Rejestracja
Zaloguj
 Ogłoszenie 

(DH) Polowanie na Czarownice:

Kolejny akt opowieści!

(DH) Historie Niespisane

Ciepło Natury, Chłód Ognia, Lodowy Zew

Nieproszeni, Skazany na Rukongai


Poprzedni temat «» Następny temat
[Jiken] Mistrzostwa Świata
Autor Wiadomość
» Matheo 

Ni Bantai Taichou


Karta Postaci
Reiatsu: 1223
Postać: Matheo Keitou
Wysłany: 2010-06-13, 18:49   [Jiken] Mistrzostwa Świata




Społeczność dusz tkwiła w maraźmie. Wąskie uliczki Seireitei patrolowały jedynie kobiety. Gdzieniegdzie dało się dostrzec jakiegoś boga śmierci męskiej płci, ale odmiennej od ogółu orientacji. Gremium męskiej części Szafarzy zgromadziło się przy wielkich ekranach i z zapartym tchem obserwowało wydarzenia ze świata ludzi. Trwało tam wielkie święto. Mundial, na który wszyscy czekali, rozpoczął się. Męska cześć społeczeństwa ludzkiego została przykuta do odbiorników telewizyjnych. Niektórzy szczęśliwcy mieli możliwość oglądania mistrzostw na trybunach. Wuwuzele trąbiły, kibice tańczyli, piwo lało się strumieniami, bukmacherzy przyjmowali zakłady. Cały glob pochłonęły mistrzostwa. Bogowie śmierci w tym wypadku nie odstawali od żywych. Lokalni karczmarze nie nadążali z dostarczaniem złocistego trunku. Jednak kilku śmiałków ze społeczności dusz poszło o krok dalej. Udali się osobiście na mundial do RPA.


Zasad:

Przygotuj tekst, o tym co robiłeś na mistrzostwach świata. Oczywiście nie obowiązuje zgodność fabularna. Jedyne zasady jakie obowiązują to te związane z mistrzostwami świata. Drużyny piłkarze to jedyne co was obchodzi, całą resztę kreuje wasza wyobraźnia. Tekst nie powinien przekraczać 7000 znaków łącznie ze spacjami. W związku z sesjami i innymi problemami tego okresu, ostateczny termin oddania to: 27 czerwca 2010 do godziny 23:59. Zwycięzcę wyłoni Jury.

Nagroda dla zwycięzcy 15000 ryo oraz tytuł najlepszego kibica w Seireitei.
_________________
LA FURIA ROJA
 
 
 
» Kuyicha Lee 

assasyn


Karta Postaci
Reiatsu: 543,5
Wysłany: 2010-06-25, 13:44   

Mistrzostwa świata w piłce nożnej. Prawdziwa gratka dla kibiców, tego najwspanialszego sportu na świecie. Jest on również bardzo popularny w społeczności dusz. Powołany nawet został specjalny sztab, który zajmował się organizacją biletów dla poszczególnych dywizji, dostarczaniem sztucznych ciał i przesyłaniem Shinigami do odpowiednich miast Republiki Południowej Afryki.
Porucznik Ni bantai otrzymał, w drodze losowania, bilety na jeden z meczy grupowych. Włochy kontra Nowa Zelandia. Nie był tym zbytnio zadowolony. Nienawidził Włochów a zapowiadało się, że przejadą się po przeciwniku. Niemniej jednak nie miał wielkiego wyboru, więc w dniu meczu czekał przy odpowiedniej bramie. Na ziemi panowało prawdziwe święto. Tu i ówdzie biegali kibice w barwach swoich drużyn narodowych. Przez miasto przebijał się gwar ludzi zmierzających w kierunku pięknego stadionu. Słońce delikatnie dogrzewało. Można było wyczuć atmosferę święta. Bukemizu był jednak daleki od zadowolenia
- Co!? – krzyknął na członka z dwunastki, który miał mu dostarczyć zastępcze ciało.
- Nie ma się co denerwować. Nie mamy już innego. – odparł ten, poprawiając okulary.
- Ale on jest wadliwy. Pójdę sam.
- Nie można – zaprotestował naukowiec. – Rozporządzenie Komandora.
Lee zmielił w ustach przekleństwo i spiorunował chłopaka wzrokiem. Ciało jakie mu dostarczono było w wieku dwudziestu lat, wysokie… ale z połamaną nogą i o kulach. Jak on miałby sobie poradzić w dotarciu na stadion wśród tłumu gawiedzi? Nie miał jednak innego wyjścia. Musiał obejrzeć ten mecz. Pokuśtykał więc wraz z resztą spieszących na mecz, mając nadzieje, że jakoś da sobie radę.

Stadion był zapełniony do połowy, ale w wejściach gromadziły się tłumy, miażdżące wszystko na swojej drodze. Lee stał przed nimi niepewnie, kiedy usłyszał za sobą tupot wielu nóg. Nim się obejrzał został poniesiony przez falę ludzi i wciśnięty pomiędzy spocone ciała. Napierano na niego ze wszystkich stron. Nie wiedział gdzie jest. Wszystko zlewało się w jedną gamę koloru, smrodu i hałasu. Ktoś wyrwał mu bilet i oderwał końcówkę. Zauważył, że dotarł już do bramek, dopiero kiedy metal wbił mu się w żołądek. Z trudem łapiąc oddech oparł się o ladę. Znowu ktoś włożył mu coś do ręki. Spojrzał w górę. Sprzedawca hamburgerów uśmiechał się do niego i żądał pieniędzy. Zbierając się w sobie Shinigami sięgnął do kieszeni i zapłacił odliczoną kwotę. Zaczął szukać swoich miejsc patrząc na trzymane jedzenie.
„Hm, dwie bułki a pomiędzy nimi kawał mięsa, zieleniny i jakiś sos. Jak Ci ludzie mogą się tak tym…” zastanawiał się porucznik do momentu aż nie ugryzł. Świat nagle zawirował a zmysły smaku zapiały z zachwytu. Rozkoszował się każdym gryzem doskonałej mieszanki smażonej wołowiny, sałaty, pomidorów i niesamowitego sosu. Czuł, że mógłby tylko tutaj stać i jeść. Co tam mistrzostwa świata, gdy ma się w rękach…
Nagły ryk w uchu spowodował, że Bukemizu podskoczył i upuścił hamburgera, który z plaskiem upadł na ziemię. Wściekłość targnęła jego sercem. Odwrócił się na pięcie i ujrzał znikającą za rogiem grupę czarnoskórych kibiców trzymających w rękach długie czerwone Wuwuzele. Chciał ich dogonić ale tylko spojrzał smętnie na dwie metalowe kule trzymane w rękach i znowu zmielił przekleństwo w ustach. Nie miał więcej pieniędzy.

Kiedy odnalazł wreszcie swój sektor, zauważył że jest pełen. Nie było żadnego wolnego miejsca. Jeszcze raz spojrzał na bilet i powoli ruszył wzdłuż rzędów. Stanął przy swoim krzesełku, ale siedział tam jakiś facet o miedzianej skórze i potężnych mięśniach, obejmując dwie powabne laseczki.
- Eee, przepraszam
- Czego – warknął, uchylając ciemne okulary.
- To jest chyba moje miejsce. – powiedział powoli chłopak, patrząc jak mulat wstaje. Miał chyba z trzy metry wzrostu, a na pewno był o dwie głowy wyższy od zastępczego ciała. Naprężył muskuły i zapytał :
- Coś mówiłeś?
Lee poczuł jak budzi się jego buntownicza natura. Chętnie by pokazał tej kupie mięsa gdzie jej miejsce. Był jednak w ciele słabego chłopaczka.
- Taaa... nie – zreflektował się w ostatniej chwili i opuścił głowę.
- No właśnie. Spadaj cherlaczku.
Mecz niedługo miał się rozpocząć.
- Obejrzę ten mecz albo zginę – wysapał Lee, wdrapując się chwilę później na jeden ze słupów z oświetleniem. Szło mu to opornie bo złamana noga strasznie ciężyła, ale piął się do góry. Nie został zauważony przez ochronę. Jeszcze tylko kilka metrów, jeszcze trochę.
- Nareszcie – powiedział siadając i patrząc w dół na boisko. Nie widział wszystkiego dokładnie ale co tam. Ważne, że mógł uczestniczyć w tym święcie.

Tymczasem, na najwyższym wieżowcu w mieście stała olbrzymia Wuwuzela, która miała rozbrzmieć razem z pierwszym gwizdkiem meczu finałowego. Dwóch techników właśnie robiło sobie przerwę po przeglądzie technicznym olbrzymiej sprężarki powietrza. Zajadając hamburgery, patrzyli w telewizor na wychodzące na boisko piłkarzy.
- Ej, a tak w ogóle to wyłączyłeś wszystko?
- Tak, wszystko. Nie przeszkadzaj, zaraz zaczną.

Nieświadomy niczego Shinigami cieszył się jak małe dziecko. Zawodnicy już stali na swoich pozycjach, gotowi do kolejnego meczu. Sędzia jeszcze tylko spojrzał na obie drużyny i przyłożył gwizdek do ust… Potężny ryk wielkiej Wuwuzeli rozbrzmiał razem z nim. Ogłuszony wojownik został zdmuchnięty ze swojego miejsca. Nic nie słysząc spadł na trybunę. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy zajęci byli meczem. Tak się niestety złożyło, że spadł prosto na tego mulata co zajął mu miejsce.
- Ty gnoju. Ja ci zaraz… - Bukemizu nie słuchał. Krew ciekła mu z uszu. Otępiałym wzrokiem rozglądał się dookoła. Wszystkie dźwięki dochodziły do niego z opóźnieniem poza rykiem setek Wuwuzeli, które nie dawały mu się skupić. Powoli wracała mu fonia. Skupił wzrok na zmierzającej w jego stronę pięści. Miał dość. Wyskoczył z ciała i chwycił pięść agresora tuż przed twarzą. Odkręcił ją z trzaskiem i wyprowadził szybko serię w tors i twarz ziemianina.
- Za Warudo! Toki wo tomare
Przyspieszył swoje ruchy do takiego poziomu, że zdawało się jakby czas stanął w miejscu. Chwycił w ręce swoje kunai.
- Kurae! Kurae! Kurae!
Wymierzył dokładnie w każdą Wuwuzela jaka znajdowała się na stadionie. Następnie podniósł tę olbrzymią, która tkwiła na dachu i skierował na sektor mulata.
- Roada Rollera da
Olbrzymi rura spadła na sektor, miażdżąc ludzi i ławki.
- WRYYYYYY! Muda, muda, muda, muda, muda, muda, muda
Jego ręce przebiły się przez gruz. Wyprowadził serię szybkich ciosów, nie patrząc kogo bije. Złość powoli z niego ulatywała, ale mógł to kontynuować wiecznie, czerpiąc jakąś chorą satysfakcję. Nagle ktoś położył mu rękę na ramieniu i ścisnął. Był to jego kapitan Matheo Taichou. Minę miał nietęgą. Czas znowu zaczął biec normalnie, a wszystkie Wuwuzele nagle zamilkły. Kapitan Ni bantai rozejrzał się dookoła.
- Cholerne Wuwuzele! – skwitował jednym zdaniem. Wręczył swojemu oficerowi hamburgera i razem usiedli na gruzowisku oglądać mecz.

STRZEŻCIE SIĘ WUWUZELI!!
_________________
Nec Hercules contra plures- i herkules dupa kiedy ludu kupa

Miłość to nie patrzenie w siebie a patrzenie w tym samym kierunku ;*
 
 
 
» Matheo 

Ni Bantai Taichou


Karta Postaci
Reiatsu: 1223
Postać: Matheo Keitou
Wysłany: 2010-06-27, 22:15   

Termin oddawania wpisów zostaje przedłużony do 30 w związku z nikłą aktywności (maja być ponoć tylko dwie prace łącznie do dzisiaj co mnie nie mile zaskoczyło oO) spiszcie się lepiej, bo to trochę lipnie wygląd
_________________
LA FURIA ROJA
 
 
 
~Tekkey 
Tró Gangsta


Karta Postaci
Reiatsu: 135 [O9T!]
Postać: Unkai Momiji
Wysłany: 2010-06-29, 23:43   

Podczas gdy w dole życie afrykańskiej sawanny toczyło się jak co dzień, w zasadzie niewiele różniąc się od sielanki namiętnie filmowanej przez watahy kamerzystów telewizji służby publicznej z całego świata, wysoko na niebie zaczęło się dziać coś zgoła niezwykłego dla tych okolic. Otóż pojawiły się drzwi. Zapewne nie dzieło kosmitów ani bliżej nieokreślonej zaginionej cywilizacji – ot drewniane wrota w dalekowschodnim stylu, z fikuśnymi papierowymi szybkami. Wprawdzie lewitowały kilka metrów nad ziemią, ale nie zdawało się to komukolwiek przeszkadzać. Bowiem nie potrafił ich dojrzeć kompletnie nikt. Nie, żeby nie miał kto ich zaobserwować – nadal oficjalnie bezludne obszary Afryki wbrew pozorom przemierzały hordy ludzi. Spora grupka turystów kotłujących się w pasiastym Wanie właśnie przystanęła nieopodal, obstrzykując wszystko w zasięgu strzału aparatu.
Potępieńczy wrzask za to, oscylując gdzieś na granicy słyszalności spektrum słyszalności, nadzwyczaj dobrze dosłyszany został przez zapuszkowaną w dżipie wycieczkę. Brzmiąc początkowo niczym przeciągły krzyk samobójcy spadającego z wieżowca, upodobnił się po zduszonym odgłosie uderzenia do jęków skazańca łamanego staczanym ze wzniesienia kołem. Nie doszło do uszu ciekawskich nic poza tym – przekaz nagle się urwał. Cóż, emocjonujący finał z pewnością to nie był. Widać cokolwiek upadło wylądowało na czymś miękkim.
Tekkey złożył sobie obietnicę już nigdy więcej nie korzystać z tanich linii międzywymiarowych. Zabrzmiała ona cokolwiek nieszczerze, jako że musiał jeszcze jakoś do Świata Dusz wrócić. A wrodzone skąpstwo nie pozwalało mu przepłacać korzystając z usług oficjalnej sieci bram Senkai – że podróż bezpieczniejsza? Wielkie rzeczy, Czyściciel nie jest wcale straszny! A i podróż szybsza, gdy za plecami pędzi świetlisty pociąg chcący na zawsze uwięzić twoją duszę w zdeformowanym, pośredniczącym wymiarze. No same plusy po prostu... Jedyną nasuwającą się nieoparcie wadą takiej formy podróży była poparta dowodami wiedza, gdzie nie wylądował. Bowiem i w krajach trzeciego świata gigantycznych termitier raczej w miastach uświadczyć się nie da. A ta, która była jednocześnie pierwszym fragmentem czarnego lądu z jakim nawiązał kontakt spadający z ponad siedmiu metrów Momiji, na urbanistyczną replikę nie wyglądała. Johannesburg to raczej być nie mógł. Chociaż czemu nie wyciągnąć ze zdarzenia korzyści – może po powrocie przydałoby się sprawić taki kopiec przed kasynem w ramach ciekawostki?
Jak okiem sięgnąć widać było jedynie trawy sawanny, żadnych zabudowań. Przynajmniej w tej części pola widzenia, której nie przesłaniała najeżona kłami paszcza tuż przy twarzy Unkaia. Miękkie lądowanie nie oznaczało, że sytuacja w ogólnym rachunku się poprawiła. Grzywiasty lew nie był w stanie dostrzec napastnika, ale od czego zwierzęce zmysły – wywąchał go natychmiast.
Pozostawiając za sobą jedynie kłęby kurzu na szlaku samochód odjechał, na pożegnanie błyskając światłami fleszy aparatów. Trudno winić turystów o tak skrajny brak empatii wobec bliźniego w potrzebie - bezcielesny wrzask poprzedzający pędzącego z rykiem drapieżcę pewnie przeraziłby nawet najodważniejszych. Ratunek przed mściwym kotem znalazł szafarz śmierci w pobliskiej rzeczce. Choć radość okazała się aż nazbyt krótkotrwała, gdy zaspane hipopotamy stwierdziły, iż na dodatkowe towarzystwo ochoty nie mają. Gangster wyszedł z opałów obolały i do cna przemoczony. Do tego nadzieja na zdobycie podwózki do miasta pozostawała teraz jedynie w sferze nierealnych marzeń.
Jeśli nie z pomocą cywilizacji, pozostał jeden, ostatni sposób na dotarcie na mecz. Odwołać się do pierwotnych instynktów głęboko zakorzenionych w podświadomości naczelnych. Obudzić wewnętrznego dzikusa…

W mieście, jak to w mieście – pędzące pojazdy, przemykający ludzie, komercja i konsumpcja rozbuchane aż do przesady. Zawsze też znajdzie się ktoś, komu zmutowany gen czy zwykłe znudzenie umożliwia widzenie bytów duchowych. Więc się gapią. Tak jakby było na co – wymalowany farbami facet w spódniczce z trawy przejeżdżający główną ulicą na strusiu pewnie trafia się tu średnio co tydzień. No, może dwa.
Swego wierzchowca zaparkował Momiji na trawniku przed stadionem – parking okazał się płatny. Do tego nie chciał mieć na sumieniu ptaka pozostawionego samemu sobie na batonowej posadzce, a wbrew pozorom strusie aż tak twarde nie są. I oto nareszcie Stadion Soccer City w Johannesburgu, gdzie już niedługo nastąpi uroczyste otwarcie Mistrzostw Świata. Wszędzie wokół lokalni kibice i przybysze z innych krajów celebrowali zawczasu rychłe otwarcie dmąc w z zapałem w wydające piekielne odgłosy piszczały. Uznając korzystanie z plastikowych zabawek za nie licujące z honorem człowieka pierwotnego, Unkai postanowił się rozejrzeć za bliższym natury ekwiwalentem. W końcu do rozpoczęcia meczu pozostało jakieś eee… no tak, czasomierza raczej nie można znaleźć w kieszeni, której się zasadniczo nie ma. Żar lejący się z nieba podpowiadał, że mogło być właśnie około południa. Czyli na pewno jeszcze mnóstwo czasu!
Wracając jako zwycięzca z upragnionym trofeum bóg śmierci nareszcie zasiadł na trybunach, bezwstydnie wykorzystując swoją niewidzialność do zajęcia miejsca tuż przy murawie. Jak można się było spodziewać, znalezienie vuvuzeli odpowiadającej jego wymaganiom zajęło odrobinę więcej czasu, niż oczekiwał. Mecz trwał już co najmniej od pół godziny, póki co bez uznanych bramek. Nic w tym dziwnego. Meksykanie jako pierwsi mieli w pełni odczuć moc tajnej broni Afrykanów. Na podobieństwo zewu godowego pszczół miodnych, dźwięk tysięcy trąbek zagłuszał wszelkie próby dopingowania latynosów. I wreszcie stało się – padł gol dla gospodarzy i choć to niemal nieprawdopodobne – piszczały rozwrzeszczały się jeszcze głośniej niż dotąd, w ogłuszającym ryku triumfu. Trąbił i shinigami, z satysfakcją obserwując reakcje pobliskich vuvuzelistów. Gdzie tam tanim, plastikowym podróbkom do oryginalnego rogu Kudu. Świadomość bycia najgłośniejszym z tłumu wyjców w jakiś sposób pomagała pogodzić się z hałasem.
Gol dla Meksyku okazał się lekkim zawodem. A jeszcze większym to, że mimo najszczerszych chęci rozpętania wśród podrażnionych kibiców zamieszek pełną gębą, wysiłki te spełzły na niczym. Ciężko stać się prowodyrem tłumu będąc widzialnym dla mniej niż jednego procenta swych pomagierów. Za to miny szczęśliwców, zdolnych dostrzec dmącego w róg dzikusa zwieszonego z bramki gospodarzy, były tego warte. O miliardach widzów przed telewizorami nie wspominając.
Przepychając się w rzece kibiców opuszczający stadion po zakończonym spotkaniu, Tekkey nie krył mieszanych odczuć. W zasadzie to nie był zły mecz, ale to nie Afrykanom ani Meksykanom przybył tu kibicować gangster. Zatrzymując się na trawniku, gdzie o dziwo nadal stał jego wierzchowiec zakotwiczony bezpiecznie w gruncie, mężczyzna otarł z twarzy biało-czerwony malunek.
- Gdzież wy, Polacy? Nie przegapię waszego występu na mistrzostwach, choćbym miał na niego czekać aż do wymarcia elyty PZPNu.
_________________

 
 
» Zero 

Great Student Cebula


Reiatsu: i tak mam większego od Was
Postać: Kamiiru Tagawa, lat 22, kawaler
Wysłany: 2010-06-30, 23:27   

Prolog

26 czerwca 2010 roku, południowa Afryka, jeden ze stadionów MŚ

Tysiące gardeł krzyczących w tym samym czasie robi wrażenie. Szczególnie, kiedy stoisz pośrodku tego całego zgiełku. Otoczony przez kibiców z całego świata można poczuć się jak w olbrzymim roju pszczół stłoczonych na plastrach miodu. Na dodatek ci afrykańczycy mają pewną bardzo irytującą manierę. A mianowicie dmą bez przerwy w plastikowe trąbki nazywane przez nich wuwuzelami. I to niezależnie od sytuacji. Brzmi to jak stado bezmyślnych szerszeni gotujących się do ataku. Jak mówiłem, dla wielu może być to wnerwiające, znajdą się jednak wyjątki...
- O tak... - jęknął Kamiiru.
Szczególnie, jeśli jesteś erotomanem i cierpisz na pszczołofilię, czyli w stan ekstazy wprawia cię myśl, że jesteś pszczołą w ulu. Dwójka czarnoskórych kibiców Urugwaju odsunęła się lekko od mężczyzny i na chwilę przestali dmuchać w trąby.
- Czemu ten koleś przebrał się za pszczołę i głupio się uśmiecha?
- To właśnie cała ta kultura zachodu. Daj spokój, szkoda gadać.
I wrócili do trąbienia ile w sił w płucach wraz ze swoimi pobratymcami. A Zero tylko zsunął się z krzesła z błogim uśmiechem.
_____________________________________________

O tym, jak uciszyłem wuwuzele


Impreza tak duża, jak mistrzostwa świata w piłce nożnej wymaga fachowej ochrony. Tysiące ludzi stłoczonych na małej przestrzeni to marzenie każdego terrorysty, zboczeńca i Pustego. Od wieków Bogowie Śmierci zabezpieczają wszelkie ludzkie igrzyska sportowe. Nie minęło dużo czasu, gdy sami zaangażowali się w przeżywanie sportowych emocji wraz z ludźmi. Wszak idea sportu hołduje bliźniaczym wartościom do ich epickich pojedynków – rywalizacji, walce, dążeniu do osiągnięcia mistrzostwa w swoim fachu. Tyle, że w sporcie rzadko kto ginie. A szkoda, pomyśli wielu pamiętających jeszcze Rzymskie igrzyska. Tak więc nic dziwnego że w Społeczności Dusz możesz spotkać dwóch Bożków dyskutujących o nowych transferach Barcelony, czy słabej formie Lakers'ów.
Tagawa sam zgłosił się do misji ochraniania mistrzostw. Po dość długim okresie bezczynności przełożeni przyjęli to ze zdziwieniem, ba - wręcz zadowoleni z inicjatywy perwersa. Nie zajęło to długo, gdy znalazł się na stadionie w biało-czerwonej koszulce z orłem na piersi, wymalowany na twarzy w identyczne barwy i darł się wraz z resztą kibiców. Często nie wiedział nawet co krzyczy, ale od zawsze odruchowo darł jeśli robił to ktoś obok niego, dlatego też lubił chodzić na koncerty, ale nie o tym miała być historia... Opowieść zaczyna się w momencie kiedy nasz bohater...

- Chce kupić taką trąbę.
Podczas gdy Kamiiru zatrzymał się na jednym ze straganów kupić sobie trochę zbędnego plastiku do robienia tego, co tygryski lubią najbardziej – bezcelowego, przejmującego hałasu – Shinji Tagawa alias Krecik topił się w afrykańskim słońcu. Poza adoptowanym bratem, porucznikowi towarzyszyła dwójka przyjaciół. Sid Hiragashi w ciężkich glanach, co przy tej temperaturze zakrawało na istny masochizm, który Zero postanowił dodać na listę zarzutów, tuż obok homoseksualizmu i domniemanej grzybicy stóp. A także kapitan Matheo Keitou w oryginalnych spodenkach i koszulkach Nike'a, kupionych zaledwie parę dni temu. Szlachecki czar prysł jednak po paru minutach od wyjścia w miasto, kiedy pechowiec wdepnął butem w łajno wielbłąda. „Zawsze mogło być gorzej” - odpowiedział jak zawsze sympatyczny Zeruś. Arystokrata tylko pogroził pięścią zwierzęciu i zignorował jawny afront. Jednakże kiedy poszedł zetrzeć placek z podeszwy o pobliskie drzewo, niespodziewanie spadła na niego Czarna Mamba - jeden z najjadowitszych węży świata. Nim Zero zdążył powiedzieć „na przykład tak” z krzaków wyskoczyła banda hien rzucając się na zaskoczonego mężczyznę, którą z kolei przepłoszyło stado lwów długo kąsających resztki tego, co zostawiły hieny. Natomiast stado uciekło spłoszone przez nosorożca, jak się okazało bardzo agresywnego z powodu godów. Na szczęście ten szybko rozładował swoje emocje. Co może wydać się absurdalne w całej tej historii, Tagawie zabrakło komentarza.

Tuż po odwiezieniu jednego z nakama do szpitala drużyna wznowiła drogę na mecz, gdzie czekali na nich między innymi Alexx i Cyclops, oraz cała reszta męskiej części Gotei. Wędrówka przebiegła w radosnej atmosferze. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że obrali trasę przez dzielnicę znaną z miejsca zamieszkania przemytników diamentów, producentów kokainy i handlarzy niewolników. Wszyscy obserwowali ich z okien górującego nad resztą apartamentowca wystawiając delikatnie lufy kałasznikowów w stronę ekipy. Banda europejczyków i azjatów wydała im się więcej niż łatwym łupem, dlatego tylko czekali na odpowiedni moment, by wziąć frajerów na okup. I wielu wpadło na ten sam pomysł, gdyż setki oczu obserwowały z różnych miejsc. Aczkolwiek wszyscy nagle zgubili z pola widzenia jednego z turystów. Po prostu znikł im z oczu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Taki czarnowłosy białas, z trąbką w ręku...
Zanim banda z apartamentowca zdążyła się zorientować, Kamiiru zmaterializował się za plecami czających się mężczyzn i nabrał powietrza w płuca. Podłapał już trochę afrykańskiej kultury i ich sposobu kibicowania. Zamierzał dzięki temu nawiązać z nimi kontakt, może nawet nowe przyjaźnie. Przysunął wuwuzele do ust...

"Rzeźnię w dzielnicy przemytników afrykańscy dziennikarze nazwali Krwawym Hatrickiem, gdyż wymordowały się nawzajem trzy rożne, wrogie gangi. Nie wiadomo jaki był powód gangsterkich porachunków i kto zaczął, ale gdy tylko padły strzały pozostali natychmiast odpowiedzieli ogniem. Cała dzielnica poszła z dymem, nie ocalał praktycznie nikt. Nieliczni świadkowie mówią coś o uciekających turystach z samego serca strzelaniny, z czego jeden był bity po głowie plastikową trąbką przez jednego ze swoich. Podobno jej dźwięk miał poprzedzić strzelaninę, co zgodnie potwierdzają świadkowie. Nie ustalono jaki wpływ na to wszystko miała popularna wuwuzela, jednak na stadionach momentalnie zabrakło irytującego dla setek kibiców, charakterystycznego dźwięku wuwuzeli.
W internecie już powstały popularne teorie o grupce aktywistów chcących zwrócić tym incydentem uwagę świata na problemy Afryki. Wuwuzela kojarząca się z Mistrzostwami Świata została znakiem protestu wobec obojętności zachodu na problemy Trzeciego Świata, który woli zająć się organizowaniem igrzysk, podczas gdy ludzie głodują i giną codziennie w krwawych walkach. [...]"
Źródło: Der Spiegel


***


Dzień później w Społeczeństwie Dusz, pokój Kamiiru Tagawy

- Przez ciebie wysłali nas, cenzura, do domów! - krzyknął Grochu.
Nie mógł odżałować, że przez „wygłup” Zera stracił możliwość oglądania mistrzostw na żywo. Tak samo jak reszta obecnej ekipy stłoczona w przyciasnym pokoiku zboczeńca. Miał on przynajmniej na tyle poczucia winy, że przebrał się w jeden ze swoich coplay'owych kostiumów pokojówki i obiecał usługiwać wszystkim na czas mistrzostw. Kupił nawet specjalnie na tą okazje olbrzymi, plazmowy telewizor.
Keitou skinął ręką na Zera. Matheo leżał na łozku cały w gipsie, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Temperatura tego dnia przypominała boleśnie o utraconej Afryce. Białowłosy nakazał służce otrzeć mu spocone, szlachetne lico.
- Kurde, ta chusteczka jest mokra... po co trzymasz na wierzchu coś, co zużyłeś? Nauczysz się w końcu po sobie sprzątać?
- Aj, sorry Math... wziąłem tą z pod poduszki... to pamiątka po randce z Angeliną... z rana.
- Jakiej randce, jaka pamią... - nagle zrozumiał - … ty chory pojebie.
I tak radość powróciła do serc Bogów Śmierci. Śmiejąc się razem odnaleźli z powrotem cel kibicowania i sens istnienia sportu; popijając zimne piwko, komentując sarkastycznie zdarzenia na boisku, tarzając się po podłodze kiedy ich kumpel stara się pozbyć spermy z czoła. Bo o to właśnie w tym wszystkim chodzi. I ja tam byłem, i piwo piłem, i na chusteczkę narobiłem.
Kamiiru Tagawa, lat 22, kawaler.
_____________________________________________


Przypis:
Tekst zawiera 7630 znaków. Wiem, że przekroczyłem limit, lecz próbując zmieścić się i ciąć tylko okaleczyłbym tekst. Dlatego też oddzieliłem prolog od tekstu i nie musi być wzięty pod uwagę przy ocenie tekstu w konkursie (bez niego spokojnie się mieszczę ;) ) – jeśli zamierzamy twardo trzymać się zasad. Mam nadzieję, że mogę liczyć na życzliwość organizatorów.
 
 
 
Pit 
Ookami

Karta Postaci
Reiatsu: 1593
Postać: Miyamoto Hizashi-kun
Wysłany: 2010-07-01, 00:58   

Somwhere in Soul Society
- ...Biegnie na pole karrrne, zakręca, mija jednego, nie - dwóch! Trzech! Trzech piłkarzy przeciwnej drużyny, składa się do strzału i...

Ekran zwinął się, jak harmonijka, po czym pszczeli ul zamienił się w mrowisko. Czarnych i białych owadów.
- Co do cholery! - jęknął Sid. Jego ekscytacja sprawiła, że był w staidium ban-kai, toteż uderzył swą rękawicą w stół, który w zwolnionym tempie rozpadł się na wiele kawałków.
- Czekaj, włączę radio - rzucił czarnowłosy Shinigami, siedzący obok. Przez ostatnie parę minut zdążył spocić się bardziej, niż przez kilka ostatnich dni w Rosji. Wytarł ręce mokre od potu i brudne od pomarańczowej farby. Chwycił zwinnie gałeczkę, niczym sutka kobiecego i przekręcił. Tak, to był Kamiru Tagawa.
Głośny gwizd dobiegł z głośników wiekowego radia marki "Vuvla". Magik zaklął głośno.
- I czym tu się podniecać - rzucił spokojnie wojownik siedzący w oddali - swoją drogą, czy to nie dziwne, że gole dla Niemców strzelają Polacy, Turcy, a może i nawet Żydzi?
- Olać to! Może Soul Net zadziała - rzekł Zero, po czym otworzył swój laptop, obklejony karteczkami z napisami "zaliczona-niezaliczona". Pierwsza próba połączenia się z Globalną Siecią Dusz spełzła na niczym. Przy drugiej system pokazał "niebieski ekran Boga Śmierci", a zgromadzeniu usłyszeli chrapliwy, mroczny głos:
"Niczego nie obejrzycie!"
- A MOJE PORNOLE?!

Somwhere in Africa, the same day
Dwóch wściekłych kibiców właśnie pojawiło się na trybunach. Ledwo dotknęli pośladkami niebieskiego siedziska, kiedy ktoś dmuchnął im wuwuzelą prosto w twarz. Kamiru nie zniósł tego za dobrze. Grochu zaczął miotać energią powietrza. Niczym meksykańska fala, skomasowane reiatsu przeleciało pod krzesełkami sekcji Niemców, minęło sędziego, wywróciło Podolskiego, zabrało popcorn dziecku. W tym momencie Anglicy strzelili kontaktowego gola.
- Wind Yea - burknął pod nosem jednooki Shinigami, wprawiając w osłupienie jego towarzyszy. Ani Sid, ani tym bardziej Kamiru nie byli zachwyceni remisem.

Last minutes of first half

- Aaj będzie bramka!
Piłka z ogromną prędkością zmierzała w stronę siatki. Sfrustrowany Hiragashi machnął dłonią. Wtedy to linia bramkowa, muśnięta wiatrem, zakrzywiła się do środka.
- ...Nieuznany gol...
Zamieszanie na boisku nie dorównywało temu na trybunie. Pośród jęku wuwuzeli, krzyków angielskich kibiców, płaczu dzieci i Christiano Ronaldo, dwóch wojowników właśnie toczyło zacięty bój. Dłoń w dłoń, pazur w pazur, reiatsu śmigało wokół nich. Wyskoczyli w powietrze, raz po raz strzelając malutkimi tornadami. Piłka na boisku latała jak szalona, raz po raz wpadając jednak do bramki Anglików.
- Dosyć tego – pomarańczowooki zignorował wszelkie obrażenia i wbił nasyconą energią kulę prosto w tors oponenta. Spadając, musnął on po raz kolejny piłkę, która po raz czwarty wylądowała za linią bramkową Anglii. Podniósł się kurz. Niebieskooki Bóg Śmierci wygrzebał się z dołka, kaszląc i łzawiąc.
- Gdzie jesteś - bliznowaty rozglądał się na wszystkie strony, ale nigdzie nie widział Hizashiego.
- Za tobą! – Zero zorientował się o parę sekund za późno. Wiedząc co się kroi, Porucznik Jedenastej próbował zdziałać coś jeszcze przyśpieszonymi ruchami. Nawet tak atakując, nie zdążył. Wuwuzela ryknęła mu prosto w twarz, a zaraz potem spoczął na niej łokieć, wyprowadzony od dołu.
- Kończymy tę zabawę, eh, cumpari? – ton głosu Miyamoto rzadko kiedy tak brzmiał. Mimo wygranej „potyczki”, jedna z jego ulubionych drużyn przegrała sromotnie. Ostateczny rezultat wyniósł cztery do jednego dla Niemców, trzy zniszczone sektory dla kibiców, pięć skoszonych flag, wyrwę w murze, wybuch na słońcu i zepsucie rekordu żonglerki, bitego przez Maradogetsu. (duchowego opiekuna Maradony – a co myśleliście, że czemu to geniusz?).
- Kamiru, bądź tak miły, i użyj tej Zapominajki na lampie. Grupa sprzątająca się przyda – rzekł do swojego kompana, po czym udał się z półprzytomnym Sidem do Soul Society. Po dzisiejszym dniu miał dosyć niemieckiego piwa, Oktoberfestu i beemki. Nie smucił się jednak zbyt długo, bo Maradogetsu dał mu zapowiedź długiej i zaciętej walki w ćwierćfinałach. Na pamiątkę tamtego pyrrusowego zwycięstwa zabrał Wuwuzelę Śmierci – potężny artefakt, który powala nawet najsilniejsze jednostki w Grodzie Dusz.
- Tak potężny przedmiot w rękach Ludzi… trzeba go spalić w ogniu Kibla… to jest… Góry Przeznaczenia. Bo kto wie, co nam przyniosą kolejne dni…

Tipiti tipiti ta!



<Głupie? Głupie XD Ale ma parę "memów", które chciałem zawrzeć. Na przykład nieśmiertelny atak łokciem od dołu - toż to fatality nie mniejsze, niż Wuwuzela Wave xD>
Ostatnio zmieniony przez Pit 2010-07-01, 13:09, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
» Matheo 

Ni Bantai Taichou


Karta Postaci
Reiatsu: 1223
Postać: Matheo Keitou
Wysłany: 2010-07-03, 20:25   

Niezawisłe "żury" wybrał zwycięzcę. Rzutem na taśmę po zaciętej walce w polu karnym wygrywa Tekkey. Szczere gratulacje.

Zero za twardą walkę do końca uzyskuje nagrodę 10000 ryo

Natomiast Pit i Lee w ramach rekompensaty za prace po 5000 ryo i pamiątkową wuwuzele :D

Dziękujemy za udział, gratulujemy fajnych tekstów i zapraszamy do kolejnych zabaw.

la Furia Roja
_________________
LA FURIA ROJA
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Design by Aggie. Coded by Spirit of Fire.
katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych darmowa reklama Toplista gier PBF toplista pbfów PBF - Toplista gier PBF web stats stat24 The Best Of PBF - Play By Forum Toplista