Rejestracja
Zaloguj
 Ogłoszenie 

(DH) Polowanie na Czarownice:

Kolejny akt opowieści!

(DH) Historie Niespisane

Ciepło Natury, Chłód Ognia, Lodowy Zew

Nieproszeni, Skazany na Rukongai


Poprzedni temat «» Następny temat
[1-1-2] Nic Śmiesznego [Unkai Momiji]
Autor Wiadomość
~Tekkey 
Tró Gangsta


Karta Postaci
Reiatsu: 135 [O9T!]
Postać: Unkai Momiji
Wysłany: 2010-07-04, 01:13   [1-1-2] Nic Śmiesznego [Unkai Momiji]

Cytat:

Nazwa Zlecenia: Nic Śmiesznego
Numer Ewidencyjny: 1-1-2
Typ Zlecenia: Powtarzalne
Termin Ważności: Bezterminowe
Poziom Trudności: 5/10
Nagroda: 8 000 RYO, Talizman szczęścia (Do wyboru: podkowa, koniczyna, królicza łapka, rzadki kamyk, stara moneta, wisiorek)
Cel Misji: Dotrwać do końca pechowego dnia, nie dając się zabić.


Dzień Świra




2 Dzień po ucieczce Kenpachich, późne popołudnie (Zdarzenie poprzedzające Akt I.2)


Okute czarne drewno olbrzymich wrót, jedynej widocznej skazy na śnieżnobiałej linii bloków Seki opasujących kręgiem Seireitei, zdawało się sięgać przepływających wieczornym niebem chmur. Choć niewzruszona bariera nie wydawała się w jakikolwiek sposób reagować na uderzającą w nią tsunami jadu, Tekkey nie ustawał w lingwistycznych wysiłkach obrzydzenia kamulcom dnia. Co najmniej na równi z tym, jak one zepsuły jego plany. Zwykle żadna przeszkoda nie broniła plusom dostępu do Dworu Czystych Dusz, toteż gangster nie uwzględnił w swej marszrucie przebijania się przez gigantyczny wał z niezniszczalnego materiału. Jedyną nadzieją pozostawały rozrzucone po okręgu 4 bramy strzeżone przez elitarnych strażników. Ta o którą właśnie bezskutecznie strzępił sobie język, była już drugim zamkniętym na głucho przejściem. Choć krążyło ostatnio po Rukongai wiele pogłosek o problemach nękających 13 oddziałów, jak zwykle w przypadku plotek odsiać trzeba było ziarna prawdy od wyolbrzymień i najzwyklejszych łgarstw. Najwidoczniej tym razem nawet najśmielsze spekulacje musiały być nieodległe od rzeczywistości, skoro szafarze zmuszeni byli uciec się do tak dramatycznych środków bezpieczeństwa.
- Ciszej tam, zamknięte i basta. Czytać gablotkę informacyjną, robaczki, a nie dobijać się jak do baru – po nieznośnie długim słownym pojedynku gangstera z upartą ścianą, nareszcie zechciał odezwać się z drugiej jej strony człowiek odpowiedzialny za funkcjonowanie wrót.
- Ciekawe, czy nadal byłbyś taki wygadany, gdybyś nie krył się za tym wielgachnym murem – odburknął Momiji, ale o dziwo i to wystarczyło.
Ciemny na tle błękitu nieba obrys kędzierzawej czupryny ukazał się ponad krawędzią bloków Seki. I wznosił się, wznosił, wznoooosił jeszcze długo, by wreszcie stała się widoczna i olbrzymia twarz strażnika. Dokładnie jak można się spodziewać jej widok nie poprawił Unkaiowi nastroju. I jak tu nie wpaść w kompleksy?
- Coś ty za jeden, paciorku?
- Nie widać? – Coraz bardziej nakręcony lekceważącym traktowaniem Tekkey wyciągnął lewą dłoń w geście pozdrowienia. – Czerwony Kapturek. I mam coś dla ciebie w moim koszyczku.
Z sykiem sprężanego powietrza kula wyrzucona mechanizmem lewej rękawicy pomknęła wprost między oczy celu. W zasadzie urządzenie się sprawdziło – pocisk precyzyjnie dosięgnął ofiary. Tyle, że najwyraźniej kaliber okazał się niedostateczny. Z krępującym plaśnięciem metal jedynie rozpłaszczył się na czole giganta. Jeszcze przez moment trwała niezmącona niczym i bardzo niezręczna cisza. Przerwał ją sam furtian, wybuchając tubalnym śmiechem podczas odklejania z twarzy nieforemnego placka.
- Co za dzień. Gdybym tylko dostawał monetę za każdego kto próbuje przejść siłą… usypałbym kopiec wyższy niż te mury. Ale przynajmniej trochę mnie rozerwałeś, dam ci więc małą wskazówkę: część naszych, z placówek w Rukongai, nadal nie przekroczyła mojej bramy. Jeśli zdołasz ich odszukać, mógłbym przymknąć oczy na jednego przechodnia bez przepustki.
Gigant znacząco mrugnął znikając za krawędzią muru. Sfrustrowanego Momijiego ruszającego właśnie na poszukiwania dogoniły tylko ostatnie słowa niewidocznego już olbrzyma.
– Powodzenia, pchełko.

2 Dzień po ucieczce Kenpachich, jeszcze późniejsze popołudnie


- Koleś, ty się dobrze czujesz? Za-Ję-Ci, ogarniasz? – każdej sylabie pytania towarzyszyło dźgnięcie kijem miotły.
Choć dwaj mężczyźni zamiatający drewnianą werandę przed elegancką tawerną mieli na sobie ledwie brudne i zaplamione łachy, musieli być shinigami. Starszy z nich, natychmiast karcąc juniora krótkim sztychem w podbrzusze z zastosowaniem tej samej broni, podjął negocjacje w imieniu ich obu.
- Jak widzisz chwilowo jesteśmy ehem… - odchrząknął z trudnością, chrypa w jego głosie zapewne nie wzięła się jedynie od nadmiaru świeżego powietrza. - Krótko mówiąc: musimy odzyskać nasze graty odpracowując rachunek sprzed kilku dni. Który, nie wiedzieć jakim sposobem, opiewa na sumę wystarczającą na tydzień picia.
Młody zdecydowanie unikał konfrontacji wzrokowej. Unkai jedynie uśmiechnął się promiennie. Rzadko ma się okazję wspomóc bliźniego niemal bezinteresownym dobrym uczynkiem. W dodatku tak niewielkim kosztem. W jego dłoniach pojawiły się kunaie.
- Załatwię… sprawy. Zaraz wracam.
Nim zdołał uczynić choćby dwa kroki, oba sztylety wybite mocarnymi uderzeniami toczyły się już po podłodze z metalicznym brzękiem. Operujący miotła niczym kataną młodszy szafarz zastawił sobą drzwi.
- Gdyby to było takie proste już dawno byśmy stąd nawiali. Ale nie z tego baru – wycedził, mierząc wzrokiem swoją ofiarę rozcierającą obolałe nadgarstki.
- Właściciel ma jakiś układ ze strażnikami z Szóstki. Ciągle się tu kręcą. Tak, że z zadymy nici. Chyba, że marzysz o wakacjach w Senzaikyuu – wyjaśnił starszy, natychmiast powracając do negocjacji - Wykup nasze klamoty, a jeśli tak ci na tych wczasach zależy, sami możemy cię poprowadzić pod Wieżę Skruchy.
- Z płynnością finansową raczej u mnie krucho –mimo wszystko przeciągał rokowania gangster.
- To lepiej, cenzura, coś wymyśl. Bo kolejnego dnia machania miotłą nie zniosę. Chciałbyś znaleźć się na liście ofiar, gdy moja podobizna zawiśnie w Domu Łowców Głów? – nie dawał za wygraną rozmówca.
- Ja już tam wiszę – pochwalił się junior zamiatający chaotycznie to tu, to tam.
- Teraz byle kogo, za byle co ścigają. Kiedyś, to dopiero trzeba sobie było zasłużyć – kwaśno skwitował starszy.
Zabrzmiało to podejrzanie dogodnie. Los znowu wtyka swe paluchy w przebieg rozgrywki? Spróbować szczęścia? Pewnie, czemu nie. Kto jak kto, ale Dariel naprawdę potrafił irytować. Musiał narobić sobie mnóstwa wrogów w oddziałach. A nuż fatyga jeszcze się zwróci… Niski mężczyzna ruszył w kierunku Domu-Pełnego-Możliwości.



2 Dzień po ucieczce Kenpachich, wieczór (Zdarzenie poprzedzane Aktem I.2)


- Jak to „nie ma przejścia”? – wydzierał się senior, nadal bezsilnie stercząc przed monumentalnymi drzwiami czerniejącymi się w śnieżnobiałym kręgu murów.
- Gablotka, kruszyny – westchnął ze znużeniem elitarny strażnik wrót.
Odrobinę poobijany podczas transportu Tekkey usłużnie wskazał swej dwuosobowej eskorcie ścianę pobliskiego domu, na której całej powierzchni furtian zawiesił olbrzymi plakat ze swoją uśmiechniętą podobizną. Obwieszczał za jego pośrednictwem, że „aż do odwołania stanu pogotowia przejście przez bramę jedynie za okazaniem przepustki sygnowanej przez porucznika lub kapitana…”
- I basta – z zadowoleniem dokończył urwane zdanie olbrzym.
Przymusowi zamiatacze wyzwoleni od swych mioteł zostali za sprawą młodego urzędnika Domu Łowców Głów. Postawiony w kropce (bo i co zrobić? Choć ścigany sam wydał się w ręce sprawiedliwości, warunki uzyskania nagrody było nie było – spełniono.) zmuszony został do obudzenia swego zwierzchnika. Za co ruchem kilkukrotnie przyśpieszonym kopniakami wypadł za drzwi urzędu, szczęśliwie już w najbliższym barze odnajdując niezwykle skłonnych do pomocy bogów śmierci z oddziału Dziesiątego. Jak się miał później dowiedzieć kancelista – koszty opłacenia ich długów miały zostać pokryte z jego pensji. Tyle, że szybka konsultacja między konwojentami właśnie uświadomiła im, iż owej niezbędnej przepustki najwidoczniej nie posiadają, stan pogotowani zaskoczył ich bowiem poza Seireitei.
- Znowu pech, co maleńki? – zapewne wbrew najlepszym intencjom wielkiego szafarza, krew zawrzała w żyłach Momijiego.
Kapitulacja, choć posunięcie genialne w swej prostocie (i całkowicie darmowe zarazem!) niosło ze sobą kilka niedogodności – zmuszony był grzecznie oddać towarzyszącym mu obecnie aniołom stróżom poukrywane w ubraniu kunaie, jak również Zanpakuto w pochwie z ciemnego drewna rzeźbionego w spiralne linie (kij Bo zdecydowanie nie pasował do dyskretnego charakteru misji). Rękawicami na szczęście shinigami nie raczyli się zainteresować, nie spodziewając się widać oporu po kimś, kto sam się w ich ręce wydał i dobrowolnie rozbroił na dodatek. A teraz wszystkie te ofiary okazywały się całkowicie daremne – raz jeszcze stanął dokładnie w punkcie wyjścia.
- Jestem Oficerem Dziesiątej Dywizji 13 Oddziałów Obronnych Gotei! Powierzono Mi Misję Eskortowania Więźnia Do Aresztu Oddziału Szóstego! Żądam Przejścia! – wyskandował chrypliwy głos seniora, akcentując każde słowo całą mocą autorytetu oficjela.
Junior z wybałuszonymi oczami przyglądał się koledze. A i on sam równie zaskoczony gapił się na kumpla, z przerażeniem zatykając usta. To nie mógł być on. Równocześnie obaj spojrzeli na słodko uśmiechniętego Unkaia, który po małej inscenizacji oczekiwał na kolejny ruch elitarnego strażnika.
- Zamknij mordę, za coś takiego on nas wszystkich pozabija, kretynie – młodszy w panice zasadził więźniowi kopniak pod kolano.
Jego obawy zdawały się potwierdzać, gdyż czoło olbrzyma właśnie przecięła pionowa zmarszczka.
- Szermierz? Czy was wszystkich nie… - zerknął niepewnie w kierunku swych stóp, by chwilę później zniknąć za krawędzią muru. Brama zaczęła się niezmiernie wolno, ale systematycznie podnosić.
- Nie wierzę, że to podziałało – powątpiewał nadal starszy, wraz z towarzyszami zbliżając się do ciągle rosnącej szczeliny.
Wrota zatrzasnęły się z ponurym łoskotem za feralną trójką tuż po tym, jak wkroczyła na teren Seireitei. Poza zmartwionym furtianem powitał ich po drugiej stronie oddziałek patrolowy magików Piątki, którego członkowie nonszalancko mruczeli sobie inkantacje kilkunastu różnych Hadou i Bakudou.
- Wy z Dziesiątki, nie wiem jak uciekliście spod waszej kopuły, ale jesteście obaj aresztowani. Wracacie do reszty. No dalej, nałożyć im blokady.
- Że co? Was całkiem… - Młody, wbrew przykładowi kolegi, usiłował dobyć miecza w samoobronie. Nim mógłby stać się celem zmasowanej kanonady Kidou powalił go na ziemię potężny cios w kark, którego moc tylko spotęgowały grube sznury pętające dłonie Tekkeya.
- Zamknij mordę, gówniarzu. Poskrobiesz sobie trochę pyrki tym twoim scyzorykiem, to nauczysz się nie podskakiwać Ciężkozbrojnym. Czego się gapicie? cenzura, rozwiążcie mnie! – nawet twarz gangstera w zadziwiający sposób zmieniła się w maskę bezcelowej agresji.
- Kim jesteś? – ponownie odezwał się magik, który i wcześniej reprezentował grupę.
- Mnie, cenzura, pytasz? – Wykrzywiony Momiji szarpnął się wyzywająco w kierunku pytającego, po cichu ubawiony drgnięciem niepewności w nadal recytujących formuły głosach. – Domyśl się, zbolu.
Perfekcyjnie wcielając się w rolę, Unkai nie zaniedbał dyskretnej obserwacji otoczenia. W cieniu rzucanym przez ścianę pobliskiego budynku dostrzegł jeszcze jednego piątkowicza, pochylonego nad zakrwawionym ciałem skądinąd znajomego shinigami. Gdzieś z otchłani pamięci wypełzło wspomnienie niedawnych rozruchów w Rukongai. Wyratowany Ciężozbrojny chyba wymienił swoje imię pośród zwyczajowego w takich wypadkach wdzięcznego bełkotu. Los jednak kocha samarytan. W przepięknie odegranej furii fałszywy szafarz rzucił się zatem do ciała rzekomego towarzysza.
- Simon? Co wyście mu, jebani czarusie, zrobili?
Zakłopotane spojrzenia zboczeńców na moment przeniosły się na furtiana. Żaden jednak nie raczył udzielić wyjaśnień.
- Ten gość naprawdę nazywa się Simon – zauważył jeden z nich.
- Nawet jeśli mówi prawdę, to co? Mamy uwolnić więźnia? – oponował drugi.
- Dwóch Szermierzy eskortujących do aresztu posiniaczonego Ciężkozbrojnego. Niezła ściema. Lepiej nie mieszajmy się do cudzej wojny – wtrącił się trzeci.
- Szkoda zaklęcia, mam je już przygotowane. Może profilaktycznie go strzelę, zanim zdecydujemy? – zrzędził czwarty.
- Przedwczesne strzały to zdaje się twoja specjalność – dowcipkował piąty.
Od jednego rzuconego z urażonej dumy zaklęcia rozpoczęła się gwałtowna potyczka wśród erotomanów. Kolejne czary przecinały powietrze, walczono również na pięści choć nie należało to do specjalności magików. Młody z Szermierzy desperacko usiłował w ścisku wyszarpnąć z pochwy swego Zana. W szalejącym chaosie rozbłysk Raitingu nikogo nie zdziwił, bojownicy nawet ślepo nie przerwali potyczki. Jeśli chodzi o Momijiego, nie czekał na jej konkluzję – chwytając skrępowanymi dłońmi porzucone w ferworze walki noże kunai i własne Zanpakuto, wyrwał co sił uliczką prowadzącą w głąb Seireitei. Z góry odprowadzało go nieco załzawione od mocy zaklęcia spojrzenie rozbawionego strażnika.

2 Dzień po ucieczce Kenpachich, noc (Zdarzenie równoległe Aktowi I.3)


Sznury opadły z otartych nadgarstków gangstera, malowniczo rozsypując się po kamiennych płytkach zaułka. Ostrze prawej rękawicy zachrzęściło metalicznie na powrót się składając. Pomimo niepomyślnych rokowań Unkai nareszcie zdołał przedrzeć się przez zewnętrzną linię obronną Seireitei. Gigantyczne koło domeny szafarzy stało przed nim otworem. W cieniu pod czerwonym kapturem zalśnił szeroki uśmiech. Niczym pnie rzucane nieustannie pod nogi przez złośliwy Los, ścieżka Momijiego przecięła się dotąd z drogami najrozmaitszych indywiduów. Wykidajłów i szantażysty. Urzędasa i Szermierzy. Magików i gargantuicznej, karykaturalnej wersji lokaja.
- A mimo to jestem tu. Najgorsze już za mną – roześmiał się, czując się gotowym na podjęcie każdego wyzwania wiadomego bożka.
Ale nie był gotowy. Nie na to…
Gdzieś na granicy słyszalności pojawił się dźwięk. Początkowo ledwo uchwytny, z czasem coraz to wyraźniejszy. Brzmiał niczym… cóż, z pewnością nie dawał się przypisać jednemu, jasnemu skojarzeniu. A te uparcie się nasuwające balansowały między wizjami groteski i makabry, nie wiedzieć czemu doprawionymi myślą o ścieżce dźwiękowej kina porno klasy D. Cokolwiek było źródłem kakofonii, najwyraźniej się zbliżało.
Tuż nad zamykającym ślepy zaułek niewysokim murkiem niczym żywa torpeda przeleciało ciało człowieka, z upiornym wizgiem ciężko lądując na zaskoczonym gangsterze. Nim Unkai zdołał choćby pomyśleć o reakcji, po krótkim locie zwaliła się na stos kolejna postać, tworząc pokrętną ludzką piramidę. Przygnieciony wrzasnął dziko, a z kierunku skąd przybyli napastnicy odpowiedział mu dobyty z wielu gardeł potężny okrzyk nieludzkiej pasji i okrucieństwa. Cała gama improwizowanych pocisków posypała się w ślad za uciekinierami. Jeden z nich, wysoki brunet o opadającej na twarz grzywce, krzywiąc się pomógł wstać kompanowi. Ten najwyraźniej ani trochę nie przejmując się gradem przedmiotów posłał przyjacielowi szatański uśmiech.
- Mówiłem ci Mistic, że po drugiej stronie muru może być tylko lepiej. Słuszna sprawa zawsze zwycięży – zaciśnięta pięść czarnowłosego młodzieńca wzniosła się ku niebu. Gest byłby jeszcze piękniejszy, gdyby jego dłoni nie wypychał zwitek damskiej bielizny.
- „Uciekamy dzisiaj, by móc podglądać jutro”? – zacytował z powagą Keitou. Jego zatroskana twarz pochyliła się nad obolałym gangsterem. – Ale Zero, on chyba nie da rady. Musiałeś go trochę uszkodzić przy lądowaniu.
Tagawa poskrobał się po bujnej czuprynie ze skruszoną miną. Po chwili zadumy naczelny perwers z czcią wybrał jeden okaz ze swojej bogatej kolekcji kobiecej garderoby, składając go niczym medal na piersi zamroczonego Tekkeya.
- Wpadnij do nas kiedy się otrząśniesz. Mamy tego więcej!
Z poczuciem spełnionego obowiązku piątkowicze zniknęli z pola widzenia Momijiego. Za murem, brzmiąc niczym rój dzikich os, nadal koczował oddział pościgowy. Seireitei okazało się… aż nazbyt pełne wyzwań. Ledwo żywy turysta dopełzł do nieodległego włazu kanałów, zsuwając się w ich bezpieczny mrok. Potrzebował czasu w samotności i ciszy, by otrząsnąć się z wrażenia po ostatniej potyczce z Losem. To rozdanie zakończyło się miażdżącym zwycięstwem złośliwego bożka. Choć gdyby docenić dyndające na piersi trofeum chyba uznać można by, że w zasadzie okazało się remisem. Tak, zdecydowanie bez punktu.



3 Dzień po ucieczce Kenpachich, przed świtem (Zdarzenie poprzedzające Akt III.1)


W ciemnościach tuneli pod Seireitei echem odbijały się słowa niezwyczajnej dla tego miejsca pogawędki.
- On sobie wyobraża, że kim jest? My, Dwupalcy, słuchamy wyłącznie rozkazów Wielkiego Brata!
- To prawda – przytaknął drugi osobnik, podnosząc dwa wytatuowane palce w geście przysięgi.
- Więc czemu złamaliśmy rozkazy Akanai-samy, włócząc się z tym karłem po kanałach?
- Cóż, zagroził nam śmiercią, jeśli z nim nie pójdziemy – trzeźwo zauważył rozmówca.
- Było nas trzech na jego jednego – odburknął Pierwszy.
- Miał szczura! – nie poddawał się jego kompan.
- Myślisz, że Brat nam wybaczy?
- Myślisz, że Brat nam uwierzy?
Obaj równocześnie wybuchnęli płaczem.
- Jeśli macie siły buczeć, biegnijcie szybciej, idioci! – zza ich pleców dobiegł wrzask ostatniego umykającego wraz z nimi człowieka.
Hollow ścigający mężczyzn, perfekcyjnie wyczuwając nastrój chwili, wydobył ze swej nienażartej gardzieli upiorną pieśń głodnego łowcy. Ponagleni uderzeniami pięści najniższego uciekiniera, przemytnicy jeszcze szybciej niż dotąd wyciągnęli nogi, pochlipując żałośnie. Sami nie potrafili uwierzyć we własną historię.
Dzień i tak do najbardziej udanych nie należał, ale problemy sprzed ledwie kilku godzin zbladły i spowszedniały w porównaniu z kryzysem wywołanym pojawienie się tego karzełka… i jego szczura. Jak już powiedziano Dwupalcych było jeszcze wtedy trzech. Realizowali jak co dnia swój zwykły harmonogram obowiązków, nie wchodząc nikomu w drogę, gdy niespodziewany wybuch wstrząsnął (dosłownie) ich poziemnym światkiem obalając jednego z nich w przepływający obok ściek. Ledwie chwilę wcześniej dostrzegli wprawdzie w półmroku błysk Kidou, ale jako kulturalni przemytnicy zwykli szanować cudzą prywatność oczekując tego samego od innych. Nie zamierzali przy tym wplątywać się w bliżej nieokreślone i najprawdopodobniej niebezpieczne rozgrywki. Sytuacja zmieniła się po szybkiej akcji ratowniczej o tyle, że jeden z nich bynajmniej nie był zadowolony z przymusowej kąpieli, całkiem logicznie obwiniając za nią zaobserwowany blask magii. Towarzysze nie byli w stanie go powstrzymać (bowiem nie mieli dość długiego kija, a dotykać aromatycznego topielca nie mieli zamiaru). Tak stanęli przed Tekkeyem, przez którego zostali zastraszeni (a nadal woniejący spalenizną szczurzy trupek miał przy tym kardynalny udział) i porwani, by służyć jego własnym interesom. Bowiem po niemal całym dniu samotnego błąkania się po tunelach jasno już zdawał on sobie sprawę, że potrzebuje drobnej pomocy. Rzekł: „prowadźcie do Dziewiątej Dywizji” - dodając tuż po tym – „ale nie ty, śmierdzielu. Zmykaj na tyły”.
Jeśli się zastanowić, to wyłącznie tej decyzji zawdzięczali życia. Jaszczurowaty pusty, który wynurzył się z ciemności tuneli w trakcie długiego marszu na miejsce przeznaczenia, zaatakował najpierw najbliższego mu człowieka zamykającego oddział. Co dało dość czasu pozostałym, by ruszyć szaleńczym galopem mając tuż za sobą białe kły potwora.
- Co to cholerstwo robi pod Seireitei!? – wrzasnął któryś przemytnik otrząsając się nareszcie z pierwszego szoku.
- Próbuje nas zeżreć – podsunął niezastąpiony Drugi.
- Dziecięciem będąc zapewnie wpadł w kałużę mutogennej substancji z tajnych laboratoriów Dwunastki. Takie historie ciągle się zdarzają – wtrącił się do rozmowy zasapany Tekkey. Miał już serdecznie dość przedłużającego się maratonu. Zawsze czując się urodzonym sprinterem - zasadniczo zabójczym na (bardzo) krótkich dystansach.
Skręcając w kolejną odnogę tunelu gangster (po raz który to już?) cisnął sztyletem w maskę bestii. Ostrze jedynie prześlizgnęło się po zrogowaciałej wydzielinie, nie wyrządzając jaszczurowi większej szkody. Miotacz kul okazał się równie bezradny – dziwnym trafem nikt nie wpadł na pomysł uprzedzenia klienta, że zestaw nie zawiera zapasowej amunicji. Można się było założyć, że nikt nie zakupił tego modelu po raz wtóry. Ale z drugiej strony, reklamacji pewnie też nie był w stanie złożyć. W kompletnej desperacji, by choć odrobinę spowolnić pościg, Momiji rzucił w prześladowcę zawartością i drugiej dłoni. Szczur, który nagle odkrył u siebie nienaturalną zdolność lotu, zapewne nie do końca zdawał sobie sprawę na czyim nosie zakończył swój dziewiczy kurs. Dwa wściekle czerwone, zezujące na napastnika ślepia napotkały jedynie apatyczne spojrzenie gryzonia. Pusty warknął, wstrząsając łbem. Stając w obliczu Kostuchy amant najwidoczniej zapragnął zginąć śmiercią bohatera. Z szalonym piskiem berserkera zaszarżował bowiem na nieosłonięte kościaną zbroją fragmenty cielska hollowa.
Podczas gdy zwarte w boju zwierzęta szalały po głównym korytarzu, ludzie przyczaili się w wąskiej jego odnodze. Drogą ucieczki zdawała się stać otworem, jednak zacięta batalia toczona tuż obok wymknęła się nieco spod kontroli. Uderzające raz po raz o ściany cielsko demona nadszarpnęło w szczególności trwałość sklepienia zaniedbanego bocznego chodnika. Nim mężczyźni zdołali opuścić pole bitwy strop zawalił się tuż przed nimi, nieomal grzebiąc ich pod sobą. Ot, kolejny tego paskudnego dnia kawał Losu. Najgorsze było jednak to, że pusty strącając z siebie szczura ponownie wbił w nich spojrzenie krwawych ślepi, z cichym sykiem szykując się do ataku. Unkai powoli przysunął się do stojącego nieco z tyłu Drugiego.
- Daj kamienia! - konspiracyjnie wymamrotał shinigami kącikiem ust.
Gdy nieduży fragment rumowiska znalazł się w dłoni boga śmierci, ów porzucając ostrożność nonszalanckim krokiem ruszył ku potworowi wlepiającemu nienawistny wzrok w najbliżej stojącego Pierwszego. Potężnym ciosem głazu w potylicę Tekkey rzucił mężczyznę przed bestię, samemu co sił umykając w ciemność tunelu. Po piętach niemal deptał mu ocalały przemytnik, którego pomimo okoliczności wkrótce dopadły wyrzuty sumienia.
- Nie powinniśmy byli go tak zostawiać samego.
Chciał jedynie usprawiedliwienia czy naprawdę miał zamiar podjąć misję ratunkową? Interesujący przypadek.
- Sugerujesz, że jedna ofiara może nie wystarczyć, by spowolnić pustaka? – zamyślony gangster demonstracyjnie zważył w dłoni zakrwawiony kamulec.
- Był dobrym przyjacielem – podsumował rozsądnie Drugi, wychodząc jednocześnie na prowadzenie w biegu.
Ucieczka przez ciemne, opuszczone tunele była trudna, ale przewodnik zdawał się dobrze znać drogę. Do tego w mroku od dłuższego czasu dawało się zauważyć małe, czerwone światełko hen przed nimi. Jednak gdy już zdawali się niemal dosięgać swej gwiazdy przewodniej, nieoczekiwanie się ona poruszyła.
- Stooop! – wrzasnął z ciemności głos. Zatem zatrzymali się, zapewne równie zdumieni spotkaniem, co nieufni wobec niewidocznego mówcy. - Spóźniliście się. Niemal uwierzyłem, że zostawicie nas tutaj całkiem bez pomocy.
- Shiryuu? Wasza grupa z Dziesiątki powinna być już dawno poza Seireitei… - towarzysz gangstera rozluźnił się odrobinę. Czyżby znajomy?
- Akurat. Tylko popatrzcie! – Dopiero co przygaszony pet, nadal lekko żarzący się czerwonawo, pomknął w kierunku przybyszów.
Tuż nim miał szansę ich dosięgnąć zniknął spopielony w jaskrawym rozbłysku zapory Kidou. Podczas sekundy jasności przed oczyma przybyszów uwidoczniły się dwa nadpalone ciała rozciągnięte na skraju ściany zaklęć. Przemytnik zaklął. Łącznie z agentami złapanymi na gorącym uczynku w kwaterze Czwórki, niemal cały gang został unicestwiony jednego dnia. Pech czy przeznaczenie? Światło odkryło również oblicze uwięzionego - piegowatego rudzielca, na którego lśniącej od potu skroni bieliła się niegdyś niedbale zszyta blizna. W powietrzu zapachniało cudną wonią łatwej forsy.
- Czujesz to? – zagadnął towarzysza gangster, nie mogąc nie poddać się nastrojowi chwili.
- Niby co –Drugi rozejrzał się podejrzliwie. Poniuchał również perkatym nosem, lecz jego prostackie ego nie zdołało docenić metafory. – Faktycznie coś zajeżdża. Jakby przeżutym krwistym befsztykiem.
Słowa zawisły w powietrzu. Obaj uciekinierzy równocześnie rzucili się do drabinki na powierzchnię, majaczącej nieopodal w mroku. Wypełniając ciemności rykiem zawiedzionego łowcy, przyczajony hollow ruszył do ataku. Nie interesując się już dwójką wspinaczy uderzył wprost na Shiryuu odpalającego z lodowatym spokojem kolejnego ćmika. Wysoko w górze pochyleni nad studnią szybu ocaleni ujrzeli jedynie kolejny błysk Kidou.
- Dorwał go? – zaniepokoił się przemytnik.
- Zejdź i sprawdź – uśmiechając się zimno zachęcał Momiji.
- A co, jeśli jednak go nie dorwał? – przeraził się Drugi.
- Wtedy też trzeba to sprawdzić – gangster wepchnął towarzysza do włazu.
- Nie zejdę tam. Proszę, nie po tym wszystkim… - przymusowy ochotnik w panice zawisł na szczeblach, do połowy już pogrążony pod ziemią.
- Chi, ciężko w tych czasach o dobrego pomagiera – niemal przykładając dłoń do metalu, bóg śmierci dokończył inkantację ze ponurym westchnieniem. – Kagirinai Kyokusen Dageki!
Mężczyzna runął w otchłań pozostawiając na żelaznych szczeblach przymarznięte płaty skóry. Z dołu dał się słyszeć jedynie chrupot łamanych kości. Żadnego mlaskania, ryków – znaczy i hollow nie dał rady barierze.
- Postaraj się zbytnio nie oddalać, Shiryuu. Wrócę po ciebie. Możesz być tego pewny – zawołał w głąb szybu Unkai. Odpowiedzi nie było.
Zatem Tekkey był znowu całkiem sam na obcym terytorium. Tak było bezpieczniej – Boże chroń mnie od przyjaciół, z wrogami sam sobie poradzę? Coś w tym jednak jest. Jak dotąd to w towarzystwie sojuszników spotykały go największe kłopoty. W pełni zadowolony z siebie gangster zamierzał wreszcie wypełnić podjętą misję i odnaleźć we Dworze Czystych Dusz Dariela. Potyczka przy bramie sprawiła jednak, że jego niezwykły kostium mógł stać się aż nazbyt rzucającym w oczy bogów śmierci (tak, jeszcze bardziej. Teraz zapewne stanowił na dodatek znak rozpoznawczy poszukiwanego uciekiniera). Oto przyszła najwyższa pora, by sięgnąć po asy poukrywane w rękawach. A kręta, spokojna uliczka prowadząca z nikąd do nikąd, stanowiła idealną scenerię do lekkiego nagięcia reguł gry.
Odświeżony Momiji po chwili wznowił marsz, sprężystym krokiem pokonując kolejne krzywizny ścieżki. Los zapewne nie bez powodu właśnie na niej go postawił. Czyżby znowu zaczynał gangsterowi sprzyjać?
Niefrasobliwy uśmiech spłynął z jego twarzy, gdy tylko dobrnął do krańca swej drogi otwierającej się na spory placyk. Jak okiem sięgnąć trwała na nim bitwa między shinigami – obrońcami połyskującej kopuły zaklęć otaczającej Dziesiątą dywizję - i tłumem obdartych opryszków ją szturmujących. Drugiej bandzie przewodził mężczyzna o bandyckiej twarzy i ekscentrycznym guście, jeśli chodzi o militaria. Wywijając dziwaczną dwuzębną bronią szerzył największe spustoszenie wśród szafarzy. Biorąc pod uwagę wszechobecny szkarłat rozlewanej krwi i zróżnicowane odzienie napastników, jak raz nawet w swym nie do końca stapiającym się z tłem czerwonym stroju Tekkey nie miałby problemu z dyskretnym wkomponowaniem się w scenkę. „Miałby”, gdyż płaszcz pozostał ukryty we włazie kanałów, a niewysoki gangster odziany był w oryginalne, mundurowe shihakusho Gotei 13. Jeden z poległych podczas burdy w Rukonie Ciężkozbrojnych zdawał się nosić niemal równy rozmiar, co sam Momiji. Aż szkoda było nie wykorzystać takiej okazji.
Niech cię, Losie! Ale nie był to jeszcze bynajmniej koniec jego żarcików. Powoli niczym przesuwający się lodowiec, prowodyr zamieszek zwrócił swoją zbójecką twarz w kierunku nowoprzybyłego wroga. Z równą prędkością ów nieszczęśnik odwracał się już pięcie, po czym gdy tylko czas ponownie ruszył w zwykłym tempie, rzucił się do biegu alejką.
- Brać go! –Daiki nie zastanawiał się długo. Druga broń, bliźniaczo podobna do nadal trzymanego w dłoni miecza, pomknęła za umykającym gangsterem niczym kierowana własną wolą. W ślad za nią podążyło kilkunastu oprychów.
Momiji po raz kolejny zmuszony był ratować życie. Tym razem przed kompanią podrzynaczy gardeł i nawiedzonym miotaczem dysków. Po prostu świetnie. Aż chciało by się spytać Los– dlaczego akurat dzisiaj musi to gangsterowi robić? Ale w takich okolicznościach odpowiedź mogła być tylko jedna. Bo mogę.



Epilog (Zdarzenie poprzedzane zakończeniem DH)

- To był naprawdę… dziwaczny dzień. Nie uważasz?
- Dni – poprawił rozmówca. – Musiało do teraz upłynąć ich co najmniej trzy, odkąd wyruszyłeś do Seireitei.
- Nie musisz tego mówić, jakby to była moja wina. Nie mam bladego pojęcia ile czasu leżałem nieprzytomny w tym przeklętym szpitalu.
- Oh, daj spokój, nie było tam aż tak źle.
- Niczego nie rozumiesz… - Tekkey z trudem przełknął, bowiem gardło miał ściśnięte strachem.
Obudzić się sali wysmarowaną przerażającą, sterylną bielą, nie wiedząc nawet skąd się w niej wzięło - czyż to nie klasyczna sceneria i prolog zwiastujący pojawienie się popularnego motywu amnezji? Momiji nie doznał niestety szczęścia zapomnienia. Zdawał sobie sprawę, jak miażdżącą musiał odnieść porażkę, by dać się ująć żywcem i wpakować do szpitalnego łóżka. Mimo upokorzenia był bezsilny, zdany na łaskę i niełaskę wrogów. Po korytarzu przylegającym do jego sali przemykali co i rusz Medycy, ociekający wręcz cukierkową aurą chęci bezinteresownej pomocy i empatii. Cały gmach wypełniony był tą odurzającą atmosferą dobroci. Tkwić w nim znaczyło przesiąkać coraz to bardziej narzuconymi z zewnątrz emocjami. Inni pacjenci, skazani na ten sam wyrok przymusowego leżenia co i Unkai, zdawali się nie zdawać sobie nawet sprawy z zakulisowej, gigantycznej manipulacji dokonywanej przez Czwartą Dywizję.
- Dlatego musiałem się stamtąd wyrwać!
- Mimo to, nie było koniecznym atakowanie tej nieszczęsnej pielęgniarki. Nie miała przecież na myśli niczego złego.
- Nie, nie było. Ale i ona powinna mieć na względzie przede wszystkim dobro pacjenta. W pewnym sensie spełniła swą powinność.
- Zatem musi być szczęśliwa… ty również. Chociaż wątpię, czy zwykła gruszka należy do najbardziej morderczych narzędzi w arsenale służby zdrowia. Uczymy się całe życie, hę?
- Przez ostatni dzień… dni, nieustannie grałem ze śmiercią w kotka i myszkę. Do tego Los, ten drański oszust, nieustannie mieszał się w moje plany. Miałem dość.
- Aż tak boisz się umrzeć, że zrezygnowaleś z podbicia stawki gry? Odrobinę mnie rozczarowujesz, wiesz?
- Chi, po prostu znudziła mnie monotonia narzuconych zasad rozgrywki. Jeśli proste przetrwanie to nie dość by zwyciężyć, musiałem zmienić taktykę. Przegrałem. Bitwę – tak, ale wygrałem dzięki temu wojnę.
- Bitwę? Czy to nie za wiele powiedziane? Nie dokazałeś zbyt wiele przeciw brygadzie interwencyjnej pielęgniarzy.
- Akurat ty nie powinieneś mi tego wytykać – ocierając rozbity nos, z którego nadal kapała krew, gangster na szarej ścianie izolatki domalował złośliwy uśmiech już namazanej uprzednio czerwonawej buźce.
- Oj, chyba nie wyszło ci na zdrowie zwinięcie wszystkich tabletek z tacy pielęgniarki. Ile palców pokazuję?
- Pewnie tylko jeden. Nie bądź idiotą, wiesz że nie umrę w taki sposób. To koniec. Szczerze wątpię czy Los zdoła mnie dosięgnąć w tym bunkrze. Co oznacza, że w ostatecznym rozrachunku to ja wygrałem.
Koktajl witaminowy właśnie zaczynał odpalać, prezentując całą bogatą gamę swych skutków ubocznych. Wszystko wokół stawało się płynne, nierzeczywiste. Szare, puste ściany przesłoniła ciemność czatująca dotąd cierpliwie pod powiekami. Cisza i spokój. Żadnych irytujących niuansów. Upływający w niewyczuwalnym tempie czas. I wreszcie stan przypominający bezwładny dryf w ciepłych wodach bezdennego jeziora. Wystarczy jedynie odrobina cierpliwości, a ciało ostatecznie straci czucie, uwalniając umysł do wędrówki przez pustkę… Jak długo jeszcze?
Cios spadł nieoczekiwanie, wgniatając Tekkeya w rzekomo nieistniejące dno. Otwarte w szoku oczy nadal widziały jedynie mrok, teraz skonsolidowany i równie realny co ciężar utrzymujący mężczyznę pod wodą. Uwolnione nieopatrznie bąbelki powietrza pomknęły chaotyczną chmarą ku ledwo widocznej powierzchni sadzawki. Nad taflą majaczył ciemny kształt, o aż nazbyt dobrze znanych konturach.
Tylko nie dzisiaj. Tylko nie on.
= Oi! Coś dawno się nie widzieliśmy, dłużniku.
Niektórzy nie powinni uprawiać gier hazardowych. A konkretniej ci, którzy nie potrafią zaakceptować porażki, nawet po oficjalnym zakończeniu rozgrywki dając upust swemu rozczarowaniu. Wśród tego elitarnego grona socjopatów Los zdecydowanie był najgorszy w przegrywaniu. Do tego nie nigdy wahał się dać w odwecie drobnego popisu swego przewrotnego poczucia humoru.
Pechowy dzień nadal się nie skończył…


Slowem wyjasnien: fragmenty ukryte pod linkami stanowia integralna czesc przygody, ktore z rozmaitych przyczyn musialy sie znalezc w odrebnych miejscach. Ale nie podlegaja ocenie. Miejcie jedynie na uwadze, ze aby zrozumiec wypadki feralnego dnia nierzadko nalezy szukac ich korzeni w tych wlasnie pominietych odcinkach.
Jeszcze tylko jedno - uzgadnianie czasu ze Squaeriowa chronologia to prawdziwa mordega. Jest bardziej niz prawdopodobne, ze wkradl sie jakis babol. Szukajcie a znajdziecie. ;)
Odpowiedziami na wszelkie pytania sluze na pw ( i tylko na nim. nie bez powodu seplenie XD).

Raz jeszcze: tak, niestety podlega to Ocenie. Mi rowniez jest przykro...
_________________

 
 
» Kuyicha Lee 

assasyn


Karta Postaci
Reiatsu: 543,5
Wysłany: 2010-07-05, 00:46   

Tekkey

Na początku chciałbym powiedzieć, że rozłożenie tego wpisu na kilka miejsc jest ciekawym i trochę kłopotliwym zabiegiem. Nie mniej jednak doceniam to, gdyż wszystko ładnie się komponuje. Wracając jednak teraz do zlecenia:

Dziwi trochę zachowanie strażnika. Jeżeli jest to ten sam co Simona, to nie powinien cię chcieć wpuścić ani podsuwać pomysłów jak wejść. Rozumiem, że jakoś musiałeś się dostać ale mogłeś wykombinować coś innego. Poza tym trochę za dużo tutaj przekombinowałeś. Niektóre opisy są troszkę chaotyczne i ciężko się połapać w wydarzeniach. Wszystko dzieje się szybko a powinno trochę zwolnić. ( Popełniłem ten sam błąd w walce z Alexxem.) Czytanie tego niestety przysporzyło mi trochę kłopotu.

Z drugiej strony podoba mi się zgranie tego Zlecenia z Drogą Historii. Konsultowałeś to może ze Sq? ( Panie Gimli :]) Ciężko jest też niestety z tym „pechem”. Rozumiem, że uśmiech losu nie był najlepszy ale albo to mój nastrój albo późna godzina albo nie udało ci się osiągnąć zamierzonego efektu. Niektóre rzeczy były śmieszne i mogłem je sobie doskonale wyobrazić ( płaczący uciekinierzy Jeden i Dwa, w sumie nie podoba mi się takie opisanie, ale cóż. Z innej strony wydarzenia w kanałach są najlepszą częścią tego wpisu.) a w innych gubiłem się. ( Dlaczego siekacze się na ciebie na końcu rzucili? Trzy razy musiałem przeczytać fragment po „Daj Kamienia” by zrozumieć co się stało). Również motyw twojej podróży do Seireitei trochę dziwny. W prologu chodzi o konkurencję a na końcu o poszukiwanie Dariela. Czegoś tutaj nie zakapowałem.

Tekkey napisał/a:
Ciemny na tle błękitu nieba obrys kędzierzawej czupryny ukazał się ponad krawędzią bloków Seki. I wznosił się, wznosił, wznoooosił jeszcze długo, by wreszcie stała się widoczna i olbrzymia twarz strażnika


Chyba stał. Niestety ten wpis obfituje w wiele dziwnych opisów przy których można się było łatwo pogubić.

Tekkey napisał/a:
Kapitulacja, choć posunięcie genialne w swej prostocie (i całkowicie darmowe zarazem!) niosło ze sobą kilka niedogodności – zmuszony był grzecznie oddać towarzyszącym mu obecnie aniołom stróżom poukrywane w ubraniu kunaie, jak również Zanpakuto w pochwie z ciemnego drewna rzeźbionego w spiralne linie (kij Bo zdecydowanie nie pasował do dyskretnego charakteru misji).


Zdecydowanie za długie zdanie, które można było skutecznie rozbić. Takie rzeczy naprawde utrudniają czytanie.

Niestety chaos i trochę kulejąca interpunkcja niestety. Ogólnie wpis uważam za mocno średni. Potrafisz pisać lepiej. Uważam jednak, że nie było aż tak źle. Naprawdę miałem ciężki orzech do zgryzienia z oceną ale postanowiłem dać:

Ocena 5/10 mimo wstępnego niezadowolenia zrozumiałem, że brak uśmiechu po tym zleceniu był wywołany kiepskim dniem, dlatego podniosłem ocenę, gdyż uważam, że zaliczyłeś je. Mogłeś się jednak trochę bardziej postarać, nie uważasz?
_________________
Nec Hercules contra plures- i herkules dupa kiedy ludu kupa

Miłość to nie patrzenie w siebie a patrzenie w tym samym kierunku ;*
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Design by Aggie. Coded by Spirit of Fire.
katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych darmowa reklama Toplista gier PBF toplista pbfów PBF - Toplista gier PBF web stats stat24 The Best Of PBF - Play By Forum Toplista