contra plures- i herkules dupa kiedy ludu kupa
Miłość to nie patrzenie w siebie a patrzenie w tym samym kierunku ;* |
|
|
|
 |
» Baka
Rodzynka-Kruszynka

Karta Postaci
Reiatsu: 162.5
Postać: Ida Kendei
|
Wysłany: 2010-04-25, 13:30
|
|
|
No, po prostu cudownie!
Ida na chwilę przywarła uchem do kamiennej ściany, z próżną nadzieją, że usłyszy głosy pozostałych uczestników wyprawy. Przecież na pewno właśnie teraz jej szukają!
Odpowiedziała jej całkowita cisza.
Panował przyjemny chłodek, będący wybawieniem po godzinach podróży w skwarze i duchocie. Gdzieś w oddali słyszała odgłos kapiącej wody, a dźwięk ten zaraz odzywał się zwielokrotnionym echem odbijającym się od ścian pomieszczenia.
Musiała znajdować się w jakimś korytarzu.
Jej dłonie błądziły po zimnej fakturze, poszukując jakiegoś ukrytego włącznika aktywującego mechanizm. Bezskutecznie.
Przez chwilę Ida próbowała stłumić wrzask złości, już rodzący się w jej płucach. W efekcie wydała z siebie tylko głuche stęknięcie. Oczywiście, jak zawsze coś tak głupiego musiało przydarzyć się właśnie jej!
Pozostało ostatnie wyjście: podróż przez pogrążone w mroku miejsce i znalezienie światła, oraz towarzyszy. Och, jak gorzko żałowała, że nie przykładała się do nauki kidou! O ile łatwiejsze byłoby teraz jej położenie.
Ciemno było, choć oko wykol. Westchnęła ciężko, po czym uklękła i zaczęła na czworaka przemierzać tunel. Nie miała przecież pewności, czy po przejściu kilku metrów nie trafi na jakąś dziurę w ziemi i nie złamie nogi.
Starała się myśleć o klejnotach i bogactwie, które ją czeka. Nie może się poddać, kiedy jest już tak blisko celu!
Całkowity mrok powodował trudności z orientacją w terenie, dziewczyna jednak miała wrażenie, że droga, z początku równa jak stół, w którymś momencie zaczęła prowadzić w dół – pod niewielkim kątem, ale jednak. Podłoże było kamieniste i bardzo wilgotne. W niektórych miejscach ręce dziewczyny natrafiały na lodowate kałuże wody, zbierające się do wyżłobień wytworzonych w kamieniu przez czas.
Ida, mozolnie przemierzająca korytarz z tyłkiem w górze, dziękowała niebiosom, że nikt z Seireitei nie widzi jej w tej upokarzającej sytuacji.
Od jakiegoś czasu zdawało jej się, że w całkowitej ciemności spowijającej otoczenie, w oddali majaczy lekki pobłysk światła. W miarę posuwania się naprzód wrażenie zaczęło graniczyć z pewnością, a poblask stawał się coraz jaśniejszy, a wreszcie wręcz oślepiający.
Gdy wreszcie wydostała się z korytarza, błysk był już tak silny, że nie widziała kompletnie nic.
Łzawiące oczy jednak szybko przyzwyczaiły się do jasności, dziewczyna rozejrzała się więc po miejscu, w którym się znalazła. Było to ogromna sala. Światło słoneczne przedostawało się poprzez zawaloną część marmurowego sufitu o łukowatych sklepieniach. Gruzy piętrzyły się na kaflowej posadzce, gdzieniegdzie upstrzone całą gamą przepięknych, egzotycznych kwiatów. Z dziwnie lśniących, bogato zdobionych kolumn ścian również zwisały girlandy zielonych roślin.
Ida nabrała w płuca powietrza, po czym klapnęła tyłkiem o podłogę. Już wiedziała, skąd wziął się tak oślepiający blask.
Ściany i kolumny w tym pomieszczeniu wykonane zostały z czystego złota. |
_________________
 |
|
|
|
 |
» Bub

|
Wysłany: 2010-04-26, 01:26
|
|
|
Bub był podrażniony. Widok wzajemnie oklepujących się szermierzy niwelował całą dumę, jaką odczuwał dotąd w wyniku przynależności do dziesiątej dywizji. Z początku miał głębokie postanowienie zupełnego zignorowania incydentu, jednak sytuacja z czasem przybrała taki obrót, że nie dało się obok niej przejść obojętnie. Mocne postanowienie prysło, kiedy pierwsze lodowe iskierki, wzniecone latającymi ostrzami, obsypały czarnowłosego shinigami stojącego dotąd na uboczu, i zmusiły organizm do ratowania się gęsią skórką. To właśnie gęsia skórka przechyliła szalę, nie żadna błaha potrzeba dominacji czy zew rozlanej krwi. Możliwość rozgrzania się dołożyła też swoje trzy grosze. Zaiste, było cholernie zimno.
Toin wkroczył do akcji automatycznie, dużo szybciej i gwałtowniej niż mógłby sobie tego życzyć. W jednej chwili znalazł się po prostu w samym środku zamieszania – i w zasadzie, podkreślić należy, nie wiedzieć czemu, bo na żadnej innej rozciągłości geograficznej zapewne nie uznałby bójki niewydarzonych idiotów za dostateczny powód do zawracania sobie głowy. Jednak tu panował lód, zamrażający nie tylko koniuszki palców, ale i Konieczność. W samym środku lodowej pustyni, gdzie skok na piwo czy pod rozłożyste, zielone drzewo w żaden sposób nie były możliwą opcją uniknięcia odpowiedzialności, logika podpowiadała tylko jedno wyjście – działaj. Jedyna możliwa logika zaistniałej sytuacji nie dawała żadnego innego wyboru, bo tu, na tym bezkresnym bezludziu, odpowiedzialność była wszystkim, i działanie było wszystkim.
I kiedy jeszcze czarna grzywka przysłaniała mu oczy, a skonsternowani shinigami patrzyli po sobie w oczekiwaniu jakiegoś sygnału do ataku, Toin nie do końca zdawał sobie sprawę, w jakie gówno się wpakował. Potem jednak rozejrzał się. Zobaczył mknącą ku niemu z niewyobrażalną prędkością pięść w skórzanej rękawicy. Chwilę później ta sama pięść leżała już w śniegu, a z kikuta tryskała niebezpiecznie duża ilość krwi. Narkoman z początku nie zdawał chyba sobie sprawy z tego co się stało - widać środki odurzające oraz mróz bardzo dobrze spełniały rolę środków przeciwbólowych - jednak nie długo trzeba było czekać, nim echo rozniosło rozpaczliwy krzyk przerażenia.
- Panowie, spokojnie, spokojnie!! To nie jest konieczne! - grzmiał, choć dość piskliwe, grubawy asauchi o przezwisku Boski. Lecz po tym cisza zamarzła wśród szermierzy. Bub był ostatnią osobą, która wiedziała jak ją przerwać.
- Sukinsynu! - możliwie delikatnie wyręczył go kaleka – z-z-zabiję cię! Z-z-a-b-biję!
- Opatrzcie go, bo się nam tu wykrwawi! - zakomenderował rudowłosy.
- Jeden już padł, jeden już padł! Okabe! - wołał najrozsądniejszy ze wszystkich.
- O cenzura... - jęczeli najmniej zaangażowani.
Bub długo później zastanawiał się, dlaczego nikt nie był zdolny wbić mu ostrza w plecy; dlaczego nawet ci najbardziej władczy i krnąbrni nie podnieśli ręki na „uzurpatora”, którym poczuł się mimo woli. Wszak nawet z dwoma miałby ogromne problemy. Obrona na tak niepewnym, polarnym gruncie byłaby praktycznie niemożliwa. Dlaczego nie atakowali, skoro sam przeciw wszystkim był jak bezbronne dziecko?
- Spokojnie... - poczciwy grubas szeptał już niemalże. Para, jakby leniwie, ulatywała z jego ust – nie możemy się tu wszyscy pozabijać! Zapomnieliście... po co tu... po co tu przyszliśmy? - Po tym jak dźwięk tych słów rozpadł się w przestrzeni, nikt już nie chciał nic mówić. Słychać było tylko lament i klątwy tych, którzy bawili się w lekarzy i pacjentów.
Hasekura stał po kostki w śniegu i czekał. Dlaczego nie atakowali? Bubowi wyszło w końcu, że tak widocznie zamarzła logika sytuacji. Nie mogli tego zrobić, i właśnie dlatego tego nie robili. Nie mogli, bo wiedzieli, że dalsza walka to najgłupsze ze wszystkich możliwych rozwiązań. Tutaj, na tym pustkowiu lodowym, takie rzeczy docierały do rozgrzanych umysłów znacznie szybciej - bo wynikały one z Konieczności, mrozem i wszechogarniającą pustką malowanej. Nie wszyscy jednak opierali się jej tak łatwo.
- Ty, Toin, Bub, ty Toin jesteś? Ty!? - Toin mógł tylko zastanawiać się, z jakiego powodu ten piegowaty blondyn o niezbyt szlachetnych rysach mówi do niego jak do pijanego widu. Jednak w duchu był mu wdzięczny za przełamanie impasu. W odpowiedzi obdarzył go milczącym spojrzeniem.
- Ty Toin, ha ha! - śmiejąc się, dobył broni. Teraz było już widać jednoznacznie, że to kolejna ofiara wspomagaczy. Pochylona sylwetka, lekko chwiejąca się w rytm poruszeń zanpakutou, nadawała mu hipnotyzerskich właściwości. Wilcze spojrzenie zupełnie nie współgrało z kapiącą z ust śliną.
- Nie zmuszaj mnie, żebym cię zabił! - zagrzmiał Toin.
- Ja nie zmuszam! - powiedziawszy to, rzucił się na przeciwnika.
Toin zaklął pod nosem. Był zaskoczony. Szaleniec poruszał się nadspodziewanie szybko; łączył w sobie finezję znudzonego goryla i zwinność śnieżnego wilczura. Pierwsze uderzenie, poprzedzone szerokim i niesamowicie szybkim zamachem niemal zwaliło Toina z nóg; przed drugim, tak nagłym, że nawet nie wiadomo z której strony poczynionym, zdołał uchylić się jeszcze, ale zaraz potem wyrżnął orła. Było bardzo ślisko. Żeby odeprzeć kolejny atak, który niechybnie rozciął by mu czaszkę na pół, musiał, leżąc, zasłonić się kataną niczym kijem, podpierając przy tym klingę wolną ręką. Tego było już za wiele. Kopniak w krocze odsunął nieco zagrożenie, lecz o dziwo świr nie zachował się jak na prawdziwego mężczyznę przystało; spodziewany przez Buba efekt zastąpiony został przez kolejny napad furii. Bubowi udało się jednak podciąć napastnika, który upadł w śnieg i zaczął udawać martwego. Tak mu widocznie podpowiadała jego pokrętna logika, tak widocznie wyrachowała się Konieczność dla szaleńca.
- A mogła być z tego taka piękna wycieczka integracyjna – odezwał się Boski. Toin, cały w bieli, spojrzał na niego i mimowolnie uśmiechnął się. Nagle olśniło go. Zorientował się, że jeżeli dalej będzie milczał, to nici z zabawy.
- Boski, bądź tak miły i powiedz im, że ktoś musi ogarnąć ten burdel. Co ty na to?
- Ja... Czy mi się zdaje, czy ty się do mnie... odezwałeś? Wiecznie milczący pan Hasekura? Do mnie?
- Milcz Boski i zrób to o co cię proszę.
- Ale co ja mam...!?
- No powiedz im, że teraz ktoś przejmuje kontrolę nad tą bandą. Prawdę mówiąc, możesz nawet dodać, że chodzi o mnie.
- Tak..? - grubasek zawahał się, lecz zaraz potem spojrzał na pięknie lśniącą krwawym szronem katanę Buba – Tak? To dobrze, dobrze...
- No to mów.
- Ee... słyszeliście? Ktoś słyszał? - Wszyscy słyszeli. Odpowiedz, choć nie jednogłośna, przyszła w spodziewanej, zbiorowej niemal deklamacji wierszyka pt. „Po moim trupie!”
Bub od początku zakładał, że ta rozmowa to rodzaj zawoalowanego wyzwania rzuconemu wszystkim tym, którzy mogli mieć jakieś „ale”. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to znaczy, jeżeli znajdzie się jakiś frajer zdolny nadać pozycji Toina, zdobytej w wyniku paru ostatnich starć, trwałego fundamentu, to droga do przywództwa stanie otworem. Co jak co, ale nie mógł dać się pomiatać bandzie oszołomów; nie zniósł by supremacji gorszych od siebie.
- A więc – podjął Toin, spokojnie mierząc wzrokiem słuchaczy - tak jak mogliście przed chwilą usłyszeć, Boski wyraził dezaprobatę wobec waszego skandalicznego zachowania. Tym samym czuję się zobowiązany do spuszczenia wpierdol każdemu, kto tej dezaprobaty nie uznaje za stosowną. - Straciwszy wenę, przekazał głos Boskiemu. - Sam powiedz Boski.
- E... - odparł.
- I czy tu można jeszcze coś dodać? - zapytał jeszcze retorycznie Bub, nie czekał oczywiście na żadną odpowiedź. - A teraz koniec żartów! Jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał, o co tu chodzi, to chodzi o to, że pod nieobecność naszych bezmyślnych, być może już martwych tropicieli, musimy ogarnąć ten burdel!
- Ale jakim prawem ty..!?
- Prawem dżungli, jełopie! - pomógł Bubowi Boski – A może ty chcesz spróbować, ty impotencie umysłowy!? Ty..! - zaczerwienił się jednak szybko, a para, zdawało się, ulatywała mu już także z uszu.
- No to ładne sobie tutaj ustalacie hierarchie! - wyskoczył nagle rudy jegomość - Notesik na bok, żeby sobie władzę w grupie przejąć, mieczykiem pomachać, łapę koledze urżnąć, i po tej relaksującej gimnastyce wrócić do skrobania piórkiem, uroczyście przywódcą już mianowanym będąc! I ktoś taki ma mówić mi, co mam robić!?
- Wystarczy, że się zamkniesz. - odparł Bub, coraz mocniej podrażniony i gotowy po raz kolejny wyciągnąć miecz. To był chyba ten frajer, na którego czekał.
- Dajcie już spokój... - powiedział ktoś.
- Do kurwy nędzy! Racja, koniec z tym, czas podejmować decyzje! - dorzucił inny.
- Eh, to niech sobie rządzi, zawsze można go zdjąć... - orzekł frajer. I nie spełniwszy swej roli, oddalił się w bok. Gdyby doszło do walki, pozycja Buba byłaby jednoznaczna. A tak – zawsze mogą go zdjąć. Mimo wszystko, lepszy rydz niż nic.
Tymczasem shinigami coraz śmielej zaczęli gromadzić się wokół Toina, w zamian za kredyt zaufania oczekując odpowiedzi, co dalej. Bub wiedział jedno – nigdy więcej dragów w tej grupie. |
|
|
|
 |
» Zero
Great Student Cebula

Reiatsu: i tak mam większego od Was
Postać: Kamiiru Tagawa, lat 22, kawaler
|
Wysłany: 2010-04-26, 17:30
|
|
|
Czemu Kamiiru Tagawa, lat 22 stał się homofobem? Jak kondom doprowadził niemal do wybuchu III Wojny Światowej? I jakie amatorskie porno królowało w ostatnich tygodniach w Mieście Czystych Dusz i jaki miało związek z budżetem 13 Dworskich Oddziałów?
Ile w tym prawdy, ale ile narkotycznej wizji przećpanego kofeiną zboczeńca?
To wszystko i jeszcze więcej w kolejnym odcinku Gotei Shouto i Drogi Historii numer 4... pod tytułem...
Tagawa kontra Drzwi!
Jedyna zarejestrowane zwycięstwo Kamiiru z licznych walkach z przedmiotami martwymi, tutaj drzwiami (walk było aż około 49). Zdjęcie na zlecenie samego Zera zostało uznane przez specjalistę za autentyczne, chociaż wszystkich i tak chuj to obchodziło. Tak samo jak próba sprzedania za jedyne 10 000 RYO łopatki do przesadzania roślin, rzekomo dodającej +5 do obrażeń (Zero miał problemy z czynszem i Sid Hiragashi poradził mu pomyśleć, jak to uczciwie zarobić). Tagawa wciąż szuka sposobu zdobycia tych pieniędzy*
---
Próba pierwsza
Motyw muzyczny: Becoming the national kid
Tropikalna flora i fauna, mężczyzna dokładający wszelkich starań aby wejść do celu swej wędrówki, wszechobecny pot podgrzewany palącą rządzą. Idealna fabuła do pornola, ale nie tym razem.
Cel to dostać się do świątyni. Tej samej świątyni, która zarządała krwi prawiczka, by wpuścić do swego wnętrza. I to ponoć ta z żył samego króla zboków (!) miała pasować. Tego podłego kłamstwa nie można było wybaczyć. To podłe kłamstwo trzeba było zdeptać i jak najszybciej dołączyć do towarzyszy, których los był niepewny.
Kamiiru Tagawa, lat 22, kawaler alias „Zero”, szybkim ruchem przewiązał bandanę na czole.
- As the great man I'm...
W dłoniach dzierżył potężny, oburęczny młot stworzony z małą pomocą zdolności swego Zabójcy Dusz. Zacisnął na nim palce przymierzając się do ciosu w mur przed sobą. Uniósł narzędzie wysoko nad głowę poczynając skupiać w sobie moc.
- Aaa~
Ciasna, czarna koszulka którą miał na sobie eksplodowała pod samym napięciem mięśni.
- Wuaaaah!~
Młot ciężko opadł na kamienie. Przez krótką chwilę wydawało się, że mężczyzna toczy walkę z przeszkodą na takim samych zasadach, jak dwóch szermierzy siłujących się za pomocą swych kling.
Wygrał w tej próbie sił.
Ściana runęła z łoskotem, a fragmenty gruzu poleciały kilka ładnych metrów w górę. Kamiiru westchnął i oparł się łokciem na rękojeści młota postawionego na ziemi.
- No dobra...
Spojrzał w prawo, na drzwi stojącej parę metrów obok świątyni, w której zniknęła ekspedycja. Sam stał naprzeciw nie wielkiej budowli tuż obok, prawdopodobnie dawnego spichlerza.
- Skoro zrobiłem sobie w miarę znośną toaletę, zaraz będę mógł się tym zająć...
Próba druga
5 minut później
- Znam takie jak wy...
Kamiiru krążył naprzeciw wrót w tę i z powrotem.
- Tylko czekacie, żebym spróbował was otworzyć, nieprawdaż? Ha, bo tak działają właśnie drzwi! Na to liczycie, hę? Ale MNIE nie nabierzecie.
Puknął palcem w swego „rozmówcę”.
- Bo nie sztuką popełniać błędy, a nie powtórzyć dwa razy tego samego. Nigdy więcej nie będę próbował trzasnąć drzwiami obrotowymi, ani nigdy więcej nie będę z wami walczył. Wystarczy mi te 14 przegranych. Nie jestem głupi. Jestem więcej niż pewny, że żaden, nawet najbrutalniejszy atak was nie sforsuje. Wszystkie jesteście takie same...
Odwrócił się spoglądając na bezkresne połacie zieleni. Wydawałoby się, jakby szukał w niej natchnienia.
- Hm... – mruknął gładząc się po brodzie – Z pewnością musi być jakieś hasło, zdanie, gest odblokowujące przejście. Targanie ze sobą prawiczka w charakterze kluczy byłoby zbyt problematyczne... powstrzymaj chorą wyobraźnię Tagawa, myśl...
W oddali dało się słyszeć skrzeczenie egzotycznych ptaków. Kamiiru więc w prawie całkowitej ciszy próbował dokonać niemożliwego.
- Ok... mam... szlag – uderzył dłonią o udo – Już prawie miałem... dobra – zacisnął piąstki i wyglądało na to, że bardzo się stara, albo ma zatwardzenie - Jeszcze raz... dobra... doo... kurde, szybkie jest. To myślenie to męcząca sprawa. Dobra, mam! A nie... to była tylko goła panienka... w sumie to zabawne, spróbujmy jeszcze raz... o... o nie – mina Zera nagle zmieniła całkowicie wymiar, pobladł też znacznie – O nie, widziałem nagiego karła z wąsami. Już wiem, czemu dłużej się w to nie bawię... Koniec!
Próba trzecia
2 minuty później
- Sezamie otwórz się? Alohomora? Grochu ma grzybicę stóp? Kabanosy?
Żadnej reakcji ze strony drzwi. Zrezygnowany mężczyzna skrzyżował ręce na piersiach.
- Kuźwa, skoro nie zadziały kabanosy to ja nie wiem... lepszego hasła nie da się wymyślić. Może... Pierwiastek z 9-ciu równa się 3-y? - przekrzywił nieco głowę i czekał - … a więc to nie test na inteligencje. Kurde, mój atut nie zadziała...
Próba czwarta
Minutę później
Porucznik klęczał w miejscu byłego obozowiska.
- Mac Gyver zrobiłby z keczupu i zapałek paralotnię, ja mam...
Tagawa rozejrzał się po rzeczach powyrzucanych ze swojego plecaka.
- Kondomy, spinacz do papieru, wałek do ciasta, zapalniczka, jeden but Nike, rzutki, butelka wody mineralnej... o...
Wyliczanie zatrzymało się na zestawie „mały chemik” zwiniętym z laboratoriów 12 dywizji. Zakosił go prawdopodobnie kiedy odwiedzał wujka Kalamira. Kendei dawał mu zawsze śmieszne tabletki, po których Zero świecił w nocy, dzięki czemu straszył laski w toaletach. Nie dość, że miał dzięki nim taki ubaw, to Kalamir pozwalał mu jeszcze grać w swoje gry na olbrzymich ekranach w 12-ej. Ilekroć tracił wiarę w ludzką bezinteresowność przypominał sobie o wspaniałym Kendei'm. Sam zestaw wzbudził zainteresowanie zboczeńca przede wszystkim święcącym na zielono proszkiem. Dalej trudno było od niego oderwać wzrok. Poza tym wśród różnego śmiecia znajdował się jeszcze...
- … wąż ogrodowy... książka „Mistrz i Małgorzata”? - wziął ją do ręki patrząc nań krzywo - Po chuj mi ta książka, na dodatek totalnie do dupy? Zwodniczy tytuł, nie ma to jak oszukać czytelnika... myślałem że będzie o parze masochistów... ale i tak się przyda.
6 minut później
Motyw przewodni: Mac Gyver
Tagawa siedział przy prowizorycznym ognisku dorzucając do niego wyrywane z książki kartki. Jednocześnie wolną ręką nagrzewał igły w rzutkach. Jego nadzwyczajna koordynacja była nawet doskonalsza, bo mówił całkiem sprawnie.
- I rozumiesz, najgorsze jest to uczucie że ktoś steruje nami z góry. Cały ranek mam wrażenie, jakby jakaś siła kierowała moimi poczynaniami bez mojej woli. Wręcz wkładała mi w usta słowa, których bym nie wypowiedział. Czuje się... no nie wiem... jakbym opowiadał dowcipy i nagle ktoś mi je palił mówiąc zakończenie! To zupełnie nie tak... Weź na przykład Bakę, która myślała całą drogę że gapiliśmy się na jej tyłek, tylko dlatego że za nią szliśmy. Nikt przez cały ten czas nie pisnął jej słówkiem, że obsrała ją papuga... – metal nagrzał się już do czerwoności, odłożył więc rzutkę na bok - No i wyszło na to, że jesteśmy napalonymi zboczeńcami. A wiesz czego najbardziej nie lubię? Szufladkowania ludzi. Ufff... - odetchnął z ulgą - Już mi lepiej, dzięki za rozmowę. Jesteś prawdziwym przyjacielem.
Tygrys siedzący z Zerem przy ognisku wyszczerzył kły i warknął. Przypałętał się przypadkiem chwilę temu, a już zdążyli się ze sobą zżyć. Jak to możliwe, że mógł dostrzec Boga Śmierci? Koty nie bez powodu były czczone w Egipcie jako zwierzęta magiczne.
- Wiem, wiem... nie powinienem tak brać do siebie zdania innych, ani potępiać ich za to że oceniają nas, w znacznej mierze sami na to pracujemy. Masz rację, ale ludzie strasznie upraszczają i uogólniają... to naprawdę potrafi być krzywdzące – podrapał bestię za uchem bez cienia strachu - Wpadnę jeszcze kiedyś to pogadamy, przedstawię Cię też Akeli. To moja przyjaciółka tygrysica, ale od razu ostrzegam. Jest strasznie podirytowana przed „tymi” dniami i za cholerę nie próbuj podgryzać ją w uszy, chociaż zwykle to lubi. Ok – powstał - Teraz pora otworzyć te drzwi.
Zero z pomocą zapalniczki wypełnionej mieszanką wszystkiego, co wybuchowego znalazł w zestawie „małego chemika” wtłoczył gaz do kondoma i zawiązał go dokładnie za pomocą sznurówki. Pierwszy wynalazek ukończony, zabrał się za drugi. Jedną końcówkę węża włożył do butelki wody mineralnej, a na drugim końcu przywiązał wałek. Spinacz okazał się całkowicie niepotrzebny, co wprawiło go w osłupienie. Drugi wynalazek również skończony. Nie wiedział jeszcze do czego służy, ale wyglądał zajebiście.
- Czas przetestować to w akcji – zwrócił się do kota w rękach trzymając wybuchowego kondoma – Na mojej imprezie urodzinowej w zeszłym roku, kiedy już schlaliśmy się w trupa napompowałem takiego Trawusowi w tyłku. Uwierz mi, to trzeba było zobaczyć. Podobno przeleciał obok pokoju komandora, potem długo go nie widzieliśmy. O to już mnie nie pytaj, obiecałem Kalamirowi nie pisnąć ani słówka. Eh... to była epicka impreza.
Wynalazca i jego oddany pomocnik zaczaili się za fragmentem muru niegdyś otaczającego cały kompleks świątynny.
- Magiczna eksplozja na pewno nie zadziała, ale zwykła eksplozja powinna zrobić swoje. Rzucam!
Jak powiedział, tak zrobił. Balonik z kondoma dumnie poszybował w stronę drzwi, a Zero wytykając język i mrużąc oczy zamierzył się lotką...
… nagle silny podmuch wiatru poniósł prezerwatywę wysoko w górę... i tyle ją widzieli.
- cenzura mać! - kopnął w murek z fochem na twarzy.
Nagle eksplozja wysoko nad ich głowami wstrząsnęła całą okolicą. Zadrżały góry, tropikalny świat ugiął się strwożony, fala uderzeniowa natomiast skarciła uderzeniem wiatru wszystko, co tylko nie znajdowało się w ukryciu. Tagawa padł plackiem w kamienną posadzkę przed świątynią, jego towarzysz wpił się pazurami w jego tyłek, byle nie odlecieć. Na niebie złowieszczo lśniła jeszcze chwilę złota łuna, po której za chwilę został tylko dym.
- Ej, było kiedykolwiek powiedziane jak zginął Mac Gyver?
Podniósł się i rozejrzał po sobie. Poza śladami pazurów na tyłku nie zanotował obrażeń.
- Na szczęście nikomu nic się nie stało... - zaśmiał się histerycznie - Chyba mieszanie Reiatsu z całym tym uranem to był kiepski pomysł...
W godzinę po wybuchu urywały się telefony od szefów rządów okolicznych państw do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oskarżyli oni Amerykę o testowanie nad ich terytoriami nowych pocisków balistycznych przenoszących ładunki jądrowe. Rosja wyraziła swoje zaniepokojenie wznowieniem wyścigu zbrojeń i zapowiedziała swoją odpowiedź na „niebezpieczne i nierozsądne dążenia Stanów Zjednoczonych do zaburzenia równowagi sił na świecie” . W mediach szybko podchwycono temat nowej „zimnej wojny”. Przez tydzień świat stał na krawędzi kryzysu, a na ustach każdego mieszkańca ziemi cisnęły się słowa „III Wojna Światowa”...
Próba piąta, ostatnia
2 minuty później
- To zwykłe, zasrane drzwi. Nie mam czasu dłużej się z nimi bawić, co jeśli tam w środku są w niebezpieczeństwie?
Trudno było czytać z niewzruszonego, kociego pyska, ale perwers mógł przyjąć że nowy kompan mu potakuje.
- Jesteśmy w Amazonii, to tutaj istnieje plemię Amazonek... - coś intrygującego rozbłysło w jego piwnych oczach - Okrutne plemię kobiet, które każdego roku porywa setkę mężczyzn i wykorzystują ich seksualnie wbrew ich woli... a ja tracę czas. Jeśli nie wykonamy misji w ciągu godziny nie będę miał obiecanego czasu wolnego. A co to do cholery za wycieczka bez czasu wolnego!?!? Teraz rozumiesz, czemu to robię? Nie patrz się na mnie z taką pogardą... to jedyne wyjście, by otworzyć te drzwi.
Zero rozebrany do naga zakrywał swoje najcenniejsze narządy dłońmi. Westchnął głośno i zbliżył się do jednej z głów węza, przez którą wlali wcześniej jego krew.
- Muszę go tam włożyć, to jedyne rozwiązanie... po prostu to wiem... nie pytaj, czemu po prostu nie wleje tam krwi jeszcze raz... raz kupiłem włosy łonowe od jednego takie gościa, potem się dowiedziałem że to mi muszą wyrosnąć, a nie je po prostu mieć, żeby stać się mężczyzną. Jednym słowem, nigdy więcej nie dam się oszukać. Tak naprawdę ta historia nie ma za dużego związku, ale chciałem ci o tym powiedzieć, żeby ugruntować naszą przyjaźń... wkładam!
W momencie, w którym Tagawa potwierdził, że żadna dziurka od klucza, zawias w drzwiach, czy wszelka powierzchnia o ograniczonej przestrzeni nie może być przy nim bezpieczna, tygrys zaczął bawić się kamerą leżącą przez ten cały czas w spokoju. Zupełnie przypadkiem włączył ją, a jeszcze większym przypadkiem obiektyw łapał Kamiiru w całej okazałości...
- Halo? Czy coś się stał, czy to znów-
Głos wydobywający się z urządzenia zatrzymał się w połowie. Natomiast w miejscu projekcji obrazu zapanowała konsternacja...
Pokój Informatyczny 12 dywizji
Na wszystkich monitorach Pokoju Informatycznego świecił goły tyłek Tagawy... Yoshi upuścił filiżankę z kawą, a ta upadła na konsoletę. Nim naukowiec zdążył cokolwiek zrobić, zaskwierczało i błysnęło spod klawiatury.
Gabinet Komandora
- cenzura... utknąłem... nie mogę go wyjąć... - zaskomlał Zero... w bardzo złym momencie.
Teraz obraz Kamiiru energicznie ruszającego biodrami w tą i z powrotem przekazywany był dalej... między innymi prosto do monitora w gabinecie komandora, dzięki któremu mógł prowadzić video-konferencje. W tym momencie odbywał spotkanie z Radą 46-ściu w celu zwiększenia budżetu dla 13 Dworskich Oddziałów. Jego głównym argumentem miały być rosnące zapotrzebowania w związku z natężeniem działań militarnych...
- To jest to „natężenie” działań? - przemówił jeden z radnych.
- To obrzydl-
Drugiemu przerwał piskliwy, naprawdę spanikowany głos z monitora.
- COŚ TAM JEST!! TO COŚ MNIE DOTYKA!!! To... przyjemne... ALE MNIE ZOSTAW!!
- Panowie.
Citan Uzuki powstał ze swojego miejsca i położył ręce na stole.
- Jak widzicie nasi ludzie potrzebują wykwalifikowanej opieki medycznej w związku ze stresem wypływającym z odpowiedzialnego zadania, jakim jest ochrona dusz. Nie każdy umie sobie poradzić z takim jego natężeniem, czego najlepszym przykładem jest porucznik Tagawa. Potrzebujemy teraz jednak każdego człowieka... - Citan popisywał się właśnie swoim stoickim spokojem patrząc na drgające pośladki porucznika – Jestem pewny, że żaden z panów nie chce dopuścić, by nasi wojownicy chodzili niespełnieni po ulicach. Panie Kuroda, czy pana studiująca w Akademii córka czasem nie mieszka blisko 5 dywizji?
W tym czasie w dżungli...
Citanowi udało się uchwalić nowy budżet. Przy małej pomocy Kamiiru Tagawy, lat 22, kawalera. Jak miało się niedługo okazać, kastrata chemicznego. Póki co jednak uwięzionego i nieszczęśliwego człowieka...
- Chyba będę musiał go odciąć... - Zero przytulony do zimnej ściany pociągał nosem raz po raz - Gorzej chyba być nie może...
Tygrys podszedł dostojnym, kocim krokiem do Tagawy. Położył mu łeb na udzie i zaczął się łasić.
- Przyjaciele jednak nigdy nie opuszczą drugiego przyjaciela w najgorszych chwilach... nawet kiedy ich penis zaklinuje się w głowie kamiennego węża pod starożytną świątynią... dzięki, przypomniałeś mi po co żyję.
Nagle kot wlazł na Zera i zaczął lizać po twarzy.
- O nie stary... to już podejrzane... chyba nie chcesz powiedzieć...
Znów pokój informatyczny
- Będę wymiotował...
Informatyk po prawej stronie Yoshiego rzucił się pod krzesło w momencie, w którym tygrys wlazł na mężczyznę. Sam Yoshi natomiast dzielnie patrzył w ekran, chyba jako jedyny. Nikt tutaj nie wiedział, że kiedyś służył w Piątce, potem został przeniesiony...
Uśmiechnął się do swoich myśli.
Nagle obraz z kamery zniknął przez chmurę pyłu. Dało się słyszeć trzask, huk, warkot ranionego zwierzęcia.
- Skrępowany penis... nie ręce i nogi! – rozległo się, gdy hałas ustał.
Dopiero po chwili, kiedy pył opadł tuż przed kamerą widać było zakrwawiony pysk nieprzytomnej bestii.
- Miałem cię za przyjaciela, do cholery! – w jakiś sposób udało się uwolnić perwersowi, obiektyw łapał jego wolne nogi, z których jedna kopała tygrysa po żebrach – Zdobywałeś zaufanie, komplementowałeś, czesałeś mi włosy... tylko w jednym celu! Teraz wiem, jak to do cholery jest być kobietą! Zasrana karma – zdawało się, że mówi do kogoś, chociaż był zupełnie sam - Zrozumiałem, nigdy więcej nie będę fantazjował o kobietach przygniecionych przez gruz na polu bitwy... Trzeba było tak drastycznie mi to wyperswadować? Boże, czemu każdy poniedziałek musi być taki posrany...
I znów dżungla, 3 minuty potem...
Nagi, upokorzony, wkurwiony. Te 3 słowa od zawsze dobrze oddawały Zera w samotny wieczór. Teraz jednak były szczególnie trafne.
- Rozpierdole w drobny mak... - warczał, kiedy naciągał na siebie zastępczą parę ubrań – Pieprzyć zasady! Tym razem nie przegram! Nie rozwalę drzwi... to rozwalę ściany!
Zebrał w sobie masywne ilości demonicznej, burzliwej energii zdolnej przyprawić o ciarki największego chojraka. Płonęła ona w jego prawej dłoni wycelowana w obiekt nienawiści. Kamienne, obrysowane tajemniczymi znakami drzwi. Spływały po niej też strużki krwi drapieżnika kilkakrotnie obijanego o ściany, kropelki były dosłownie wszędzie...
Z wnętrza dobiegł głuchy odgłos. Jakby mechanizmu służącego do...?
- O nie... - Zero popatrzył na nieprzytomnego, byłego przyjaciela – To, że ty byłeś prawiczkiem nie znaczy, że ja też! W sumie... trochę mi ciebie żal... może jednak pogadam z Akelą... chociaż po tym wszystkim muszę zacząć uważać na Grocha – podrapał się po brodzie - Za często stawia mi piwo... patrz, co narobiłeś, podburzyłeś moje zaufanie w ludzi!
Kopnął truchło jeszcze raz dla odreagowania czekając, aż coś się stanie.
- Masz szczęście, że nikt tego wszystkiego nie widział... I tak... kto by mi uwierzył... |
|
|
|
 |
» Mistic
Young, pervert man

Karta Postaci
Postać: Hikari Keitou
|
Wysłany: 2010-04-26, 23:55
|
|
|
Panika powoli zapuszczała korzenie pośród oddziału. Wylęknieni Shinigami rzucali spojrzeniami po korytarzu, ubogo oświetlonym przez zaklęcia. A i te powoli słabły, wraz z wolą przetrwania. Potrzebny był dowódca, ktoś kto jednym słowem rozpali w ludziach ogień, lub chociaż ich rozśmieszy. Było tyle odpowiednich do tej roli osób, a los kpiąco umieścił w niej tego, który chwilowo nie miał na to najmniejszej ochoty- Mistica. Twarz jego ciężko było zobaczyć w pogłębiającym się półmroku, więc nikt nie mógł dojrzeć tafli uczuć jaka przez nią się przelewała. Droga powrotna była odcięta, Ida zniknęła, jak doniósł chwilę wcześniej jeden z podglądających ją młodzików, a misja musiała zostać spełniona. Tyle wymagań… A z moim zdaniem nikt się już nie liczy?- przemknęło mu przez głowę, ale zaraz stłumił te odczucia. Nie mógł pozwolić by ich historia skończyła się w tym miejscu, więc odetchnąwszy głęboko, wkroczył w wątłą poświatę ostatniego Raitingu i gromko zawołał:
- Dalej, ruszać się!- na dźwięk jego głosu, wszyscy zebrani podskoczyli, wliczając w to samego Hikariego. Był on donośny i głuchym echem poniósł się wzdłuż drogi- Mamy robotę do wykonania, ta mała Kendei pewnie poleciała zagarnąć całe zaszczyty dla siebie- przywołał na twarz uśmiech- Chyba nie pozwolicie na to, aby kobieta zabrała co wasze?
- Nie!- ryknęło kliku bardziej rozochoconych piątkowiczów, raczej to oni chcieli wziąć Idę. Keitou wskazał na jednego z magików i nakazał mu oświetlać drogę przed nimi. Wyznaczył również kilku do utrzymywania światła wzdłuż oddziału i na jego końcu. Po chwili kolumna mężczyzn ruszyła.
Tunel, choć z początku prosty i szeroki na cztery osoby, po jakimś kwadransie począł wić się we wszystkie kierunku, zwężając się i rozszerzając bez przerwy, tak że niekiedy Shinigami musieli poruszać się gęsiego. Im dalej, tym bardziej opłakany był też jego stan. Ściany porosłe mchem stały się chropowate, pomarszczone, a ze stropu głucho kapała woda. Przejeżdżając dłońmi po ścianach, natknąć się można było na wypalone pochodnie, a niekiedy… łańcuchy? Przez kilka dobrym metrów jęk poruszonego metalu towarzyszył Bogom Śmierci, gdy ktoś nieopatrznie go trącił. Natykali się też czasem na odgałęzienia prowadzące we wszystkich kierunkach, również w górę, ale fetor i dziwne skrobania skutecznie odstraszały oddział. W końcu w jednej odnóg trafili na wykonane z grubej płyty drzwi, pokryte znakami. Lecz nawet po głębszym oględzinach i napieraniu na kamień ramionami, nie udało się ich przesunąć. Wtedy Hikari nakazał odsunąć się swoim ludziom i skupiając w ręce energię, uderzył. Siła ciosu była tak dużo że sklepienie zatrzęsło się, rozrzucając kawałki skał, a przerażeni Shinigami przesrali zaklęcia oświetlające. Jednak szybka komenda i niewielka kula zawisła tuż koło drzwi. Ku zdumieniu Mistica były one nienaruszone, a z jego własnych palców leciutkimi strużkami lała się krew. Ale nie to był najdziwniejsze. Gdy przejrzał się uważnie miejscu, które uderzył, zobaczył, że tak gdzie krew zetknęła się z kamieniem po prostu znikł. W kamieniu widniał teraz otwór szeroki na dwa małe palce, przez który wpływało do korytarza wilgotne powietrze. Coś musiało się za nimi znajdować, ale drzwi chciały zapłaty… A by pokryć tak duże wrota krwią, należało by spuścić ją z… Oficer zatrząsł się. Nie, lepiej nie mówić o tym odkryciu reszcie, po co siać panikę o jakiś podejrzanych praktykach… Przywołał na twarz wyraz łagodnego zniechęcenia i rzucić do ludzi:
- Tędy nie przejdziemy, dalej, ten korytarz gdzieś się musi kończyć!- Shinigami zaczęli cofać się do wyjścia z odnogi, gdy nagle powietrze przeciął rumor i krzyk. Pod stopami jednego z nich podłoga rozpadła się jak próchno i runął on jak kamień w dół. Keitou w przeciwieństwie do innych, zamiast odsunąć się, doskoczył do rozpadliny. Bezskutecznie próbował wypatrzyć coś w otchłani pod nim, ale wydawała się nie mieć końca. Już miał zakląć pod nosem i wymyślić jakąś dodająca madziei przemowę o bohaterstwie, gdy do jego uszu dotarło:
-Halo, tam na górze, słyszy mnie ktoś?
- Żyjesz!? – oficer gwałtownie wychylił sięga krawędź i zobaczył wątły punk światła klika metrów poniżej- Nie ci nie jest?
- Nie, spadając udało mi się użyć Dai, nieco koślawo, ale jakoś trafiłem na tę półkę. Nie uwierzy oficer co tu jest!
- Tak? – Shinigami uniósł brew, w tej chwili nie zdziwiłoby go nic od krwiożerczych bestii, do Zera popijającego kawę z damską bielizna naciągniętą na głowę. A nie, to byłoby zbyt nieprawdopodobne, Kamiiru nigdy by nie przeżył czegoś takiego, szczególnie po tym co wyszło na jaw przy głównym wejściu.
- Z półki wychodzi tunel dokładnie pod drzwiami, którym nie mogliśmy otworzyć! Czuję ruch powietrza, tam musi być wyjście!
Oficer zastanowił się przez chwilę. Musiał odnaleźć Bakę, ale tajemnica drzwi, również go intrygowała. A co jeśli Ida natrafiła na podobny tunel i jest gdzieś właśnie tam? Decyzje należało podjąć szybko, ale czarnowłosy walczył jeszcze przez chwilę. Po chwili wyprostował się i rozkazał:
- Dawać tu liny, schodzimy na dół. |
|
|
|
 |
» Dreod

Karta Postaci
|
Wysłany: 2010-05-01, 19:20
|
|
|
Varraga powolnym krokiem krążył w jaskini, z uwagą przyglądając się... cóż, wszystkiemu. Co chwilę zatrzymywał się, mruczał coś pod nosem i notował. Albo nie. Głównie nie, gdyż niewiele było zanotowania wartego.
- Yo.
Salvatore niemal podskoczył, słysząc za sobą głos porucznika Drugiej. Mało brakowało też, a rzuciłby się do ucieczki. Siła przyzwyczajenia. Stwierdził jednak, że istnieje szansa iż ten nie zdaje sobie sprawy z tego, iż ktoś za nim podążał i jego jedynym problemem będzie kwestia pobytu w świecie żywych bez rozkazu... czy choćby pozwolenia.
Choć tym zająłby się kapitan. Po powrocie.
- Eh? Kto... - zaczął i skrzywił się, słysząc zaskoczenie i zdenerwowanie we własnym głosie. I cała praktyka...
Kuyicha zbliżył się.
- Nie poznajesz mnie? Przecież cały dzień mnie śledzisz, czy może się mylę? - zapytał. Zabandażowany westchnął ciężko. Tyle, jeśli chodzi o nieświadomość...
- Złe określenie. Nie śledzenie. Obserwacja. Ogromna różnica. Nie ukrywałem się. - odpowiedział w końcu.
- Hm, w sumie racja. Pytanie tylko po co?
Zabandażowany zmarszczył brwi. Co za bezsensowne...
- Dziwne pytanie. Cel zawsze ten sam. Informacja.
- Dobra, skończmy to bo to nie ma sensu. Wiesz gdzie jesteśmy? - porucznik Drugiej rozglądał się po jaskini. Meimei przez krótką chwilę również rozglądał się, po czym skierował wzrok w górę.
- Pod ziemią.
- Varraga... dobrze pamiętam twoje imię? Nie pytam się o rzeczy OCZYWISTE – ton i wyraz twarzy Lee jasno wskazywały na to, iż uznał odpowiedź za żart. Kiepski, zresztą.
Varraga westchnął ponownie, drapiąc się po brodzie. Nie znosił przyznawać się do niewiedzy na temat czegokolwiek.
Zabandażowany westchnął ponownie, drapiąc się po brodzie.
- "Pod ziemią" to jedyne, co ustaliłem. Pomijając jeszcze "na kościach" – dodał, wskazując na zasłane szczątkami podłoże.
Bukemizu przyłożył rękę do czoła i pokręcił zrezygnowanie głową. Westchnięcie świadczyło o tym, że się poddał:
- Dobra, w takim razie chodźmy znaleźć jakieś wyjście, Panie-Latarniku.
Oficer Dziewiątki uniósł brwi. Latarnik... lepsze, niż mumia. Zdecydowanie. Choć... mniej adekwatne, zważywszy na miejsce.
Uśmiechnąwszy się w odpowiedzi na własne myśli, Varraga podążył za swoim przymusowym towarzyszem, który co moment przystawał, przyglądając się kościom leżącym na ziemi i podnosząc większe egzemplarze.
- Tak właściwie to z jakiego jesteś oddziału? - usłyszał nagle pytanie.
- Kyuu Bantai. - odparł, rozglądając się. Po krótkiej chwili dodał:
- Nietrudno zgadnąć.
Porucznik przystanął na moment, przyglądając się mu. Nie dostrzegł chyba nic ciekawego, gdyż zaraz ruszył ponownie.
Wkrótce dotarli do celu. Kuyicha zatrzymał się tuż przed wejściem i z zainteresowaniem przyjrzał się tablicy pokrytej napisami.
- Te, mumia. Zapal światło i spróbuj coś odczytać. Może są równie stare co Ty.
Salvatore zbliżył się do tablicy. Hieroglify. Podopieczny kapitana Keitou najpewniej zdawał sobie sprawę z tego, iż Varraga nie będzie w stanie tego odczytać... zatem żart. Zabawne. Równie dobrze można odpowiedzieć mu tym samym. Zabandażowany zbliżył się do tablicy i udał, że studiuje zapis, pomrukując coś i kiwając co jakiś czas głową ze zrozumieniem. Otworzył nawet notatnik i zanotował na marginesie którejś ze stron kilka słów. W końcu odwrócił się do porucznika Drugiej i triumfalnie oznajmił:
- Nic nie zrozumiałem.
Niestety, jego towarzysz najwyraźniej nie dostrzegł w tym niczego zabawnego, gdyż błyskawicznie uniósł ramię... po czym równie szybko szarpnął za końce bandaży na ramionach Meimei'a, odrywając kilka długich kawałków. Owinął materiałem jedną z kości, po czym podsunął prowizoryczną pochodnię pod nos Salvatore.
- Podpalisz?
Tym razem to zabandażowany nie uznał kawału za zabawny. Cofnął się o krok, unosząc dłoń. Szepcząc inkantację, zakreślił w powietrzu okrąg... z którego wystrzelił snop płomieni, błyskawicznie podpalając bandaże owinięte wokół kości. Język płomieni dosięgłyby również twarzy Lee, lecz Varraga zmienił jego kierunek w ostatnim momencie.
- Ups. Mój błąd. - stwierdził, bez wątpienia zbyt spokojnym głosem.
<Przy okazji chciałbym przeprosić za opóźnienie; było ono spowodowane problemami z połączeniem... gdyby się uprzeć, miałem kilka możliwości ominięcia tej przeszkody, tym niemniej było jak było. Tak czy inaczej przepraszam.> |
_________________ "Innocentia Nihil Probat." |
|
|
|
 |
Narrator
Naczelny Bajarz

Karta Postaci
Reiatsu: Over 9000!
|
Wysłany: 2010-06-12, 22:57
|
|
|
Od autora: Przepraszam za to, że się trochę ociągałem ale kilka spraw wypadło z mojej kontroli. Wiem też, że jest sesja i dużo macie egzaminów dlatego daje Wam czas do 26 czerwca do oddania wszystkich wpisów. Do tych którzy mają więcej czasu apeluje, by oddawali wpisy, pozwoli mi to skuteczniej tworzyć fabule DH
***
Ciepło natury
Kamiiru Tagawa, kawaler, lat 22 wreszcie ujrzał mroki tunelu. Truchło tygrysa leżało obok niego nie dając znaku życia. Zero westchnął. Po raz pierwszy musiał poświęcić życie nowopoznanego przyjaciela. Jednak tym razem było to konieczne dla wykonania misji i podreperowania reputacji wśród podwładnych.
Ruszył w głąb cieni. Nie słyszał już jakichkolwiek odgłosów. Nie było Mistica, kolegów z dywizji, ani Baki. Był sam, opatulony jedynie w mrok, którego nie mógł przebić jego bystry, młodzieńczy wzrok. W ciasnym korytarzu jego ciche stąpnięcia potęgowane były przez echo. Ręce poruszały się to w górę, to w dół, to na boki, próbując znaleźć ewentualne przeszkody. Porucznik miał w tym wprawę, nie raz udawał ślepego, tylko po to, by móc dotknąć krągłości studentek Akademii Shinigami. Wybaczały mu, do czasu gdy odkrywały prawdę, którą sam zresztą wyjawiał przed nimi, mówiąc „A teraz pokaż dupę!” Tym razem nie było cycków, ani dziewczyn. Nie było Seireitei, a jedynie ruiny opuszczonej świątyni.
Tagawa ponownie westchnął. Nudziła mu się samotna wędrówka. Od długiego czasu nie miał z kim porozmawiać, a minęło już całe pięć minut. Nawet jego wieczne poczucie humoru gdzieś odeszło. Chciał wrócić, ale wrota były zamknięte. Czuł się opuszczony.
Ciche kliknięcie odwróciło jego uwagę od rozmyślań. Intuicyjnie odwrócił głowę szukając źródła hałasu, jednak nie było jakiegokolwiek źródła światła. Tylko mrok. Drugi raz usłyszał ten sam dźwięk, jednak tym razem był on bliżej. Potem odezwał się kolejny i jeszcze jeden. Częstotliwość ich pojawiania zwiększała się. Zero nie wiedział co zrobić i stał jak wryty. Ostatnie kliknięcie jakie usłyszał, dobiegło spod jego stóp. Stracił grunt pod nogami i spadł.
- Jakie, cenzura, liny! – żachnął się jeden z podkomendnych.
- Nie macie ich? – zdziwił się Mistic. Logiczne było, że przydałby się im porządny ekwipunek na niebezpieczną wyprawę.
Kilku podkomendnych skoczyło w czerń otworu i zatrzymali się tworząc podpórki z reiatsu i powoli zeskakiwali po nich na dół, niczym kozice na stromych zboczach niezdobytych gór.
- A co z resztą, cenzura! – Keitou czuł narastającą irytację. Do tego momentu wszyscy go słuchali, co prawda z mniejszym lub większym posłuszeństwem, ale to był ewidentny akt niesubordynacji.
Pozostali magicy, dla których techniki ruchowe pozostają poza granicami możliwości, również wskoczyli do pionowego korytarza. Zamiast jednak tworzenia podpórek, użyli Hisan Maru, gdy byli tuż obok półki. Po zawiśnięciu w powietrzu mogli bez problemu podlecieć do celu i wylądować.
- Panie Keitou – powiedział jeden z nich – wszyscy już tu są. Idzie pan?
Stojący sam Hikari był zszokowany. Jego podopieczni dali sobie doskonale radę i dotarli na miejsce. Ale co z nim? Nie ma pojęcia o demonicznej magii, więc nie poleci, również techniki Hohou nie miał opanowanych do tego stopnia, by mógł bez ryzyka tworzyć Dei. Ostatnią deską ratunku była umiejętność jego Zanpakutou. Mógłby użyć elektromagnetyzmu by utrzymać się przez chwilę w powietrzu i zejść na półkę gdzie znajdował się korytarz.
- Hekireki, Kurotentou! – zagrzmiał Hikari rzucając się do ciemnej otchłani. Ostrze pozostało takie samo jak wcześniej. Nie zostało odpieczętowane.
- Co jest? – pomyślał Mistic spadając w dół i mimochodem zauważając zdziwione miny swoich podkomendnych, kiedy przelatywał obok nich. – Grzmij, Czarna Błyskawico! – powtórzył, jednak nic się nie wydarzyło. – Przejebane… – powiedział zrezygnowany.
Tuż pod nim pojawiło się dwóch Shinigami, którzy złapali go w locie.
- Oficerze Keitou! – jeden z nich był tak przestraszony zaistniałą sytuacją, aż drżały mu dłonie – co się stało?
- Nie wiem – westchnął Mistic. Spróbował się skontaktować ze swoim Opiekunem, jednak nie słyszał odpowiedzi. Niestety, mimo usilnych starań tygrysica nie odpowiedziała na jego wezwanie.
Pierwsza grupa stała już w komplecie (poza Baką i Zerem) na półce skalnej, oczekując na przybycie dowódcy. Kiedy Shinigami wylądowali spokojnie na półce, wszyscy spoglądali na twarz oficera. Ten spokojnie stanął na kamieniach, zrobił kilka kroków do przodu, jakby upewniwszy się, że stoi pewnie powiedział do grupy.
- Nie jest dobrze! – strach przed upadkiem powoli zanikał, jego miejsce zajęła pewność siebie, dzięki czemu głos Hikariego umacniał się, przestawał drgać, robił się donośniejszy. – Nie potrafię skontaktować się ze swoim Opiekunem Duszy. – po twarzach znajdujących się tu osób przeszedł cień zdziwienia. Nie rozumieją tego. – zamyślił się Mistic. Po chwili odrzucił pesymistyczne myśli na ten temat. Kolejna rzecz do sprawdzenia w tej świątyni.
Keitou rozejrzał się po korytarzu. Był krótki, a na jego końcu znajdowały się solidne drzwi wykonane ze złota. Były gładkie i bez jakichkolwiek zdobień, poza otwartym pyskiem żmii, z którego wydobywał się długi język. Głowa widniała równo na środku wrót, znajdując się połowicznie na obu odrzwiach. Mistic uśmiechnął się.
- Otwórzcie! – rozkazał, a dwójka największych Bogów Śmierci podeszło, by popchnąć drzwi.
Ida czuła niezwykłe podniecenie. Jej oczy, teraz wielkością przypominające dwie duże monety, zaszkliły się łzami. Kąciki ust mimowolnie podniosły się ku górze, odsłaniając białe ząbki. Dłonie, jakby przyciągnięte magnesem, tarły o siebie.
- Złoto! – Kendeiówna wykrzyczała z radości nie bacząc na to, czy ktoś ją słyszy lub obserwuje. Radowała się jak dziecko, skacząc i tańcząc wokół. Podrygi te przypominały robienie pajacyków przez upośledzone dziecko na wieść że umyje rączki, ale Ida nie przejmowała się tym, była bogata!
Pomieszczenie było duże. Strop zawieszony wysoko, podtrzymujący przez sześć kolumn, zdobionych różnymi wzorami, najczęściej przypominającego węża z koroną na pysku. Podłoga wykonana również z cennego kruszcu błyszczała i odbijała kształty niczym wypucowane lustro. Roślinność zwisała w nieładzie, ale z zadziwiającą powtarzalnością – każda kolumna była oplątana, przez dzikość natury w ten sam sposób. To co na początku Ida wzięła za dziurę, przez które przekradało się słońce, okazało się płaskorzeźbą, która przedstawiała rozwarty pysk żmii, z wysuniętym językiem i nałożonym na skronie diademem. To z tego arcydzieła emanował blask, oświetlający pomieszczenie, a złoto odbijało jasność tworząc olśniewający efekt.
Baka ślizgała się po podłodze ze złota, rzucała się na kolumny i całowała je. Próbowała nawet odgryźć wystający kawałek złota, jednak nie udało jej się. Po chwili zauważyła, że pod zachodnim sklepieniem, tuż pod wielkim wężem, wybudowano podwyższenie, na którym znajdował się niewielki ołtarz. Ceremonialny, niewielki stolik, wykonany z tego samego kruszcu co niemalże całe pomieszczenie, wyłożony z wierzchu jadowicie zielonym przykryciem. Na nim stała prostokątna skrzynka, wykonana z kamienia i złota. Stała za daleko, aby móc się jej dokładnie przyjrzeć, dlatego Ida powoli zbliżała się do relikwiarza. To co było w środku, musiało być warte więcej niż całe to pomieszczenie. Kobieca ciekawość zżerała Bakę od środka niczym kornik dorodne drzewo. Bogini powoli sunęła po złotym parkiecie, by odkryć, co to za skarb znajduje się w pudełeczku. Co jakiś czas nawracała, by z napływu radości wybić się w powietrze i zrobić piruet niczym łyżwiarka figurowa na lodzie.
Drzwi od północy otworzyły się. Ida stała niczym spetryfikowana na środku sali, z rękami złączonymi nad głową i lewą nogą uniesioną, tworząc kąt prosty ze swoimi biodrami. Przewidywała najgorsze. Po chwili z ciemności wyłoniła się grupa ludzi. Twarze mieli zasłonięte dłońmi, a każdy z nich ubrany był w czarne, bądź ciemnogranatowe kimono. Dopiero po chwili odsłonili się i Kendeiówna rozpoznała, że byli to zaginieni członkowie Piątej Dywizji. Gdy ją wreszcie dostrzegli, wybuchnęli gromkim śmiechem, a niektórzy z nich poupadali na kolana, bądź wyłożyli się na plecy tarzając się ze śmiechu.
- Fajna pozycja – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha Mistic. Baka zorientowała się, że rzeczywiście wygląda idiotycznie i w mgnieniu oka przybrała normalną pozycję. Poprawiła strój, a obok niej zjawił się Hikari.
- Całkiem przytulnie – podsumował i zagwizdał dziarsko. Ida prychnęła gniewnie, zaplotła ręce na brzuchu i odwróciła głowę w przeciwną stronę. Urażona duma nie pozwalała jej wybaczyć przerwania jej wspaniałego tańca radości.
Drużyna Pierwsza w dobrych nastrojach rozlazła się po pomieszczeniu. Co jakiś czas spoglądali na Idę i chichotali, lecz gdy kobieta rzuciła swoje złowieszcze spojrzenie, przestawali i zajmowali się dokładnym sondowaniem otoczenia. Jeden z Shinigami zbliżał się do relikwiarza, który za cel obrała sobie Baka. Po całym zamieszaniu w związku z wtargnięciem do złotej komnaty Piątej Dywizji, Ida całkowicie zapomniała o malutkim pudełeczku i znajdującym się tam skarbie, a jedynie zbierała z podłogi kawałki złota i wkładała sobie do kieszeni. Do tej pory zebrała już niespełna jedną garść kruszcu.
- Zjeżdżaj stamtąd! – Kendei szybko podchodziła do podwyższenia. – To moje!
Bóg Śmierci nie słyszał, albo nie chciał słyszeć i już wyciągał łapę w stronę kwadratowej skrzynki. Ida zmełła w swoich ustach siarczyste przekleństwo, kiedy nagle pojawiło się silne reiatsu, znajdujące się centralnie za nią. Nie minęła sekunda, kiedy członek Piątki zachybotał i upadł na schody roztrzaskując swoją szczękę.
Wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu Shinigami jednocześnie obejrzeli się na wschodnią ścianę. Wrota były otwarte, a w nich stała grupka półnagich ludzi. Każdy z nich miał długie, brudne włosy. Odziani jedynie w przepaski na biodra, które sięgały im zaledwie do połowy ud. Na ramieniu każdego z nich był tatuaż przedstawiający węża, który dźwigał na swojej głowie diadem. Każdy z nich mruczał coś pod nosem, jednak zszokowani Bogowie Śmierci nie zdążyli zareagować.
- Bakudou: Soukei Teishi! – wykrzyczeli jednogłośnie, a złote wstęgi wydostały się z ich rąk, podążając do swych celów. Ci którzy stali najbliżej zostali szybko spacyfikowani i leżeli bez ruchu na ziemi z zawiązanymi nogami i rękoma, wili się jak węgorze na pokładzie statku. Shinigami, którzy jeszcze byli wolni starali się uciec, jednak pozostałe wrota zamknęły się z trzaskiem, odcinając im drogę ucieczki. Kolejne kończyny owinięte zostały złotem. Ida mimo uwięzienia rzucała się i miotała przekleństwa w stronę agresorów.
Zaledwie minutę później, jedyną osobą, która nie została zniewolona, był zastępczy dowódca Piątej Drużyny, pierwszy oficer Piątej Dywizji Hikari Keitou, który zwinnie i pełen finezji wykonywał uniki przed złotymi błyskawicami. Buńczuczny uśmiech nie schodził mu z twarzy, pewien zwycięstwa atakował agresorów.
Na podłodze leżało już czterech dzikusów. Dwóch z nich miało rozbite nosy, jeden złamaną rękę, a ostatni, którego dorwał Mistic pogruchotaną szczękę i poobijane żebra.
- No dalej, sukinsyny! – krzyczał do nich w amoku walki – pokażcie na co was stać!
Zawirował i pędem dopadł kolejnego. Prawym sierpowym podbił go lekko do góry, by sprowadzić go na ziemię potężnym kopniakiem. Potem złapał go za kostkę i rzucił w stronę atakującej go grupki. Odskoczył i spojrzał na efekty swojego ataku. Był zadowolony, gdyż trójka osób wylądowała na ziemi. Hikari wybił się w powietrze by zaatakować.
- Bakudou: Heshioru Hone! – niewidzialny pocisk uderzył Mistica w klatkę piersiową, aż ten grzmotnął z powrotem na ziemię.
- Co do… - Keitou spojrzał na zbliżającą się w jego stronę postać odzianą w luźne, śnieżnobiałe szaty wykonane z przewiewnego materiału. Na głowie miała hełm w kształcie węża, wykonany z gadzich łusek. Jego twarz i dłonie całe pokryte były różnymi tatuażami, ale większość z nich przedstawiały węża lub słońce. Nieznajomy był wysoki, znacznie wyższy od Mistica i potężnie zbudowany. Przypominał kolosa, górującego nad wszystkim. Szedł powolnym krokiem, a jego twarz nie zdradzała jakichkolwiek oznak emocji.
- Hakudou: Rikujokoro – kolejny raz użył czaru bez inkantacji. Dookoła pasa Piątkowicza wytworzyło się sześć jasnożółtych płatków, wiążąc jego ręce wraz z ciałem. Mistic szarpnął się, jednak zaklęcie nie puściło.
- Nie masz szans, Shinigami – wytatuowany człowiek-wąż podszedł bliżej obserwując wywijającego się Boga Śmierci. Kultysta, jakby dla pewności użył jeszcze dwóch zaklęć wiążących, które spętały mu nogi i ręce. Hikari leżał całkowicie bez ruchu przeklinając w myślach swoją pomyłkę.
Mężczyzna który uwięził Keitou odszedł od swojej ofiary i przemawiał do reszty tubylców w jakimś dziwnym, świszczącym języku, przypominającym syczenie węża. Po zachowaniu dzikusów, można było przypuszczać, że człowiek w wężowej masce, był swego rodzaju przywódcą, który wydawał reszcie rozkazy. Służalcy szybko podbiegli do Shingami i ciągnęli po ziemi, układając przy ołtarzu każdego z nich w odstępie około jednego metra. Nie byli przy tym delikatni, wręcz brutalni, bo jeżeli ktoś stawiał opór, kultyści używali swoich pięści i bili do nieprzytomności. Tak skończyło dwóch Piątkowiczów. Reszta widząc, że opór nie zda się na nic, pozwalali się ciągnąć jak baranki…na rzeź.
Baka nie należała do potulnych osób. Nienawidziła jak ktoś jej rozkazuje, a jeszcze bardziej gdy rozkazuje jej jakiś prymityw. Stał nad nią półnagi facet, brudny i spalony słońcem. Śmierdziało od niego zgnilizną i moczem. Ida starała się nie oddychać przez nos, bo zapach nie należał do najprzyjemniejszych i kobiecie chciało się wymiotować. Kiedy mężczyzna chciał ją podnieść, Kendeiówna uderzyła go nadgarstkami w twarz. Tubylec się lekko zachybotał ale nie stracił równowagi. Rozwścieczony krzyczał coś do niej, a ona nie rozumiała z tego ani słowa. Zamachnął się. Cios nie padł.
Ida otworzyła oczy. Ktoś trzymał dzikusa za ramię. Napastnik krzyczał dalej, jednak był o wiele słabszy niż człowiek, który go powstrzymał. Ten drugi był zupełnie inny. Włosy były uczesane, lekko tylko przetłuszczone. Mocno opalony i wysoki. Jego zapach przypominał słodycz kwiatów, które zastali przed bramą. Ciemnobrązowe oczy wpatrywały się w twarz dziewczyny, niczym w obrazek i lekko uśmiechnął się do niej, biorąc ją w ramiona i lekko unosząc. Szedł z nią ostrożnie, lekko stąpając o podłoże. Szeptał coś do niej, jednak słowa były niezrozumiałe dla zszokowanej Baki, która pozwalała się nieść, nie czując przy tym złości, ani urazy.
Położył ją lekko przed pierwszym schodkiem. Ukląkł przed nią i dotknął dłonią swojej klatki piersiowej. Następnie powoli i spokojnie przeniósł dotyk na piersi kobiety i zaczął mówić spokojnie, melodyjnie. Język tubylców, który wydawał się ostry i cięty, w jego ustach brzmiał poetycko. Ida zarumieniła się i lekko uśmiechnęła. Miała już plan, jak się stąd wydostać.
Baka! <Musisz coś zrobić. Możesz użyć swoich kobiecych wdzięków i uwieść tubylca, albo zdzielić go po głowie. Decyzja należy do ciebie. Możesz uratować ekspedycję przed więzieniem!>
Mistic był całkowicie unieruchomiony. Siedział na podłodze, lekko oddalony od reszty swoich ludzi. Ręce i nogi związane zostały za pomocą zaklęć kidou. Miał przymknięte oczy, dlatego barbarzyńcy nie obserwowali go czujnie uważając, że jest nieprzytomny. Hikari planował jak się stąd wydostać. Kultyści nie byli bezbronni, wręcz przeciwnie, potrafili miotać zaklęcia, całkiem potężne. Tylko jakim cudem je znali? Możliwe, że byli oni kiedyś Shinigami, albo ktoś ich tego nauczał. W pamięci odszukał wygląd człowieka-węża. Dziwne tatuaże na jego ciele musiały mieć jakiś charakter rytualny. Może był najwyższym kapłanem, a może… jedynym z wielu silnych dusz. Dopiero po ataku Keitou odczuł ich silne reiatsu. Przez cały czas musieli się maskować, abyśmy ich nie wykryli. Wszystko było zaplanowane.
Bóg Śmierci przymrużył oko. Spostrzegł, że strażnicy lekko się oddalili, a on sam siedział dość daleko od pozostałych. Jeżeli udałoby mu się niepostrzeżenie umknąć i znieść wiążące go czary, może dałby radę pokonać ich! Jednak nie czuł wsparcia swojego Opiekuna, Kurotentou, który od czasu dostania się do świątyni milczał. Musiał dostać się do Zera i razem ich zaatakować. Wtedy mieliby szansę oswobodzić wszystkich. Tylko…gdzie jest Zero?
Mistic! <Jesteś oddalony o kilka kroków od pozostałych. Nikt Cię nie obserwuje. Postaraj się wypełznąć z pułapki. Pamiętaj o tym, że jesteś dokładnie oplątany zaklęciami wiążącymi. Nie możesz także liczyć na swojego Zanpakutou, który nie chce się odezwać, ani tym bardziej odpieczętować. Wydostań się z pomieszczenia>
Kamiiru leciał kilka sekund. Pęd powietrza nie pozwalał mu krzyczeć, gdyż spadał głową w dół na spotkanie końca tunelu, w którym się znalazł po włączeniu pułapki-zapadni. Machał rękoma jak dziewczynka z porem, starając się złapać czegokolwiek, nawet brzytwy. Nie znajdując oparcia krzyczał jeszcze bardziej, ale żaden odgłos nie wydostał się z jego ust.
- To już koniec – pomyślał. – Żegnaj okrutny… Mistic?
Przez moment wyczuł reiatsu swojego przyjaciela. Jednak chwila ta była zbyt krótka, aby ktokolwiek mógłby to zauważyć. A może jednak jest nadzieja? Zero w locie obrócił się, że pęd powietrza nie blokował jego ust. Nabrał powietrza, aby jego głos doszedł do pierwszego oficera.
Plum!
Otoczenie zmieniło się. Stało się bardziej mokre lecz wcale nie jaśniejsze. Wpadł do wody. W dodatku z silnym nurtem, który pchał Tagawę do przodu. Impet spowodował, że Zero poczuł ból głowy, jakby ciśnienie rozsadzało mu czaszkę. Kilkoma silnymi ruchami wypłynął na powierzchnię i zaczerpnął powietrza. Po chwili jednak fale ponownie zabrały go w swoje objęcia i wraz z nimi płynął dalej bez sensu uderzając dłońmi o spienione wodne bałwany. Dopiero po chwili dotarło do niego, że rzeka, która była pod świątynią, była najeżona skałami. O mały włos nie wpadł na jedną z nich i nie roztrzaskał głowy. Zaczął krzyczeć i wołać o pomoc, cudem unikając kolejnej iglicy wystającej z wody.
Po chwili zanurkował. Pod powierzchnią było ciut spokojniej, mimo że silny prąd dalej pchał go w nieznane. Kamiiru w końcu zaczął myśleć. Jest przecież Shingami, dumnym porucznikiem Piątej Dywizji, kawalerem i 22-latkiem! Nie może tak skończyć! Nie jeżeli koło niego nie będzie pięknej dziewczyny, którą uratuje, a ona w ramach podziękowań odda mu się tak jak tylko będzie chciał!
Bóg Śmierci uśmiechnął się szyderczo. W jego głowie powstał obraz, który nie przyszedł by na myśl żadnej żywej, lub martwej, istocie w stanie zagrożenia. Marzył o cyckach. Uderzenie o niewielką skałę sprawiło, że powrócił na ziemię. Zero zaczepił się swoim rękawem o wystający szorstki głaz. Sprzeciwiając się prądowi, Tagawa podpłynął troszkę i objął skałę rękoma, wyswobadzając swoje ubranie. Zwinnym ruchem wszedł na skałę i patrzył na płynącą rzekę, mimo, że było zbyt ciemno aby cokolwiek zobaczyć. Słyszał tylko szum.
- I co, skurwysyny! – jego głos przepełniony był dumą. Uśmiechnął się tak szeroko, jak tylko mógł i odetchnął głęboko. – Ha! Myślicie, że mnie zatopicie? Tymczasem to mi się lepiej powodzi niż wam!
Wielka fala uderzyła o skałę, zabierając Zera z powrotem pod powierzchnię. Wściekły Shinigami klął na wszystko co związane z wodą, nawet na owoce morza i wybory miss mokrego podkoszulka. No może poza tym ostatnim, pod warunkiem, że to on polewałby dziewczyny.
Cienie zaczęły ustępować miejsca światłu. Rzeka zabierała go poza świątynię. Słońce świeciło coraz mocniej. Zero mimowolnie uśmiechnął się. Wierzył że teraz mu się uda. W kilka chwil dotarł blisko wyjścia z jaskini. Zauważył również, że szum przybiera na sile.
- cenzura, wodospad! – odkrycie to nastąpiło poniewczasie. Było zbyt późno nawet na próbę ewakuacji. Potężna bryza bijąca z wodospadu niemalże pochłonęła Zera. Siła spadającej wody była dla Kamiiru zaskoczeniem, jednak stosunkowo szybko odzyskał zimną krew, którą stracił podczas spadania.
Technika Shunpo jest znana wszystkim shinigami, a nie tylko tym, co fascynują się i znają na Hohou. Pozwala bardzo szybko zaatakować i pokonać przeciwnika, tak samo jak wydostać się z niebezpiecznego miejsca. Ta druga właściwość przydała się w tym momencie, aby Tagawa nie roztrzaskał się o dno rzeki. Zawisł w powietrzu, a pod stopami utworzył podpórkę z reishi. Patrzył na żywioł, który żłobił skały niczym rzeźbiarz. Potęga wody, mimo iż na pierwszy rzut oka niepozorna, pokonuje wszelkie żywioły; ogień, gasząc go; ziemię, powoli krusząc skały; powietrze, powstrzymując tlen przed docieraniem do istnień żyjących w morzach. Żył i pokonał żywioł. Był silniejszy od natury!
- Dobra! – zastanowił się porucznik – to gdzie teraz jestem..?
Rozejrzał się i zobaczył dwie wysokie skały stojące naprzeciwko siebie i rzekę płynącą pomiędzy nimi. Gdzieś wysoko, wydawałoby się, że niedaleko chmur, znajdowała się dżungla pełna rozmaitych drzew i pnącz, oblepiających skałę, niczym lateks kobiecą skórę. Gdzieś nad Zerem, nad rzeką, pomiędzy górami znajdowała się cienka prosta linia. Tagawa skupił na niej swój wzrok. Co to było? Czyżby to…
- O cenzura… - załamał się Kamiiru Tagawa, kawaler lat 23, Syzyf Seiretei.
Zero! <I znów przed wyjściem. Tym razem już jesteś bardziej doświadczony. Możesz podlecieć do góry i ponownie otworzyć wrota, albo zaryzykować i wrócić do jaskini, utrzymując się nad rzeką dostać się z powrotem na górę. A może wykombinujesz coś innego? Pamiętaj, że w Świątyni nie możesz rozmawiać ze swoim Opiekunem oraz odpieczętowywać Zanpakutou.>
Chłód ognia
W pieczarze co chwila pojawiali się kolejni Shinigami z Drugiej Dywizji. W niespełna minutę wszyscy, którzy byli razem z kapitanem Keitou pojawili się pod powierzchnią. Mrok został częściowo rozproszony przez czerwono-pomarańczową poświatę z odpieczętowanego Zanpakuto kapitana Matheo. Poświata nie odsłaniała całej jaskini, ale pozwalała zobaczyć skład w ciemności.
- Wszyscy tu są? – zapytał dowódca wyjąwszy miecze z ziemi i oświetlając zamaskowane twarze swoich podopiecznych.
- Wszyscy są, panie kapitanie! – zaraportował jeden z Bogów Śmierci. Matheo uśmiechnął się do siebie. Nie czuł tu obecności Bukemizu. Nie czuł obecności swoich towarzyszy. Nie czuł jakiegokolwiek źródła reiatsu. Coś tu było nie tak…
- Nie oddalamy się od źródła światła! – rozkazał Hirameki. – Porucznik Lee zaginął. Jest gdzieś tu, w tej jaskini. – Białowłosy rozejrzał się, jednak jego wzrok nie mógł przebić tych egipskich ciemności. – Ruszajmy zatem.
Poruszali się powoli. Matheo obrał kierunek, mimo iż nie wiedział, gdzie się znajdują, ani gdzie idą. Zdał się na swój instynkt. Stąpali powoli, bezszelestnie, jak na zabójców przystało. Od lat byli szkoleni, by stać się najszybsi i niezauważeni. Lekko stąpali po sypkim piachu, a podłoże nie wydało jakiegokolwiek dźwięku.
Kapitan Keitou trzymał swoją broń wysoko, aby rozświetliła swoim nikłym blaskiem jak najwięcej okolicy. Światło było zbyt nikłe, aby zobaczyć chociażby kontury ogromnego pomieszczenia. Mimo to, wszyscy uparcie szli naprzód. Oddział zawierzał swojemu przewodnikowi i bezgranicznie mu ufał.
Chlup!
Jeden z żołnierzy zatrzymał się. Cała reszta która szła obok niego, jakby na zawołanie dotrzymała mu towarzystwa i nie podążała za dowódcą.
- Kapitanie Keitou! – zawołał jeden z nich. Matheo zatrzymał się i odwrócił. Podszedł szybkim krokiem do obiektu całego zamieszania, licząc, że trop będzie na tyle istotny, że będą mogli szybko odnaleźć zaginionego porucznika.
- Co się stało? – zapytał jeszcze zanim dotarł na miejsce. Opuścił swoją broń, by blask z niej się wydobywający mógł oświetlić przedmiot zainteresowania. Na kawałku ubitego piasku znajdowało się niewielkie wyżłobienie, w którym nagromadziła się ciecz. To nie była woda. Czerwona, gęsta maź barwiła piasek na różowo. To była krew.
Hirameki przecisnął się przez tłum zszokowanych podwładnych. Kapitan obawiał się najgorszego. Powoli unosił ostrze do góry. Kiedy była na wysokości ramienia, gdzieś w mroku dostrzegł kształt, jakby kopiec. Podszedł bliżej, aby móc dokładniej się przyjrzeć. Serce waliło mu jak młotem.
Usypisko nie było większe niźli sam kapitan. Zbudowane z białej skały, porośnięte szorstkim i wyschniętym mchem, jednak bardziej żółtym niż ten znajdujący się w lesie. Na samym szczycie znajdował się jeden z Shinigami, który wyruszył razem z Lee. Właściwie to tylko jego górna połowa. Leżała na górze, a z licznych ran na całym ciele spływała krew, łącząc się w niewielki potok, kończący się w miejscu, który zaaferował całą kompanię. Twarz wykręcona w koszmarnym grymasie, jakby to, co go zabiło zrobiło to bardzo boleśnie.
- Na litość boską, zdejmijcie go! – nawet Keitou, który nie raz widział śmierć towarzyszy, był zszokowany. Zmasakrowane ciało, oczy bez życia skierowane były na zgromadzonych przed nimi Shinigami. Spod powiek spoglądało widmo śmierci. Nie tej, która zabiera życie powoli, spokojnie, ale tej, która masakruje, powoduje, że ofiara zaczyna się modlić, by agonia minęła jak najszybciej.
Trójka Shinigami złapała za pokrwawiony strój zmarłego. Pociągnęli z całej siły, a trup zsunął się po kopcu, zdzierając pożółkły mech. Kolejna niespodzianka zaskoczyła zebranych. To był kurhan usypany z czaszek. Puste oczodoły wypełnione były setkami małych robaczków, pajączków i niewielkich gadów, które spierzchły głębiej w kościany stos, gdy tylko zobaczyły światło. Kilka osób z drużyny Matheo zwymiotowało, niektórzy od razu, a część odeszła poza krąg światła. Tylko nieliczni pozostali na miejscach i w milczeniu oglądali niecodzienne znalezisko.
- O cenzura… - powiedział Matheo stojący zszokowany. Światło wydobywające się z ostrzy drżało wraz z delirką kapitana. Dowódca podszedł bliżej, by lepiej oświetlić cmentarzysko. Część osób spuściła, bądź odwróciła wzrok. Dłoń Hiramekiego powędrowała w górę. Za usypiskiem zobaczył, że czaszki nie znajdują się tylko w tym miejscu, lecz ciągną się dalej. Bóg Śmierci ominął kopiec i ruszył dalej. Oniemiała drużyna powoli, niechętnie ruszyła za nim. Pod ich nogami chrzęściły kości. Nie przejmowali się tym. Byli ciągle w szoku.
Na kościanym trakcie znajdowało się dużo krwi. Dwa kolejne ciała były zmasakrowane. Mimo, że twarze ofiar były całkowicie zmasakrowane, wiadomo było, kto tutaj poległ.
Trzech Shinigami podbiegło do jednego z ciał. Dwaj następni udali się do kolejnego. Z nadzieją sprawdzali, czy ich kompani jeszcze żyją. Niestety, egzystencja ofiar urwała się tak samo gwałtownie, jak ślad reiatsu Lee. Kapitan Keitou wysilał się, starając odnaleźć choćby niewielką namiastkę energii duchowej porucznika. Bez skutku. Nie wyczuwał pod ziemią jakiejkolwiek siły, nawet swoich podwładnych, którzy stali kilka metrów obok. Odszedł od grupki na kilka kroków i spoglądał się w mroki jaskini. Spojrzenie błękitnych oczu nie rozwiało cieni, a poświata miecza nie sięgała aż tak daleko, jak życzyłby tego sobie ich właściciel.
Matheo stał wpatrzony w dal. Starał się obmyślić plan, który pomoże mu znaleźć i uratować przyjaciela. Ciała wciąż nie odnaleziono, więc w sercu kapitana nadal tlił się promyk nadziei. Lecz czy na długo?
Gdzieś z tyłu rozległ się cichy chrzęst. Potem następny i jeszcze kolejny. Drużyna, która jeszcze przed chwilą w ciszy układała zwłoki swoich martwych towarzyszy, teraz rozbiegała się i darła wniebogłosy. Ich krzyk stawał się piskliwy. Co mogło przerazić skrytobójców do tego stopnia, że w taki sposób spanikowali? Matheo jednym susem doskoczył do nich i rozłożył ręce wysoko, tak, aby katany oświetlały jak najwięcej terenu. Świeża krew płynęła strużkami po kościstym bruku.
- Co tu się dzieje! – zapytanie kapitana pozostało bez odpowiedzi. Usłyszał szczęk broni uderzającej o twardy materiał, podobny do skały. Potem kolejny. Gdzieś w ciemności musiała odbywać się walka. Migoczący krok wprzód i Hirameki zjawił się nieoczekiwanie tuż przy rannym Bogu Śmierci z jego oddziału. Młodzieńcza twarz była we krwi, a trzy długie rany szpeciły policzek.
- To koszmar… - splunął krwią na białe haori kapitana. Łydki rannego były obdarte ze skóry, krew płynęła z nich strumieniem. Nie mogąc utrzymać się na własnych nogach upadł, a w ostatniej chwili złapał go jego przełożony.
- Co się stało? – zapytał Keitou starając się by jego głos zabrzmiał pewnie, mimo iż on sam nie pojmował jak jego oddział mógł w tak krótkim czasie pójść w rozsypkę. Byli doskonale wyćwiczeni, cisi i zabójczy. A jednak coś poszło nie tak! Najpierw porucznik, teraz cały oddział!
- Trupy… - spojrzeli na siebie. Źrenice Shinigami były rozszerzone ze strachu. Cienkie obwódki tęczówek były ledwo widoczne. W świetle lichego ognia obraz ten stawał się makabryczny. – Kości…
Matheo w ostatniej chwili uchylił się przed nieoczekiwanym ciosem. Uderzenie zamiast w niego, trafiło prosto w ciężko rannego Boga Śmierci, który jeszcze przed chwilą znajdował się w ramionach kapitana. Hirameki wycelował swoim Zanpakutou w stronę agresora. Jednak widok ten napełnił go zdziwieniem i zdenerwowaniem. Wysoka postać, niemalże dorównująca mu wzrostem. Chuda, ba, określenie koścista pasowało tu jak ulał. Niespełna trzy metry przed kapitanem Dwójki stał kościotrup. Ręce zwisały bez życia, dolna szczęka opadała na kręgi szyjne. Wszystko poplamione szkarłatem. Oczodoły były puste, czarne.
- Kim jesteś? – Keitou zapytał, a po chwili zdawał sobie sprawę, że nie miało to najmniejszego sensu. Ta istota nie żyła. Nie rozumiała go. Po prostu stała i nie ruszała się.
Pod stopami Matheo zachrzęściły kości. Kilka par rąk łapczywie wystrzeliło do góry, by objąć swą ofiarę. Usidlić, by kat mógł go bezproblemowo zabić. Jednak Shunshin był szybszy i odskoczył na bezpieczną odległość. Niestety stracił przeciwnika z pola widzenia. Sytuacja coraz mniej podobała się kapitanowi. Zwłaszcza, że nie słyszał już tumultu, który robili jego podwładni. W każdej innej sytuacji, dowódca Dywizji Drugiej zdrowo by ich opieprzył, ale teraz sam był zdziwiony, całkowicie nieprzygotowany na zaistniałą sytuację.
Szkieletowa dłoń przecięła powietrze o milimetry chybiając policzek białowłosego. Ten nie namyślając się długo, instynktownie, przeciął oponenta w pół. Truchło rozleciało się, każdą kością w inną stronę. Kolejny cios padł od tyłu, jednak Matheo zwinnie uchylił się i szarpnął ostrzem. Naga czaszka rozpadła się na dwie kawałki i gruchnęła o podłoże. Kolejne części ludzkich zwłok atakowały, jednak żadna nie trafił swojego przeciwnika. Wszystkie przecinały powietrze, narażając się na kontrę, która nadchodziła niespodziewanie szybko.
- Co tu się dzieje! Kitto! Mae! Shuni! – kapitan wykrzyczał imiona swoich podwładnych, jednak nie było żadnej odpowiedzi. Mogło to oznaczać tylko jedno, ale Shunshin odepchnął na bok czarne myśli. Czas na działanie. Ciął szybko mieczem. Kości rozpadły się na drobne części pod naporem zmasowanego ataku Keitou. Najszybszy z Shinigami walczył zawzięcie. W ciągu kilku sekund pod jego stopami znalazł się stosik porozcinanych piszczeli, nadgarstków, barków i czaszek.
- Bardzo dobrze, Bożku Śmierci. – grobowy głos rozdźwięczał wśród ciszy.
- Kim jesteś?! – Matheo uniósł dłonie i poświecił sobie światłem ze swoich broni. Jednak nie ujrzał napastnika.
- Trochę tu ciemno? – bardziej stwierdził, niż zapytał nieznajomy.
- Kim jesteś, skurwysynu?! – Hirameki był zirytowany. Nie wyczuwał jakiegokolwiek reiatsu i nie miał pojęcia skąd dochodził głos, który potęgowany przez echo, zdawał się dobiegać z każdego kierunku.
- Niech nastanie światłość mroku! – zagrzmiał tubalnie przeciwnik. Tuż przed kapitanem Keitou pojawiła się błękitna wstążka połączonych reishi, wzbiła się w powietrze oświetlając znaczną część jaskini. Jednak prześladowcy nie było nigdzie widać. Strumień spirytonów pikował w dół i wsiąkł w kościane podłoże jaskini. Po chwili ziemia zabłysła niebieską poświatą. Wiązka duchowych cząsteczek rozlała się i oplotła każdą cząstkę. Łączyła piszczel z podudziem, czaszki z kręgami szyjnymi. Tworzyła połączenia między kośćmi, wzmacniała je. Utworzone szkieletory powstały z gromady części zamiennych. Sześć postaci, otoczonych lazurową aurą, rozświetlającą w sporym stopniu podziemną pieczarę. Stawiały kroki powoli w stronę swojego przeciwnika, a był nim kapitan.
Nagle jeden z nich znalazł się tuż przy Hiramekim i zaatakował swoją dłonią, jakby to był metalowy sztylet. Keitou uchylił się i odskoczył. Instynkt pozwolił mu uciec, mimo że umysł dalej sparaliżowany był szokiem nad szybkością tych sztucznych istot.
- Koniec zabawy – powiedział kapitan. – Nie wiem kim jesteś, ani gdzie, tchórzu, się ukrywasz, ale znajdę cię, choćbym miał rozpierdolić ten grajdołek!
Matheo <Zniszcz tych sześć szkieletów. Nie możesz ujrzeć przeciwnika, ale możesz nawiązywać z nim rozmowę. Pamiętaj, że kościeje, są niepozorne i wolne, ale gdy atakują, to potrafią byś szybkie i zabójcze. Ale nie jest to przeciwnik godny kapitana!>
Pochodnia dawała nikłe światło, ale lepsze to niż nic. Mumia nie mogła w nieskończoność używać Kidou, zresztą i tak zaklęcia nie działały zbyt długo. Porucznik szedł pierwszy, trzymając pochodnię przed sobą i oświetlając drogę. Meimei podążał za nim, niemalże wchodząc mu na plecy. Trzymał notes i mimo braku swojego pióra pisał. Tuż przed wejściem do piramidy znalazł niewielką kość, prawdopodobnie paliczek, który osmalił w ogniu. Mimo iż pisadło było prowizoryczne, to jednak zostawiało lekki zarys liter, dzięki czemu Salvatore po powrocie do kwatery będzie mógł przepisać wszystko ponownie.
- cenzura! – zirytował się Kuyicha – mógłbyś się tak o mnie nie opierać!
- Światło – mruknął Varraga kontynuując notowanie.
Wściekły porucznik wyrwał z zabandażowanych dłoni knykieć i rzucił w bok, gdzie nie dochodziło światło płomienia.
- Nie zabawne – pokręcił głową. Zawrócił się i udał się w stronę, gdzie upadło jego przyrząd do pisania. – Poświecisz?
Bukemizu nie słuchał. Szedł dalej, powoli przed siebie, sądząc, że mumia nie jest na tyle szalona, by chodzić samotnie, bez światła, po nieznanej lokacji. Mylił się, gdyż Meimei nie zawrócił, a nawet oddalił się jeszcze o kilka metrów. Kuyicha zawrócił więc po kompana. Znalazł go pięć, sześć kroków od miejsca gdzie się rozstali. Varraga był niczym pies szukający swojej kości. Lee odczuł ulgę, że Salvatore nie oddalił się znacznie bardziej. Bez wyczuwania reiatsu, byli ślepi. Musieli polegać na swoich podstawowych zmysłach, które często zawodziły.
- Chodźmy już – rozkazał.
- Ups. – wyrwało się z ust klęczącej na brudnej podłodze mumii.
- Nie przejmuj się długopisem, musimy iść!
- Nie o długopis tu chodzi. Coś kliknęło – Meimei uniósł głowę i nasłuchiwał, spodziewając się pułapki.
- Co? – zdziwił się porucznik. Nie słyszał nic, a pułapki zazwyczaj działają od razu. Przez chwilę stał nasłuchując. Na próżno. - Zdawało ci się. Chodź wreszcie! – nalegał.
- Tu jest ściana. – spostrzegł chłodno świr. Lee podszedł bliżej i przyświecił pochodnią. Rzeczywiście, korytarz którą przybyli, został odcięty. Nie mieli drogi powrotnej.
- Chodźmy! – Lee szarpnął za bandaże Salvatore, usiłując go podnieść. Dręczył go złe przeczucie.
- Zostaw! – odtrącił jego dłoń i powoli powstał. – Dam sobie radę. Sam.
Kuyicha odwrócił się i powoli ruszył do przodu. Ten incydent zasiał w nim ziarnko niepewności. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zamiast wchodzić do tej piramidy, mógłby zdać raport swojemu kapitanowi i razem, z całą drużyną wrócić tu. Byłoby znacznie łatwiej, szybciej i znacznie przyjemniej niż włóczenie się razem z tym… ekscentrykiem.
- Klik…
- Co powiedziałeś? – Porucznik zwrócił się tymi słowami do idącego z tyłu towarzysza.
- Uważaj! – powiedziała mumia i odskoczyła w tył. Lee zrobił to samo. W ostatniej chwili, bo pędząca z góry ściana o mały włos nie zmiażdżyła mu twarzy. Pomiędzy nim, a Meimei’em wyrósł mur. Lee krzyknął kilka razy, ale zza kamiennej płyty nie usłyszał odzewu. Pchnął ścianę, ale ona nawet nie drgnęła. Uderzył ją kilka razy, jednak nadal nie ustąpiła. Westchnął bezsilny. Wolał nie ryzykować używania siły w środku budowli. Nie wiadomo co mogłoby się stać, gdyby rozwalił tę skałę.
- Da sobie radę. – powiedział do siebie i usiadł na kamiennym bruku. Nie da rady wyjść stąd bez pomocy z zewnątrz. Miał nadzieję, że kapitan szybko się tu zjawi, a kiedy wreszcie to wszystko się skończy, Lee zrobi sobie przerwę i na kilka dni wyląduje w Duchowym Raju, albo chociażby spędzi kilka godzin pełnych relaksu w Ryżowym Ciasteczku.
Lee pogrążył się w rozmyślaniu nad obecną sytuacją. Dookoła niego znajdowały się potężne kamienne płyty. Co prawda ma pochodnię, ale ona też wkrótce się wypali. Zresztą, w tym pomieszczeniu i tak nie na wiele się zdaje. Te kilka metrów kwadratowych przestrzeni, zagospodarował chodząc w tę i we w tę. Nie należał do osób nerwowych jeśli chodzi o walkę, ale nie móc zrobić nic, kiedy jego przyjaciele walczą i wykonują misję?
Powoli, skrawek po skrawku, przeczesywał pomieszczenie. Każdym ruchem ręki, wzbijał kurz, który osiadał na ścianach. Naleciałości pyłu gryzły go w nos i porucznik co jakiś czas kichał, a następnie wycierał rękawem nos. Oczy też miał podrażnione. Na podłodze znalazł knykieć, którym pisała mumia. Kuyicha podniósł kość i schował do wewnętrznej kieszeni. Warto mieć dla niego nagrodę, jeżeli jakimś cudem to właśnie Salvatore okaże się jego wybawcą. Aczkolwiek ta myśl nie napawała go optymizmem.
Światło zafalowało. Kawałki bandaży tliły się, a ogień dawał już bardzo mało światła. Może jest jakiś inny przycisk, który pozwoli, że ściany w końcu się ruszą i wolność stanie się faktem. Przyparł do muru. Obstukiwał każdy kawałeczek pomieszczenia. Każdy kamień na ścianie czy też podłodze.
Dopiero po chwili wymacał w murze kilka dziur, niewielkich, co najwyżej zdolnych pomieścić jego rękę. Sam się przez nie, nie przeciśnie. Do czego służyły? Może czas sprawił, że potężna budowla rozpada się i po kawałku rozlatuje się. A może to swego rodzaju system wentylacyjny, gdyż żłobienia były zadziwiająco dokładne.
Chwilowo pozostawił dziury w spokoju i zabrał się za dalsze przeczesywanie pomieszczenia. Ukląkł i tym razem szukał mechanizmu na podłodze. Naciskał niemalże każdą płytkę, jednak nic się nie działo. Zrezygnowany oparł się pobliską ścianę. Trzymał dogasającą pochodnię i usłyszał ciche kliknięcie.
- A jednak. Otwiera się? – drzwi zadrżały. Porucznik wyszczerzył zęby i uniósł ręce w geście triumfu. Za chwilę będzie wolny. Jednak po chwili uśmiech zniknął z jego twarzy nieomal tak szybko, jak się na niej pojawił. Pochodnia zgasła w chwili, gdy spostrzegł, że ściany zamiast iść w górę, zbliżają się ku sobie.
Lee < No to jesteś w kropce. Jeżeli nie uciekniesz zostaniesz zmiażdżony i nawet Fokus Ci nie pomoże. Kilka wskazówek co do sposobu ucieczki jest w tekście, ale może sam wymyślisz coś ciekawego? Pamiętaj, że ścian, które zostały aktywowane przez Dreoda (te, które spadły) nie można zniszczyć.>
Meimei powoli szedł przed siebie. Stawiał krok za krokiem, analizując sytuację. Całkowicie zapomniał o tym, że nie widzi, w którą stronę zmierza, ani co znajduje się przed nim. Został sam, wykonuje misję, której nie dostał, a w dodatku nie ma jak tego zanotować. Następnym razem, zabierze ze sobą cały komplet wiecznych piór, a nie tylko to jedno, ulubione.
Korytarz rozszerzył się. Salvatore zauważył to, bo powietrze, które go otaczało zrobiło się świeższe i mógł sprawniej oddychać. Dodatkowo wyczuwał miły zapach oliwy. Gdy tylko wszedł dalej do pomieszczenia, jakiś mechanizm uruchomił się, i cała sala nagle się oświetliła.
Pomieszczenie miało kształt odwróconej piramidy z obciętym stożkiem. Co pół metra wysokości, kolejna kamienna płyta była osadzona dalej, a pomiędzy dolną a górną znajdowała się kilkucentymetrowe wysunięcie. To właśnie tam znajdowało się wgłębienie, z którego dochodziła woń aromatycznej oliwy. Kiedy mechanizm pomieszczenia uruchomił się, do cieczy została wpuszczona iskra, która spowodowała, że ogień wypełnił kanaliki swym ciepłym tchnieniem. Sufit zawieszony wysoko, ściany zdobione dziwnymi runami. Na środku pomieszczenia znajdował się stojący kamienny pulpit, nie wyższy niż Baka. Świr powoli zbliżył się do niego. Obramowanie wykonane było z piaskowca, na którym lekki żłobienie kształtowały napisy runiczne. Mumia nie mogła odczytać żadnego, nowego dla niej, znaku. Środek zawierał piaskowy ekran, który falował, niczym pustynne wydmy smagane wiatrem.
- Ładne. Ciekawe. Do czego służy? – Salvatore pogładził się po bandażach i spojrzał na urządzenie raz jeszcze. Obszedł dookoła, szukając jakiegokolwiek połączenia. Nie zobaczył jednak nic innego, co mogłoby go zaciekawić i wrócił przed ekran. Z ciekawości dotknął pulpitu. Na środku pojawiło się kilka zdań, napisanych kilkoma różnymi symbolami. Niemalże wszystkie były niezrozumiałe dla Salvatore, poza tymi, które były literami alfabetu rzymskiego. Wykaligrafowane, pięknie zdobione litery znaczyły tylko jedno.
- Test? Próba sił. Oni kontra ja. Kto wie więcej? Hmm, pojedynek umysłów. Tak. Zgadzam się. – pierwszy oficer mówił głośno. W jego tonie słychać było pewność i wyzwanie. Napisy poruszyły się zachęcająco. Meimei jeszcze raz przemyślał sprawę. Magiczny pulpit, który przewidywał, że ktoś tu przyjdzie. Co prawda nie wiedział kto, ale budowniczy widocznie przewidział, że ten, kto przyjdzie po skarb piramidy, może nie znać starożytnych run. Tylko dlaczego ten ktoś tak ułatwiał sprawę? A może to pułapka?
Członek Dywizji Dziewiątej wahał się jeszcze chwilkę, lecz doszedł do wniosku, że i tak nic nie traci, podjął decyzję. Musnął zaledwie tą część piasku, na której pojawił się zrozumiały napis. Piasek zawirował i chwilę później pojawiły się trzy zdania w zrozumiałym języku. Ale o niezrozumiałej treści.
Najgłośniej ją słychać kiedy nikt nie mówi, kiedy krzykniesz ona ucieka, najpiękniejsza muzyka, chociaż nie taneczna.
- Zagadka?
Ciemnym daje jasność, światłych ogłupia, niemi tego pragną, a kłamcy tracą.
- Druga? Brzmi ciekawie.
W błyszczącym śnie, po którym zaprzeczysz, gdzie swój początek ma na przedzie lasu.
- Nic prostszego – Salvatore uważał, że zna odpowiedz. Ale mimo wszystko nie napisał ich. Czyżby nie był ich pewien?
Dreod <Odpowiedz na 3 zagadki. Napisz swoje przemyślenia jak je rozwiązujesz. Nie pisz co się działo po odpowiedzi na nie, tylko jak je wpisujesz. Jak odpowiesz dobrze – zostaniesz wynagrodzony.>
Lodowy Zew
Czterech Shinigami, w tym dwóch rannych przekroczyło bramy senkai. Rudzielec, całkowicie zamroczony ćpun, lekko posiniaczony kurdupel i Bożek z odciętą ręką oraz owa kończyna w jego drugiej dłoni. Pozostała część drużyny została na śnieżnej pustyni. Stali obok siebie, tworząc okrąg. W samym jej środku znajdował się Toin. Trochę zirytowany, zziębnięty ale dumny z tego, że udało mu się nad wszystkim zapanować. Po jego prawicy stał gruby, nieco od niego niższy Shinigami. Trzymał w ręku niewielkie urządzenie, przypominające telefon komórkowy, albo krótkofalówkę.
- Dobrze, że ten plugawy sukinsyn nam oddał komunikator do łączenia się z Dwunastką. Teraz sam pewnie zamarzł na dnie krateru. Dobrze mu tak! – powiedział jeden z Dziesiątkowiczów. Kilka osób zawiwatowało na myśl, że ich konkurenci stracą porucznika.
- Wyruszamy dalej – uciął okrzyki Bub.
- Ale po co? – zdziwił się inny Shinigam, który najgłośniej krzyczał.
- Aby ich uratować! – Hasekura odwrócił się na pięcie i ruszył do przodu. Ludzki mur, który go otaczał nie cofnął się.
- Pomagać? – zdziwił się Shinigam z blizną na czole, zwany przez niektórych Bliźniakiem. – To nasz wróg i jedyną rzeczą, po jaką powinniśmy się wrócić, to po to by sprawdzić czy żyje, ewentualnie dobić!
- Albo zostawić by skonał w męczarniach, kurwi syn! – odezwał się ktoś z tłumu.
Toin uśmiechnął się. Położył dłoń na pochwie miecza, tuż obok koiguchi i popchnął kciukiem tubę. Srebrno-białe ostrze wysunęło się z cichym szurnięciem zaledwie kilka centymetrów, ale Shinigami stali jak wryci. Czyżby zanosiło się na kolejną bójkę? Nikt nie zainterweniował. Odsunięto się, by dowódca mógł przejść.
- Wysłanie Rudego było dobrym pomysłem – szepnął mu do ucha Boski, kiedy szli wspólnie z przodu. Za nimi, oddaleni o dwa, trzy metry szedł korowód szermierzy, którzy powolnym truchtem broczyli po kolana w śniegu.
- Wiem. Czemu mi pomagasz? – zapytał bezceremonialne Bub.
- Nie chcę patrzeć jak cierpią – westchnął gruby. – Żyłem z nimi przez wiele lat. Widziałem zdradę kapitana i wiem jak się czują. Wierzyli w niego, ale ileż można czekać na powrót Kenpachiego?
- I co to ma wspólnego ze mną?
- Potrzebny nam dowódca. Taki z krwi i kości, który pociągnie nas wszystkich do boju. Nasz były porucznik nie nadaje się. Po banicji Draxa zaczął zanikać. To nie ten sam człowiek. Rzadko go widujemy, prawie wcale…
- Mam zostać dowódcą? Kapitanem? Mam przejąć władzę? – Toin pogrążył się w myślach. Pytania które zadał, były wypowiedziane do samego siebie. Jednak Boski nie zauważył tego. Przez chwilę dumał.
- Może. Jak się sprawdzisz, to uwierz, że nie będzie lepszych podwładnych od nas. Będziemy gotowi zginąć za kapitana. Tak samo jak musimy być pewnie tego, że on zechce zginąć za nas – powiedział po chwili zastanowienia.
- Rozważę to – Hasekura uśmiechnął się w duchu. Jego myśli poleciały w kierunku babci, a ręka zapisała kilka rzeczy w notatniku.
Drużyna okrążała uskok. Mgła na dnie nie pozwalała ocenić, jak duża jest dziura i jak długo by ją trzeba okrążać, aby znaleźć jakąś bezpieczną drogę. Nie zmieniali tempa marszu. Ciche szepty porywał wiatr, który zaczął dawać coraz mocniej znać o sobie.
- Nadchodzi zamieć. Potężna! – powiedział ktoś ze środka stawki. Wszyscy wiedzieli, że trzeba się będzie ukryć.
- Kapitanie! – któryś z Shinigami będący na końcu zatrzymał się i wskazał coś reszcie. Toin był coraz bardziej zadowolony z siebie. Te kilkanaście minut sprawiło, że rozbita drużyna, którą łączyła jedynie nienawiść to Sida, teraz traktuje go jak dowódcę, mimo że siłą byli sobie równi, a może nawet niektórzy byli od niego silniejsi.
Wszyscy zebrali się w miejscu, które wskazał Bóg Śmierci z krótkim wąsikiem. To on odnalazł schody, które wybudowane..nie, wyciosane były w lodowej skale. Wysokie i wąskie stopnie nie były bezpieczne. Zwłaszcza, że wiatr stawał się coraz bardziej porywisty, śnieg ograniczał widoczność, a wszystko było pokryte śliskim lodem. Mimo to, ta droga i tak była bezpieczniejsza od innych.
- Ostrożnie – zaapelował Boski. – Trzeba uważnie kroczyć, bo jest niebezpiecznie! Pamiętajcie…
Jednak ludzie nie słuchali. Toin wkroczył pierwszy, a za nim reszta. Stąpali ostrożnie ze schodka na schodek. Jeżeli któryś się potknął, poślizgnął, miał asekuracje w postaci kolegów, którzy otaczali go. Kawalkada Bogów powoli dreptała po schodach wśród głośnych krzyków, śmiechów i przekleństw. Mimo wszystko sytuacja sprzed godziny wydawała się daleką przyszłością. Nowy lider został zaakceptowany.
Widmo prowadziło Grocha szerokim korytarzem. Hiragashi ciągle powtarzał w kółko, niczym mantrę, te same pytania. Jednak widmo nie reagowało. Porucznik nawet starał się złapać je za ramię, jednak nic nie pomogło. Istota nie zareagowała i podążała przed siebie. Sid nie mając nic innego do roboty podziwiał widoki.
Zamarznięty tunel znajdował się pod wodą. Wszystko pokrywała gruba warstwa lodu, którym musiał istnieć tu przez setki lat. Był twardszy niczym skały, ale bardziej niż one nieprzewidywalny. Gdzieniegdzie ze stropu zwisały potężne sople, które, niczym stalagmity, budziły grozę i podziw przed tym, który stworzył ten cud.
Szli niespełna pięć, góra sześć minut. Dotarli do groty, która zbudowana była bardzo podobnie. Tylko że tutaj, widać było ingerencję człowieka. Ogromny sopel pełnił rolę kolumny, znajdującej się na środku pomieszczenia. Był wygładzony, pocięty, ozdobiony. Ściany również były zadbane, oszlifowane. Tuż przy kolumnie znajdował się fotel a w nim spoczywał mężczyzna. Dookoła niego spoczywali ludzie. Każdy z nich miał na siebie narzucony grubą, skórzaną kurtkę z białym podszyciem. Spodnie również wykonane były z tego samego materiału. Chodzili boso, a ich stopy były czerwone od zimna, podobnie jak ich twarze.
Dookoła lodowej komnaty były żłobienia z wodą. Źródła tu się znajdujące były ciepłe, prawdopodobnie to w nich ogrzewali się w zimne dni. Sid zbliżał się z widmem do grupki osób. Spojrzał gniewnie na tubylców, jednak zamiast oczekiwanego strachu ujrzał ich uśmiechy i zadowolone twarze. Dalej nie miał pojęcia czym było to widmo, które go prowadziło, ale pocieszał się, że są tu inni, tak samo jak on.
Staruszek siedzący na siedzeniu, którego zobaczył w oddali, a teraz rozpoznał, gdy tylko się zbliżył. To było widmo, tylko w ludzkiej postaci. Sid oniemiały otworzył szeroko usta, po czym zaraz je zamknął.
- Wracaj. – powiedział starzec głosem mędrcy. Zjawa uniosła się, zaczęła kurczyć się i chudnąć, by ostatecznie przybrać formę ostrza i zmaterializować w dłoni dziadka.
- Kim jesteś? – zapytał bezpardonowo porucznik.
- Witaj fuku-taichou Juu-Ichi Bantai – skłonił głowę. – Jak tam sprawy w Seireitei? Czy komandor Lorgan nie wpadnie na herbatkę?
Dla Grocha nie minął pierwszy szok, tuż po tym, że staruszek go rozpoznał, a tutaj kolejny. Gdy usłyszał imię byłego komandora stał się jeszcze bardziej spięty. Jego twarz poczerwieniała, a mięśnie się napięły.
- Nie wymawiaj tego imienia przy mnie, oji-san. - powiedział, a jego białka naszły krwią.
- A to czemu? – zdziwił się staruszek. Zdenerwowanie ciężkozbrojnego nie zmieniło jego zachowania ani o jotę. Dalej był spokojny, uśmiechnięty, a pewność siebie wylewała się z niego niczym Wisła na wiosnę.
- Ten skurwiel zdradził Seireitei. Przez niego o mały włos świat nie został zniszczony! – wybuchnął Sid. Nie patrzył się na siedzącego mężczyznę, tylko skierował swój wzrok na swoje stopy. Czuł jak mimowolnie emanuje swoim reiatsu dookoła. Starał się uspokoić.
- Zdrada, zdrada… Wszędzie zdrada. Gdzie się podziała staromodna wierność i ideały? – westchnął staruszek i smutno spojrzał się na porucznika. – Kim jesteś, młodzieńcze?
- Może ty pierwszy zdradzisz mi swoje imię? – Hiragashi powoli się uspokajał, na tyle by nie zdradzić siebie i nie skazać misji na stratę.
- Wybacz moje maniery! Akarui Kon chyli przed tobą czoła i miecza i życzy pomyślności w walce i zbiorach! – powiedział ceremonialnie i położył swój miecz na dłoniach lekko unosząc go w górę. – Proszę o wybaczenie o to, że nie wstanę, ale zdrowie nie to samo, co milenium temu.
- Sid Hiragashi – powiedział porucznik. Kolejny raz zadziwiała go ta postać. Była rzeczywiście stara. Musiała tu żyć przez długi czas. Ale czemu? – Co tutaj robisz?
- Wyjaśnię wszystko, gdy tylko twój kolega do nas dołączy – uśmiechnął się życzliwie Kon.
- Jaki kolega? – zdziwił się Grochu.
- O, tamten, tam. – radosne zmarszczki nie schodziły z twarzy inwalidy.
Przy wejściu stał okryty płaszczem człowiek, z jednym okiem zasłoniętym opaską. Wszystkie spojrzenia zwróciły się na niego. Hizashi, bo tak zwał się ów Shinigami, zastygł w półmroku. Miał zamiar powoli skraść się, jak najbliżej, by móc wyswobodzić dowódcę misji z niewoli. Niestety jego plan spalił na panewce od razu po tym, jak wcielił go w życie.
Nie mając innego wyjścia. Wilk wyprostował się i powolnym, nieskrępowanym krokiem dołączył do swojego przyjaciela. Skłonił się przed starcem, a gdy ten ponownie się mu przedstawił, ten odkłonił się i znacznie bardziej niż Sid, odpowiedział:
- Hizashi Miyamoto – Hiragashi stał zaskoczony. Zdał sobie sprawę, że nie miał pojęcia o tym, jak nazywa się ten, którego wybrał na swojego pomocnika. Mógł go chociaż poprosić o podanie imienia. Czy aż tak bardzo nienawidził Dziesiątki, że przez niego cała misja mogła skończyć się fiaskiem? – niech twoja dusza żyje wiecznie, by chwalić Króla i poszerzać jego królestwo! – dokończył Wilk.
- Stare zwyczaje nie są ci obce – zachwycił się Akarui. – Nie wyglądasz mi na kogoś w moim wieku, znamy się ze starych czasów?
- Nie sądzę – uśmiechnął się Shinigami. – Po prostu lubię historię, sporo czytam. Słyszałem również trochę o tobie, mistrzu. Jednak w książkach są zaledwie wzmianki o twojej sile.
- Moja siła… – zadumał się Kon. – Dawno już przeminęła. Spóźniłeś się jakieś dwieście, trzysta lat. Wtedy jeszcze miałem siłę, by walczyć.
- Przykro nam, starcze. Musimy wracać do naszej misji – wtrącił się porucznik.
- Waszej misji? A czego ona dotyczy? – zapytał Akarui.
- Złożyłem przysięgę komandorowi, że pozostanie to tajemnicą! – skłamał Sid. Uświadomił sobie, jak mało wie na temat zadania. Dodatkowo denerwowało go to czcze gadanie. Wolał już użerać się z szermierzami i walczyć z jakąś bandą Pustych.
- Ho, ho! – wybuchnął śmiechem starzec. – Skoro tu jesteście, tak daleko od cywilizacji, zapewne przyjechaliście po część Klejnotu Króla?
Zarówno Grochu jak i Wilk wymienili się spojrzeniami. Czyżby ich zadanie było tak banalnie łatwe, by przyjechać w to mroźne miejsce i zabrać go jakiemuś starcowi bez sił? A może to tylko zbieżność? Zwykły zbieg okoliczności, uśmiech prządki przeznaczenia?
- Zapewne tak. Ale muszę was zmartwić. Nie mam go – westchnął, a w jego oczach pojawiła się troska zmęczenie. Starcza bezsilność. – Spocznijcie, to wam opowiem.
Garstka osób, która stała wraz z nimi, przyniosła w jednej chwili krzesła. Bogowie Śmierci spoczęli, na twardych, ale wygodnych siedzeniach zrobionych z lodowych brył.
Akarui zaczął swą opowieść. Starał się mówić zwięźle i streścić wszystko, by nie zanudzić wojowników. Pomimo to opowieść była długa. To miejsce powstało setki lat temu, kiedy ludzkie plemiona dopiero wychodziły z leśnych pieleszy i osadzały się, by żyć w miastach. Kiedy to Seiretei było w budowie, a Król osobiście chodził nadzorować pracę, która zlecił. Kiedy Gotei było dopiero w planach, a Klejnot Królów zdobił koronę Najwyższego. Jednak jak zwykle idyllę musiała popsuć garstka osób, która zapragnęła władzy. Chcieli ukraść kamień i zawładnąć światem. Wtedy to Władca zniszczył swój skarb i rozdzielił jego siłę, tworząc kilkanaście małych kamieni. Najsilniejsze miały pozostać ukryte tu, na ziemi, by nikt nie mógł ich odnaleźć. Zbudowano budowle, takie jak ta i obsadzono ich zaufanymi, silnymi ludźmi króla. Niestety mijały lata, a strażnikom zaczęło się nudzić. Dwójka z nich zbuntowała się i posiadła kamienie na własność. Kon jako jedyny pozostał wierny swemu Królowi. Był skłonny w każdej chwili oddać mu jego własność. Jednak większość zgromadzonych tu dusz zaczęła się buntować. Ich przywódca – Jin Ouritsu zabrał klejnot i uciekł w głąb naszego lodowego pałacu. My zajęliśmy tylko to pomieszczenie, co kiedyś było tylko garnizonem dla żołnierzy strzegących włości.
I tu historia się urywa.
- Zawiodłem króla – westchnął po raz kolejny Kon. Jego zmarszczki zdawały się rozszerzać, twarz marnieć z każdą sekundą. Jego oczy zapełniły się łzami. Kilka razy potarł oczy. Skrzywdzenie swojego pana, którego się kocha, potrafi boleć bardziej, niż najgorsza fizyczna rana.
- Pomożemy ci – powiedział Sid jako pierwszy. Hizashi spojrzał się na niego. Grochu był zapatrzony w sayę ze swoją kataną, którą trzymał przed sobą na kolanach. Gryzło go uczucie, które dopiero co nauczył się nazywać, a dręczyło go od lat. Był wojownikiem i żołnierzem. Czasami swoim zachowaniem zawodził zaufanie innych, przełożonych. Jego duma i butność często brała górę nad rozsądkiem. Nie umiał się powstrzymywać. Nie zdawał sobie sprawy, że podświadomie czuł się nielojalny. Postanowił to zmienić i wykonać zadanie do końca, niszcząc wszystkich, którzy mu przeszkodzą w jego wykonaniu.
- Miło. To jak tylko wasz oddział do nas dołączy, możemy opracować plan – staruszek upił łyczek wina ze srebrnego puchara, które przyniosły trzy urodziwe dziewczyny. Na ich twarzach widniały wielkie rumieńce, będące nie tylko wynikiem zimna, ale również nieśmiałości przed nowoprzybyłymi mężczyznami.
- Skąd wiesz o oddziale? – zapytał Hizashi.
- Z tego samego źródła, skąd wziąłem informacje o tym, że wkroczyliście do mojego domu. Wyczułem to. Szesnaście nowych źródeł reiatsu właśnie się zbliża.
Do komnaty wkroczyła, lekkim biegiem, grupka Shinigami. Ich zdziwiony wzrok spoczywał na wszystkich elementach. Kiedy spostrzegli, że nie są tu sami, natychmiast, niczym jeden organizm, zmienili tempo. Powolnym, miarowym krokiem podeszli do grupki osób. Drużynie przewodził młody chłopak z dumą wypisaną na oczach. Czarne włosy zwisały w nieładzie na kark.
- Chodźcie bliżej – pogodnie zaczął Kon – miejsca tu u nas dostatek. - Dziesiątkowicze zbliżyli się jeszcze trochę. – Od dawna planowałem to zrobić, jednak nie sam nie dałbym rady. Teraz wy jesteście w stanie przeciągnąć szalę na swoją stronę. – tu wyjawił ponownie o co się rozchodziło, ale tym razem swoje słowa kierował do niedawno przybyłych szermierzy.
- Kiedy wyruszamy – zapytał porucznik Dziewiątki, kiedy starzec przestał mówić.
- Posilcie się i napijcie – zastanowił się Kon – a potem wyruszycie. Godzina wam starczy…
- …aż nadto – dokończył Hiragashi.
Nie mając więcej pytań wstał i odszedł, za akceptację mając tylko wdzięczny uśmiech dziadka. Usiadł przy gorących źródłach w kącie komnaty. Przemył twarz i spojrzał w falującą wodę. Jego oblicze, tak rzadko w nie spoglądał i coraz mniej dostrzegał. Jakaś kobieta podeszła i zostawiła przy nim otwartą karafkę czerwonego wina.
- Odejdź – powiedział Sid, chcący pozostać chwilę sam.
Grochu <Chcesz trochę samotności. Przygotuj się na walkę, przemyśl. Rozważ objęcie ponownie władzy nad drużyną. A może dla dobra wszystkich pozwolisz im samym się przygotowywać?>
Hizashi rozmyślał. Otwarta bitwa – dawno nie brał w żadnej udziału. Tymczasem Toin uzyskawszy pozwolenie dziadka, odszedł wraz ze swoją świtą biorąc dwie sporawe tace z jedzeniem i baniak wina. Usadowili się tuż przed wejściem.
Pit jako jedyny z Seiretei został przy Akarui. Patrzył się na niego, jak odprowadza młodych, niedoświadczonych szermierzy. Pewnie miał to samo zwątpienie, co i on. Czy sobie poradzą? Nie mieli sprawnego przywódcy, a Sid do tej roli się nie nadawał. W Dziesiątce liczył się honor i odwaga. Grochu u siebie rządził głównie siłą.
- Co cię dręczy, kenpachi? – wyrwał go z rozmyślań Kon.
- Nie jestem kenpachim – powiedział spokojnie Miyamoto, ale na jego twarzy swe piętno odcisnęło zdziwienie, które przez chwilę targnęło duszę.
- Jeszcze – zaśmiał się starzec. – Czuję twoją siłę. Nie masz haori – masz zamiar być kapitanem?
Pit <No cóż, pogadaj ze starcem. Od tego jakie zadasz pytania, dowiesz się wielu ciekawych rzeczy. Skontaktuj się ze mną w sprawie odpowiedzi staruszka>
Hasekura wybrał miejsce oddalone, by nie napotykać żadnego tubylca. Jego drużyna ucieszyła się na widok beczułki z winem, a na prostym, miedzianym półmisku leżały solone ryby posypane grubo jakimiś aromatycznymi przyprawami. Drewniane kubki, które im dali nie były duże i nie posiadały żadnych zdobień. W szybkim tempie napełniły się karminowym płynem.
- Co masz zamiar zrobić? – zapytał Boski Toina, gdy ten wypił kilka łyków wina.
- Z czym? – powoli zdradzał swoje myśli komu innemu niż swojej babci. Bub czuł się dziwnie…lżejszy.
- Z Sidem. Nie ubiega się o dowodzenie, ale… nie wiadomo, co będzie później – grubas wziął kawałek ryby i wpakował je sobie do ust kończąc wypowiedz – oddasz władzę?
- Raczej – słodkiej władzy nie oddaje się tak łatwo. Toinowi serce biło na samą myśl o tym, by mógł pozbawić się tej namiastki. Nigdy nikomu nie rozkazywał jako przełożony. Aż do tej pory. Ta chwila bycia przywódcą sprawiła, że zżył się z dywizją. Tak niewiele, a jednak.
- Nie o tym musimy porozmawiać… – rzekł cicho do Boskiego, po chwili ciszy. Nie powstał, ale podniósł głos, tak by jego ferajna go słyszała. – Trzeba się zastanowić nad walką. To będą ciasne korytarze, ciężkie dla nas, władających mieczami. Pokażmy psu z Jedenastki, że poza siłą naszych mięśni, mamy coś czego nie mają oni – tu postukał się palcem po skroni – mózg.
Gromada wybuchła śmiechem, oblewając się winem i wypluwając kawałki jedzenia, na zimną, lodową bryłę.
Bub < Jesteś przywódcą. Więc rządź. Zrób plan walki, albo posłuchaj się swojej drużyny. Spraw, by wierzyli w ciebie jeszcze bardziej.> |
|
|
|
 |
Narrator
Naczelny Bajarz

Karta Postaci
Reiatsu: Over 9000!
|
Wysłany: 2010-06-12, 22:58
|
|
|
Nieproszeni
- Wszystkie trzy!!! – w głosie Simona słychać było rozpacz.
- Tak, cenzura! – Baku miał ton równie rozżalony jak jego kolega z dywizji.
Po brukowanej ulicy rozrzucone były niewielkie, szklane drobinki, pomieszczane z większymi kawałkami butelki. W dziurach, między kostkami zalegała zielonkawa ciecz. W powietrzu czuć było alkohol i miętę. Było południe, słońce świeciło dość mocno, ale na ulicach nie było żywej duszy. Kilka chmurek leniwo wlekły się po nieboskłonie. Niewielkie zielone listki, które dopiero co wyrosły z giętkich gałęzi topoli i brzóz, drżały, kołysane niewielkim wietrzykiem.
- Trzy, jebane, butelki absyntu… - westchnął Miyamoto. – Poszły się jebać, niczym Twoja matka.
- Spierdalaj! – Hitsuzen pokusił się nawet na niewielki uśmiech – moja przynajmniej…
- Cicho… – wyszeptał kolega. – Wyczułeś to co ja?
Simon wydawał się zdziwiony zachowaniem Baku. Przyparł do muru pełnego różnorakich napisów i graffiti, jakby zauważył coś strasznego. Shinigami z blizną stał z podniesioną do góry szyjką butelki po zniszczonym trunku. Następnie zaczął zanosić się śmiechem widząc wystraszonego wielkoluda.
- Zamknij się i chodź – stanowczo rozkazał swojemu koledze, by przestał się naigrywać. Hitsuzen zdziwił się nagłą zmianą nastroju. Może rzeczywiście się coś stało. Skupił się na wyczuwaniu reiatsu. Nie wyczuł nic.
- Zawsze byłem kiepski w odczytywaniu…
- Ja teraz też nic nie czuję – odpowiedział Bakushin – ale przez moment wydawało mi się… Gdzie nasza broń?
Obaj mieli swoje saye puste. Starali sobie przypomnieć co robili tuż po wyjściu z baru, w którym to wypili morze alkoholu.
- Szliśmy przed siebie… – zaczął Baku.
- …chcieliśmy zanieść butelkę Grochowi, ale go nie znaleźliśmy – dokończył Simon.
- Chodziliśmy długi czas, potem film mi się zaczął urywać.
Obaj zamilkli i przeczesywali swoją pamięć w poszukiwaniu jakichś wskazuwek.
- Simon… - zagaił Miyamoto – czemu masz poszarpaną nogawkę?
Obaj patrzyli milcząco na dolną część kimona. Rzeczywiście materiał, z którego spodnie były zrobione, był rozdarty. Bakushin natomiast miał ślad pazurów na swoich plecach. Rany lekko krwawiły, ale Ciężkozbrojny nie odczuwał ich, to znak że nie były głębokie.
- Walczyliśmy?
- Może tygrys uciekł z ZOO – zaśmiał się Simon. – Ale gdzie jest mój miecz?
- To jest cholernie dobre pytanie.
Nagły wstrząs energią duchową sprawił, że obaj ucichli. Wydarzyło się tuż obok nich, niespełna dwieście, może trzysta metrów od miejsca, gdzie stali oni sami. W powietrzu zauważyli czarne, długie pęknięcie, z którego właśnie emanowała ta duża energia.
- Garganta?! – bardziej stwierdził, niż zapytał kafar. Hitsuzen tylko kiwnął głową. Ciemna, zła energia spłynęła na nich i zalała od zewnątrz. To, co wydostało się z przejścia, co przyszło z pustyni Hueco Mundo, było silne. Zbyt silne, by mogli walczyć z tym czymś gołymi rękoma.
- Rozdzielamy się – wypalił Baku. – Znajdujemy naszą broń i spotykamy się w tym samym miejscu.
- Zawołaj mnie jak spotkasz Hollowa.
- Dam sobie radę. – słowa te ukłuły Miyamoto. Jego partner nie wierzył w jego siłę.
- Wiem, ale też chcę się zabawić! – Simon uśmiechnął się szeroko i pobiegł w lewą stronę. Bakushin patrzył jak odbiega, a następnie zaśmiał się i pokręcił głową. Potem udał się w swoją stronę.
Baku i Simon <Sami nawarzyliście sobie piwa gubiąc zanpakutou. Odnajdźcie je. Pamiętajcie, że rozdzieliliście się. Dodatkowo w mieście pojawił się silny Pusty. Uważajcie bo sami może nie dacie z nim rady.>
Skazany na Rukongai
Pomieszczenie było bardzo skromne. Niewiele mebli, a wszystkie były słabej jakości. Pachniało przyjemnie, rozmaryn ze świec roztaczał miłą aurę w całym pokoju. Szuflady wyciągnięte z komody leżały na podłodze, do góry dnem. Ich zawartość spoczywała na ziemi. Ubrania, bielizna, jakieś niewielkie drobne figurki. Nic przydatnego.
- Prowadź – gangster powiedział do Mayo, a ten pośpiesznie wyminął go i wskazał drugie pomieszczenie, uprzednio do niego wchodząc. Ten jak poprzedni, był surowy, bez jakichś specjalnych wygódek. Karimata leżała wywrócona do góry, pościel wymięta. Szafa na ubranie stała otwarta, a w jej wnętrzu wszystko było powywracane na drugą stronę.
- Jedwab – zauważył Unkai patrząc na koszulę, która leżała mu tuż pod stopami. – Stać go było na taki luksus? – zapytał swoich podkomendnych, którzy patrzyli po sobie, nie wiedząc, co mają mu odpowiedzieć.
Delikatna tkanina spoczywała na podłodze tuż przed stopami Boga Śmierci. Ten przeszedł po niej, jakby to była wycieraczka. Deski, na których leżał materac, były znacznie jaśniejsze od tych, znajdujących się w reszcie pomieszczenia. Na tej jaśniejszej połaci, znajdowały się drzwiczki. Otwarte. Prowadziły do piwnicy.
- Ciekawe czy uchwyty wbijały się mu w plecy podczas snu? – zastanowił się głośno, a dwóch z trzech znajdujących się w pomieszczeniu rzezimieszków uśmiechnęło się niepewnie. Momiji spojrzał się na nich spode łba i od razu zamilkli, bojąc się kary. – Co jest z wami? Gdzie wasze poczucie humoru?? – żachnął się Tekkey, a gromadka zaczęła się śmiać. Zbyt przesadnie jak na gust małego gangstera, ale nie przejmując się tym zbytnio, z poczuciem władzy nad nimi, zszedł po schodach.
Schody, a właściwie drabinka, była krótka, zaledwie kilka szczebli. Na dole Tekkey zastał krótki korytarz zakończony niewielkim pomieszczeniem. Ściany obłożone były marmurowymi płytkami w kolorze płatków wiśni. Pokój na końcu był niewielki, a na przeciwnej ścianie od wejście było wgłębienie a w nim niewielka szkatułka. Poza nią pomieszczenie było puste. Poza obrazem, który zasłaniał skrytkę. Malunek przedstawiał trzech ludzi, otoczonych kolejno przez ogień, wodę i opary trucizny. Każdy z nich nosił niewielki diadem, symbol władzy. Klęczeli przed wielkim tronem, na którym „zasiadał” klejnot, brylant błyszczący tak jasno, że oślepiał obserwatorów.
- Bazgroły – uśmiechnął się pod nosem gangster. – Youri, Henco – kiwnął głową w stronę dwóch osób będących w pokoju. Ci zgięli się przed nim, tworząc niemalże kat prosty.
- Momiji-sama, proszę spojrzeć – powiedział jeden z nich.
Szkatułka była otwarta, a w jej środku nie było nic. Czerwone wyłożenie odkształciło się. To co było w środku, musiało leżeć tu długi czas. Teraz zostało zabrane.
- Kto wziął klejnot? – fuknął na podkomendnych. – Gadać!
- Nikt z nas – powiedział wysoki, niemalże o dwie głowy przewyższający swojego przełożonego, mężczyzna, który był bardzo chudy, a ubranie zwisało z niego, jak z anorektycznej modelki chodzącej w przydużych strojach.
Wściekłość targnęła Bogiem Śmierci. Brylant wielkości jego pięści przeszedł mu koło nosa, ukradziony przez jakiegoś biednego dłużnika. Tekkey zrobiłby jak zwykle – zabrał spłatę długu dla siebie, zabijając wierzyciela, a szefowi mówił, że niestety nic z tego. Niektórzy, co nie mieli żadnych kosztowności, zostali zabierani z gangsterem, by szef mógł ich trochę potorturować. Sprawiało to, że Horishi nie nabierał podejrzeń, że mały gangster bogaci się jego kosztem.
Hałas na górze zwrócił uwagę wszystkich będących w piwnicy ludzi. Dwoje wysokich bandytów spojrzeli po sobie, a następnie na szefa. Ten dał znak, by poszli to sprawdzić. On sam spojrzał jeszcze raz na obraz. Rama, która go otaczała, musiała być kosztowna. Mahoń i kilka wypolerowanych kawałków szkła, które przypominały rubiny, sprawiały, że niewprawieni laicy mogli kupić go za niezłą sumkę.
Krzyki na górze ucichły. Momiji zawrócił na pięcie sprawdzić, o co tyle zamieszania. Jednak nie zdążył wyjść z pokoju, kiedy do piwnicy wpakował się wielkolud. Przewyższał dwukrotnie gangstera. Był całkowicie łysy, ubrany w czarny strój, ciut przymały, jak na jego rozmiary. Łapy wielkie niczym bochny chleba skalane były krwią. Ludzie Unkaia pewnie nie żyją. W szmaragdowych oczach widniało szaleństwo, chęć mordu. Olbrzym zablokował swoim cielskiem przejście. Musiał stać na przykulonych nogach i lekko schylony, by nie zawadzać swoją głową o strop.
- Ty chcieć coś od brata? Ty go chcieć zabić? – powiedział niezgrabnie. Przy każdym słowie musiał brać chwilę przerwy, jakby budował je powoli w swojej głowie. – Co ty robić tu? Malutki!
Tekkey uśmiechnął się. Może jednak los się do niego uśmiechnął i uda mu się odnaleźć posiadacza diamentu. Wystarczy tylko przekonać tą górę mięsa. Ale co to dla niego! Szkoda tylko dobrych ludzi, nieczęsto spotyka się takich lojalnych i nie bojaźliwych drani. Następnych będzie trzeba długo trenować zanim osiągną ich poziom.
Tekkey < No cóż, masz sobie do pogadania z wielkoludem. Jak chcesz możesz zaryzykować z nim walkę, ale czy dasz sobie radę? Poza tym co z informacjami?> |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
darmowa reklama
toplista pbfów
 | |
|