Rejestracja
Zaloguj
 Ogłoszenie 

(DH) Polowanie na Czarownice:

Kolejny akt opowieści!

(DH) Historie Niespisane

Ciepło Natury, Chłód Ognia, Lodowy Zew

Nieproszeni, Skazany na Rukongai


Poprzedni temat «» Następny temat
Akt I: Chłód ognia, ciepło natury i lodowy zew
Autor Wiadomość
~Tekkey 
Tró Gangsta


Karta Postaci
Reiatsu: 135 [O9T!]
Postać: Unkai Momiji
Wysłany: 2010-06-26, 23:57   

Pamięć o bestialsko zamordowanych towarzyszach. Krople świeżej krwi kapiące na posadzkę z sękatych dłoni ich oprawcy. Paskudny zawód doznany za sprawą brata owego odmóżdżonego goryla. Konieczność odnalezienia kryjówki, w której chytry dłużnik przezornie się zaszył. Oraz ostatni, lecz nie najmniej znaczący, czynnik - budzące ślepą agresję czerwono-różowe kafelki wykładające ściany piwniczki. A wszystkie one razem i każdy z osobna wywoływały u Tekkeya nieposkromioną ochotę na natychmiastowe wypatroszenie stojącego przed nim człowieka. Zostali w końcu sami w utajonej skrytce pod niewzbudzającym najmniejszych podejrzeń domem. Spierzchnięte wargi gangstera rozchyliły się w szerokim uśmiechu rekina. Stalowe, szare spojrzenie wpijało się w zamglone od umysłowego wysiłku szmaragdowe oczka przeciwnika. Wielkolud z niecierpliwością przestępował z nogi na nogę, ciężko sapiąc w zacietrzewieniu. Rozpraszał się coraz bardziej, a na to właśnie wyczekiwał gangster. Idealnie wyczuwając moment jego prawa pięść poderwała się w ułamku sekundy do działania.
Momiji wesoło pomachał dłonią do olbrzyma.
Zdając się nie zważać na widoczne na twarzy oponenta zaskoczenie, z całkowitym spokojem odwrócił się ku wnęce, splatając ręce na plecach. Pozostawiony samemu sobie gigant stał jeszcze chwilę bez ruchu, wystękując dziwaczne kombinacje głosek. Znaczy – rozmyślał.
- Czego ty chcieć od brata? – przy wtórze imponująco składnego jak na ćwierćinteligenta wrzasku, pięść wielkości bochna chleba ruszyła w kierunku człowieczka. Znaczy, coś jednak wymyślił.
Tuż po tym waligóra ponownie rozpoczął swój bełkotliwy monolog. Nie rozumiał. W jakiż to sposób, wydawałoby się skazany na zagładę, Tekkey uniknął rozsmarowania po wiśniowych kafelkach. Mało tego, to splamione krwią ofiar łapsko zielonookiego promieniowało bólem, zupełnie jakby uderzył niewidzialną ścianę, a nie wątłe ciało. Czemu dotąd niezawodna pieść zdradziła pokładane w niej zaufanie. Oraz powodu, dla którego ten dziwny człowiek miło się uśmiecha, jakby nic się nie stało. Wielkolud niczego nie rozumiał. Ale, że wszystkie te wątpliwości zaczynały przyprawiać go już o migrenę, zrezygnował z dociekań. Sięgając po jedyne metodę interakcji z otoczeniem, jaka oszczędzała mu psychicznych cierpień. Zaatakował ponownie. Tym razem, nim napłynęła fala boleści, zdołał dostrzec lekki rozbłysk błękitnego światła w momencie zderzenia. Ale nadal nie rozumiał. Oczy wielkiego dziecka zaszkliły się łzami.
Nie zważając na głośne użalania przeciwnika Momiji sięgnął w głąb szkatułki, gdzie na aksamicie powinien spoczywać klejnot. Jego klejnot. Zaciskającą się, jak gdyby w daremnej próbie uchwycenia wspomnienia zaginionego artefaktu, dłoń gangstera wypełniła nieziemska jasność. Obrysowująca ciemny kontur jego pleców jaskrawa, biała poświata raziła szmaragdowe oczy skulonego olbrzyma. Po nieznośnie długiej chwili blask znikł.
- Czy wiesz, co zostało tu ukryte? – przerywając milczenie spytał Unkai, a głos jego dźwięczał groźbą.
- Cudny kamyk – niepewnie wymamrotał w odpowiedzi łysol.
W energicznym półpiruecie zwracając się ku rozmówcy Tekkey zatrzasnął również wieko skrytki. Niegustowny obraz powrócił na swoje miejsce na ścianie. Zęby niskiego mężczyzny błysnęły w okrutnym uśmiechu.
- Teraz Ja jestem równie cudowny, rozumiesz? – Upiorna czerwień rozjarzyła oczy gangstera.
Głąb wzdrygnął się, uderzając głową o niskie sklepienie. Z bezradną bojaźnią musiał patrzeć na kolejne dziwaczne gesty wykonywane przez dręczyciela. Na ideę ucieczki tytan intelektu jeszcze nie wpadł. Jednak trzeba mu przyznać, że zdołał zdusić okrzyk zaskoczenia, gdy oponenta otoczyły płomienie. Za bogiem śmierci, wyrysowany ręką nieznanego mistrza, namalowany ogień tańczył wokół pogrążonej w modlitwie postaci. Po raz pierwszy od naprawdę dawna wielkolud poczuł na gardle zimny ucisk bogobojnego strachu.
W panicznej ucieczce przez jęzorem ognia, niczym wierny pies podążającym za nim niskim korytarzykiem, wielkolud podciągnął się ku wyjściu z piwniczki - długimi rękoma chwytając się krawędzi otworu. Choć udało mu się uniknąć poparzenia, obolałe dłonie raz jeszcze zawiodły. Mężczyzna spadł, lądując tuż przed Momijim. Ironia losu - potężnie zbudowany drab usiłujący wcisnąć się w kąt w obawie przed wyglądającym przy nim jak chuchro i znacznie niższym człowieczkiem.
- Dlaczego się boisz? – Unkai nachylił się nad wielkim cielskiem, lekkim dotykiem uśmierzając ból wyciągniętych w obronnym geście dłoni olbrzyma.
- Dla tych, którzy za mną podążają, nie ma strachu. Nie ma cierpienia. – Ganster zapraszającym gestem ukazał trzymany inicjacyjny naszyjnik Czterech Zębów, zapewne należący uprzednio do któregoś martwej trójki. – Chciałbyś do mnie dołączyć?
Z widocznym wahaniem gigant przyjął dar. Ręce znowu nie bolały. Uśmiechnął się, tym głupawym uśmiechem ludzi naprawdę zdolnych celebrować drobne przyjemności.
- Czy nie byłoby dobrze, aby i twój brat do nas przystał? Gdzie go znajdę? – zagadnął neofitę Momiji, z szatańskim błyskiem w bezlitosnych oczach.
*Wpis obfituje w mnogie Kidou wszelkiego rodzaju. Bez wyszczególnionych inkantacji i nazw, które niewątpliwie padać muszą - choćby szeptem. Bowiem Iluzjonista nie zdradza tajemnic swoich sztuczek. ;P
_________________

 
 
Pit 
Ookami

Karta Postaci
Reiatsu: 1593
Postać: Miyamoto Hizashi-kun
Wysłany: 2010-06-27, 17:49   

Przenikliwość sędziwego mędrca zaszokowała Hizashiego.
"Masz zamiar być kapitanem?" - to pytanie uderzyło z siłą huraganu. Miyamoto wciąż nie do końca radził sobie z panowaniem nad drugą częścią swej duszy. Miał spore wątpliwości, czy poradziłby sobie z taką ważną funkcją, jaką było dowodzenie oddziałem. Raz już próbował, skończyło się tragicznie - dezercja, piętno zdrajcy, porzucenie swoich pobratymców.
- Ja... nie wiem - wykrztusił z trudem. Starzec popatrzył na niego. Było to bardzo głębokie spojrzenie, jakby ten człowiek przenikał duszę. Uśmiechnął się i rzekł spokojnie:
- Ty nie, ale twoje serce wie doskonale!
Nie było sensu ukrywać tajemnic.
- Kiedyś miałem swój... oddział. Zawiodłem ich, niemal sprowadzając nań klęskę. Jak mógłbym być kapitanem?
- Skoro już raz byłeś, możesz być ponownie - odparł bez chwili zwątpienia. Bóg Śmierci podniósł głowę, wsłuchując się uważnie w monolog ducha:
-Kapitanem się nie rodzi, kapitanem zostajemy z naszego własnego wyboru. Jeżeli martwisz się o to, co się stać musi, to czemu nie pchnąć kolei losu, aby zakończyć intrygę i po niej zacząć nowe życie?
- Nowe... życie? - Hizashiego zamurowało. Wszystkie jego smutki wydawały się znikać.
- Koleje losu są przewrotne. Nigdy nie wiesz, czy to ty jesteś zdrajcą, czy może inni porzucili ciebie dla zdrady.
Znów ten "los". Przez długi czas to on wydawał się kierować losem samotnego wojownika. To przez niego, Pit skończył z zabandażowaną częścią twarzą... czyżby więc teraz rzeczywiście wszystko miało się odmienić?
- Przez twoje słowa przemawia wielka mądrość - rzekł uroczystym tonem, ale szybko też dodał - tylko, że ja wciąż mam wątpliwości. Czy to normalne dla żołnierza, by się wahać?
- Ja nigdy nie miałem z tym problemów. Chłopcze, jak byłem młody byłem zbyt dumny i butny, by poddawać się jakimkolwiek złym myślom. Nie rozważałem czy walczę po dobrej stronie. Po prostu stałem z mieczem w dłoni i atakowałem wrogów, dopóki ostatni z nich nie poległ.
Walka do ostatniej kropli krwi. Tak, pamiętał to. Tam, w ciemnym wąwozie Hueco Mundo, na moście śmierci, w "klatce potępionych". Liczyła się tylko walka. Shinigami, jego przewodnik i towarzysz u boku. Nieskrępowane niczym piękno walki. Jakby dopełniając tego obrazu, mędrzec ciągnął dalej.
- ...Teraz również bym nie miał. Przecież tu gdzie jestem, są moi przyjaciele. Nie jest ważne to, o co walczysz, tylko dla kogo. Ja walczę razem z moją rodziną, moimi przyjaciółmi przeciwko wrogom. Niby trywialne, ale właśnie od tego zaczyna się wojna i zniszczenia na wielką skalę. Od spraw małych. Także nie wahaj się. Zrób co uważasz za stosowne. Ratuj przyjaciół. A niech każda zła decyzja, zamieni się w dobrą. Dasz sobie radę.
"Przyjaciele" - Miyamoto dawno nie słyszał tego słowa. Wydawało się nawet, że dawno już je zapomniał, że zniknęło gdzieś w odmętach pamięci. Lekki uśmiech ozdobił jego twarz.
- To prawda! Prawie już zapomniałem kim jestem i po co żyję. Tyle tylko, że w tej chwili jestem "wojownikiem znikąd". Muszę sobie zaskarbić zaufanie tych narwańców - tu skierował wzrok w stronę wojaków, toczących właśnie bój o jakiś smaczny kąsek - W Dywizji było sporo czasu. Byłem tam od początku jakimś autorytetem, mogłem poznać swoich podwładnych. A ci tutaj są mi kompletnie nieznani. Myślisz, że mógłbym ich... zjednoczyć?
Świetlisty matuzalem podrapał się po brodzie. Wyglądało na to, że zna perfekcyjną odpowiedź, ale musi ją ubrać w dobre słowa. W końcu podniósł palec wskazujący do góry, jakby wpadł na jakiś pomysł.
- Teraz mnie posłuchaj, młody wojowniku - zaczął - martwisz się przyszłością. Jednością jesteśmy wszyscy po śmierci, płynącymi w strumieniu życia. Teraz jesteśmy tylko kawałkami układanki. Jeżeli nie pasujesz do reszty, to znaczy, że pasujesz gdzie indziej. W dzisiejszych czasach potrzebni są tacy jak ty, wojownicy bez imienia, którzy z dnia na dzień stają się bohaterami.
- Klejnot - wypalił młodzik. Jego rozmówca ponownie się uśmiechnął i wygłosił jedno z bardziej podniosłych zdań, jakie w swoim życiu usłyszał Miyamoto:
- Jak zdobędziemy ten klejnot, staniesz się sławny, a twoje imię pozostanie na długie wieki, utrwalone w księgach Wielkiej Biblioteki Seireitei!
Jak to możliwe, że parę zdań ducha, żyjącego przed wiekami, mogło tak zmotywować Hizashiego? Teraz wypełniał się pozytywną energią, serce biło mocniej. Wyciągnął swój miecz i popatrzył nań ze wszystkich stron. Zakrzywione ostrze, bogato zdobiona rękojeść. Nawet w swej zapieczętowanej formie Itsukaze prezentowało się wspaniale.
- To jest moja broń, moja przewodniczka. Część duszy, która we mnie pozostała. I wierz mi, mędrcze, że nie poddam się. Jeśli będę musiał, odmienię swój los!
Nic nie jest przesądzone...
-
 
 
» Kuyicha Lee 

assasyn


Karta Postaci
Reiatsu: 543,5
Wysłany: 2010-06-27, 18:16   

„Klik. Ja mu dam cenzura klik - pomyślał zdenerwowany Lee i uderzył pięścią w ścianę. Znowu nic. – Z czego są te cholerstwa?”
Kolejny raz tego dnia wpadł w nieciekawą sytuację. Usiadł w rogu małego „pokoiku” jaki teraz powstał i zaczął rozmyślać nad sytuacją. Światła nie starczy mu na długo, a nie wiadomo jak z powietrzem. Opukał więc wszystkie ściany i podłogę. Tam gdzie jest pułapka, zawsze znajduje się jakiś mechanizm ją zwalniający na wypadek gdyby niewłaściwa osoba w nią wpadła. Niestety poszukiwania nie zdały się na wiele. Znalazł jedynie kilka otworów, dokładnie to pięć ale mogłyby być wszystkim. Od otworów wentylacyjnych po żłobienia wydrążone przez czas. W głowie miał pustkę. Znowu usiadł w tym samym rogu i obrócił paliczek w palcach. Jego myśli błądziły luźno wokół Mikomi. Co teraz robi? Czy ćwiczy zgodnie z jego zaleceniami? Była dla niego jak światełko pocieszenia w tej sytuacji. Wtedy to usłyszał kolejne ciche kliknięcie.
„ Salvatore, ko… - pomyślał impulsywnie, uważając że to ściany się unoszą. Jednak w ostatnim blasku pochodni zauważył, że zaczęły się zbliżać do siebie. – Wróć. Salvatore, nienawidzę Cię!”
Wstał błyskawicznie. Adrenalina zapulsowała mu w żyłach, kiedy ściana przybliżyła się do jego pleców.
- Pierdolić zasady BHP! – krzyknął i natarł na przeciwległą ścianę. Znowu nic. –Meruto Bakufu! Mizu Hensel! Bo!
W jego rekach pojawił się długi kij bo. Wystawił go do góry, tak żeby zablokował ściany. Da mu to chwilę czasu na namyślenie się. Spojrzał w stronę otworów. To jego jedyna szansa. Wymacał wszystkie pięć i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że układają się w charakterystyczny sposób. Jak na kostce do gry. Dlaczego wcześniej tego nie zauważył? Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Obawiał się dalszych pułapek. Kurczący się czas powodował brak ostrożności. Stworzył na rękach grube rękawice z lodu i skupił się na nich, gotowy użyć swoich umiejętności kiedy tylko poczuje zagrożenie. Włożył ręce do pierwszej z brzegu. Pusta. Druga u góry. Znalazł jakąś dźwignię. Pociągnął za nią i w ostatniej chwili wyjął rękę. Mechanizm zapadkowy. Prawie zmiażdżyło mu dłoń, która krwawiła teraz delikatnie. Kij nie wytrzymał nacisku i pękł z trzaskiem. Ściany znowu ruszyły. Dwa dolne. Znowu jakieś dziwne pułapki, ale tym razem był szybszy i skończył bez urazu. Wziął głęboki wdech. Została ostatnia dziura, środkowa. Jeżeli to nie pomoże, to nie wiedział co. Włożył rękę… ale nic nie poczuł. Jedynie podmuch powietrza. Miał za krótkie ramie. Niemal czuł już ściany przy sobie. Na dłoni pojawił mu się zaczep, który wydłużył się, aż nie uderzył o coś, zapewne drugą stronę dziury. Pomacał trochę w środku. Znowu jakaś dźwignia, ale szła opornie. Teraz na pewno ściany opierały się o niego i zaczynały go powoli ściskać. Ostatnim wysiłkiem szarpnął i poczuł ból w stawach. Pułapka się zatrzymała. Odetchnął z ulgą i wyjął obolałą rękę.
- Klik
„ Do cholery, co znowu” przemknęło mu szybko przez myśl.
_________________
Nec Hercules contra plures- i herkules dupa kiedy ludu kupa

Miłość to nie patrzenie w siebie a patrzenie w tym samym kierunku ;*
 
 
 
» Matheo 

Ni Bantai Taichou


Karta Postaci
Reiatsu: 1223
Postać: Matheo Keitou
Wysłany: 2010-06-28, 14:01   

Białowłosym targały różne uczucia. Żal po mordzie na swoich podopiecznych mieszał się z furią na tajemniczego oprawce. Na domiar złego był otoczony przez sześć kościanych kreatur. Nie miał sekundy odpoczynku. Musiał wymyślić wyjście z tej patowej sytuacji. Ciemności otaczały go z każdej strony, a nikły blask odpieczętowanego Shiro Hinote nie dawał Dorego źródła światła. Mógł aktywować ban-kai, jednak zdradzanie atutów swojego ostrza nieznanemu przeciwnikowi byłoby zupełnie nielogiczne. Nagle na wprost niego rozległ się chrzęst kości. Nie czekając wymierzył działo ciśnieniowe przed siebie i uwolnił silny podmuch wiatru. Dwa odgłosy łupnięcia o ścianę dobiegły jego uszu Nie czekał. Natychmiast wystartował do przodu. Nikłe światło shi-kai oświetliło dwie postacie szkieletów wbitych w ścianę. Keitou błyskawicznym uderzeniem ostrzy rozłupał niegodnych przeciwników. Kościeje rozpadły się. Białowłosy wytężył słuch. Kolejna kreatura nadchodziła z lewej stron. Pocisk energetyczny z działa błyskawicznie dotarł do źródła hałasu. Nastąpił błysk, potem huk. Matheo nawet nie sprawdzał, z kolejnego szkieletu nic nie zostało. Pozostałem trzy szkielety otoczyły białowłosego. Słyszał jak ich kości chrzęszczą, gdy Kościej krążyły wokół niego niczym sępy nad padliną. Ostrza ewoluowały w płonące łańcuchy. Wszystko działo się w ułamku sekund. Białowłosy zaczął wirować a wraz z nim ogniste bicze. Sił uderzeń łańcuchów była monstrualna. Ostatnie kreatury rozpadły się. W Sali zamigotało blade światło ukazując makabrę jaka odegrała się w tym miejscu. Nikt poza kapitanem nie przeżył.
- pokaż się tchórzu!
_________________
LA FURIA ROJA
 
 
 
» Dreod 


Karta Postaci
Wysłany: 2010-06-28, 23:15   

Zabandażowany uśmiechnął się po usłyszeniu zagadek. Sięgał już do kieszeni, gdy przypomniał sobie że stracił pióro. Zaklął cicho, kręcąc głową.
- Nieistotne. Bez zapisu... też możliwe. Tak. - mruknął, krążąc po pomieszczeniu.
- Zobaczmy. Pierwsza zagadka jest niemal identyczna z kilkoma innymi, na które odpowiedzią jest oczywiście... cisza.
Bez wahania wpisał odpowiedź.
- Następnie... tak, ta jest już trudniejsza. Cóż może... nie, to nie to... - szeptał Varraga, co chwilę zatrzymując się – Głos jest oczywiście odpowiedzią nieprawidłową, choć nasuwającą się przy drugiej części... jeśli nie głos więc, to może... - rzucił okiem na panel i rzędy niezrozumiałych symboli - ...język? Tak, tak... znaczenia... oczywiście. Karą za kłamstwo może być odcięcie języka... niemy może nie mówić z powodu jego braku... nawet światła osoba może nie rozumieć danego języka... a zasięgając go, to jest pytając się – o drogę, może – nawet „ciemny” może funkcjonować, to jest, jasne staje się... może zbyt skomplikowane. Ale ma sens. - Salvatore wpisał odpowiedź, na głos wypowiadając swoje przemyślenia. Kiwnął głową.
- Dobrze więc. Ostatnia. Tu dosłowność nie ma sensu... może więc... nie. - pokręcił głową – Nie. Doszukiwanie się innych znaczeń również nic nie da. - westchnął, opierając się o ścianę.
- Las. Początek... nie. Przód lasu, tak? Las... przód. Być może... nie. Nie dosłownie. Nie do...słownie. - zmumifikowany kreślił w powietrzu słowa, jakby na tablicy.
- Las. Przód lasu. L? Ma swój początek. Więc L. Może. Błyszczący sen? Później... zaprzeczenie. Nie? Nie. Tak, nie. Po, więc na koniec. Także L...nie? Znów, sen. Błyszczący. Dlaczego? Nieważne. Dalej. Sen, zatem. Sen. Nie. We śnie. Śnie. L...śnie...nie? Lśnienie? Być może. Pasuje do błyszczącego... ale czy to tylko to? Może coś innego. - oficer Kyuu podrapał się po bandażach. Zamilkł. Przez dłuższą chwilę – zbyt długą, być może – wpatrywał się tylko w falujący lekko ekran. Westchnął w końcu ciężko, podchodząc do pulpitu.
- Być może źle... nie ma jednak czasu. Tak. Lśnienie, więc. Zobaczmy.
Dłoń mumii zamarła. Choć gogle skrywały jego oczy, a bandaże okrywały twarz, jasnym było że się waha. Po chwili jednak, mamrocząc pod nosem, wpisał trzecią odpowiedź.
Cisza, język, lśnienie.
_________________
"Innocentia Nihil Probat."
 
 
 
» Bub 


Wysłany: 2010-06-29, 16:45   

Boski pałaszował danie gospodarza i zmagał się ze swoimi szczękami, które w każdej chwili mogły wypuścić rybkę z uwięzi. To przypomniało Bubowi o tym, że już wcześniej chciał zadać mu pewne fundamentalne pytanie:
- Boski, ale skąd oni, u licha, mają tu bazylię?
- Nie łiem, ale to jeft dobłe - odparł elokwentnie.
- Z kim ja pracuje... - zmartwił się na to Bub. - Rusz się, przyjacielu, będziesz mi potrzebny.
Miał wcześniej trochę czasu, żeby pomyśleć, ale jakoś nie szło mu to zbyt imponująco. Niby miał planować, wymyślać zarządzenia, ustalać strategię, ale jeszcze jakoś nie bardzo wiedział, z której strony to wszystko ugryźć. I tak mu minął ten czas roztrząsań, zupełnie bezproduktywnie, jak się okazało. Bo gdy tylko wstał i ogarnął spojrzeniem starożytną, lodową jamę, a w niej siwego króla tego przybytku, samotnego Sida, a na samym końcu swoją nieokrzesaną bandę, umysł mu się zablokował. Gdy wstał, cały czar owego planowania prysnął; owo powstanie, ta pozornie mało ważna i błaha czynność sprawiła, że nagle znalazł się w innym wymiarze (cały metr w górę i pięć sekund dalej na siatce czasoprzestrzeni), w którym pamięć o planowaniu i zarządzaniu sprzed chwili już nie istniała. Wstał, a potem zostało mu tylko patrzenie, to go jeszcze ratowało - to znaczy patrzeć jeszcze mógł, Forma kapitana tego nie zabraniała (ba, mógł nawet wyglądać wcale majestatycznie) - lecz co dalej?
Ok, trzeba się wziąć do kupy. Zebrać myśli. Co ja to mu...no właśnie...
- ...No właśnie, będziesz mi potrzebny. Jak już mówiłem. Boski, podaj mi ten notatnik.
Boski obejrzał się za siebie zgodnie z kierunkiem gestu Buba, dostrzegł to co miał dostrzec i podał. Na szczęście nie był człowiekiem, który miał w zwyczaju kwestionować polecenia. Nie mieściło się to w jego altruistycznej wizji świata.
- Dzięki Boski. Niech spojrzę...
Bądź ostry. Wymagaj. Decyduj. Jesteś już na lekkim plusie, utrzymaj się na fali wznoszącej. Bo inaczej... może być nieciekawie. Niedobrze.
Hasekura wyciągnął swoje wieczne pióro, zamalował notatkę grubą warstwą czarnego atramentu tak, że żaden ślad po niej nie został. Pod spodem napisał za to: Intuicja ozdobą mądrości. Schował pamiętnik do wewnętrznej kieszeni skórzanego płaszcza. Myślał przez chwilę, czy nie dobrym pomysłem byłoby małe forum konsultacyjne w dowodzonej przez niego grupie, lecz szybko uznał taki twór za co najmniej nieprzystający do warunków. Nie po to się wybiera wodza, żeby ten zawracał sobie głowę czyimś zdaniem (intuicja). Tym bardziej, gdy zdanie to pomnożone miało zostać przez szesnaście tępych łbów, a potem spotęgowane ilością podawanych przez nie sprzecznych możliwości rozwiązania kwestii lodowych buntowników i odzyskania magicznego kamienia.
Toin po raz kolejny sięgnął po swój notes. Tym razem, oddając hołd kaligrafii, zanotował: Rozwaga dopomaga. Nie był zadowolony z tego zdania, brzmiało trochę infantylnie, ale cenił je sobie za prostotę i jasność przekazu. Przyszło mu do głowy, że prawdopodobnie u jakiejś części podkomendnych to całe notowanie musi wzbudzać szacunek, natomiast u innej uśmiech politowania.
W końcu stwierdził, że na razie starczy tej pisaniny, że należałoby teraz na dobre stać się ciałem wykonawczym i podjąć dalszy trud ugruntowywania swojej pozycji. A zatem - należało zacząć rządzić. Ale nie tak od razu, jak się okazało. To nie takie proste. Stojąca do tej pory na uboczu postać prześliznęła się między pozostałymi Bogami Śmierci i zwróciła się do Toina konfidencjonalnie.
- Szefie, ale co z tym ciężkim, tam z tyłu? - był to Jou, młodzieniec o chytrych oczach i z kolekcją wspaniałych blizn na twarzy, świadczących o jego ciężkiej przeszłości. - Nie będzie nam przeszkadzał?
- Nie, to byłoby nierozsądne z jego strony. - odparł Bub, uśmiechając się lekko. - Będąc na jego miejscu wolałbym się z nami polubić.
- Szefie, chyba nie wiesz co mówisz - szeptał, dość drapieżnie, Jou. - Oni mają jeszcze bardziej nasrane na punkcie honoru niż my... Trzeba to skończyć od razu! Spójrz na niego, biedaczysko już zamyka się w sobie. Tak naprawdę Juu-Ichi Bantai to bardzo wrażliwe duszyczki i nie możemy-
- DZIĘKUJĘ Jou. - Bub w ten sposób nie pozwolił dokończyć. Bał się narastających antagonizmów, bał się szału butnych i pozostawionych sobie młokosów. Sid, jako ten bardziej doświadczony, mimo wszystko był mu potrzebny; należało zachować z nim dobre stosunki. Choćby po to, żeby wyjść z twarzą z tej śmiesznej wyprawy. - Dziękuję za te cenne i życiowe spostrzeżenia. W nagrodę możesz napić się jeszcze wina.
- Hasekura! Nie lekceważ mnie!
- Ja cię wcale nie lekceważę, Jou. - odpowiedział stanowczo Toin, po czym zwrócił się do reszty, tworzącej w tej chwili kilka zamkniętych grupek. - A teraz posłuchajcie chwilę, koledzy. Koledzy!
Nikt jednak nie zwracał uwagi na nawoływanie ich przywódcy. Trudno się dziwić, wszak było ono jedynie cichym akcentem wśród gwaru podnieconych głosów, roztrząsających minione i przyszłe wydarzenia. Na szczęście u boku wciąż stał Boski. Miał on coraz bardzie zafrasowaną minę, a w jego oczach widać było coraz większe współczucie dla Toina. Nie godził się na takie porządki. Gdy nabierał powietrza do ust, a policzki zaczynały rumienić się coraz intensywniej, Bub już wiedział, że będzie ciekawie.
- DO CHUJA PANA! - głos, może nie przesadnie niski, ale całkiem donośny, wypełnił lodową pieczarę, wykorzystując jej płaskie ściany do zwiększenia swojej potęgi. - Szef teraz będzie mówił! Jeśli łaska!
- Dziękuję Boski - powiedział Toin. Patrzył teraz na piętnaście zdziwionych oblicz, którym owo zdziwienie odjęło po parę dobrych lat i upodobniło do bandy niesfornych dzieciaków. - Dziękuję i wam, koledzy, że w końcu nawiązaliśmy nić porozumienia. - Bub odchrząknął. Był dobrej myśli, ponieważ miał długi zarost, a to dodawało mu powagi. - Nie będę mówił zbyt długo. Chcę tylko, żeby każdy znał swoje miejsce. Gdy przyjdzie nam walczyć, nie będzie zbyt dużo czasu na konsultacje; organizacja z całą pewnością okaże się najważniejsza. Podzielimy się na trzy oddziały.
Bub poprosił o wystąpienie tych, którzy poza machaniem zanpakutou wyróżniali się także w walce wręcz. Było ich siedmiu, nie licząc Toina. Dowodzenie nad tym odziałem przejął Boski. Miał wielkie serce i wiele odwagi. Z pewnością nie porwie swoich ludzi na pewną śmierć, ale nie braknie mu animuszu by dokonać spektakularnej szarży. W tych ciasnych korytarzach z pewnością przyda się jego nieustępliwość. Oni pójdą pierwsi.
Później wystąpili szybkonodzy. Było ich czterech. Niezbyt wielki to odział wsparcia, jednak być może niezastąpiony. To oni będą przenosić rannych, ratować skórę przyciśniętym kompanom i odpowiadać za komunikację między kapitanem Hasekurą a resztą oddziałów. Jou przejmie dowodzenie w tej grupie. Z natury chytry i przebiegły będzie tak dysponował swoimi ludźmi, aby ich działalność w strefie walki była jak najbardziej efektywna. Oni wyruszą za pierwszym odziałem.
Ostatnia grupa to domorośli magicy. Będą tworzyć swoistą gwardię Toina. Kluczowym zadaniem będzie wsparcie kompanów z dystansu. Toin, obserwując akcję z daleka, będzie wydawał im rozkazy osobiście. Jeśli będzie to konieczne, pójdą w bój w sam środek starcia. Później, gdy zorientują się, że ich magiczne umiejętności zostały zablokowane, okaże się to ich jedynym wyjściem. Oni będą kroczyć ostatni.
Gdy wszystko zostało powiedziane (Bub na koniec poważył się nawet na krótką tyradę zagrzewającą do boju; podobał mu się sposób w jaki patrzyli na niego podwładni), Boski, trochę zamyślony, zapytał:
- A z tym? - wskazał na Hizashiego rozmawiającego z królem Akuari. - A co z tym... figurantem? Nie ufam mu...
- Daj spokój. Jeszcze zobaczymy, co z nim.
 
 
 
» Grochu 
Rosomak


Karta Postaci
Reiatsu: 585
Postać: Sid Hiragashi
Wysłany: 2010-06-30, 11:17   

Cała zaistniała sytuacja wydawała się być dość prosta i dziwna zarazem. Z jednej strony podobnych misji było już dziesiątki, jeśli nie setki. Z drugiej, Sid kolejny raz pokpił sprawę. Jak mógł nie wiedzieć kogo bierze na zastępcę? Brakuje tylko tego, aby członek klanu Miyamoto okazał się zdrajcą. Na nich nigdy nie można liczyć. Pytanie czy można liczyć na Sida? Która to już wpadka organizacyjna? Niedługo sam zgubi rachubę. Podniósł powoli kielich z winem i pociągnął z niego solidny łyk. Nie cenzura, tak dalej być nie mogło. Co by nie było, członkowie drużyny znacznie ustępowali mu doświadczeniem. Jeśli chce się coś udowodnić, to teraz. Ponadto bez konkretnego dowódcy mogą szybko zginąć. W zasadzie nawet dokładnie nie wiadomo gdzie są i w co się pakują. Oczywiście przywództwo ciężkozbrojnego mogło zostać z oczywistych względów podważone. Użycie siły tylko pogorszyłoby sprawę. Należało spróbować drogi nieco bardziej dyplomatycznej. Czym prędzej dokończył opróżnianie kielich z winem i stanął przed resztą towarzyszy, z których większość również zdążyła się posilić.

- Wszyscy gotowi? Za trzy minuty wyruszamy. Od teraz, niech nikt pod żadnym pozorem się nie oddala. Jeśli ktoś zaobserwuje coś wartego uwagi, bądź niepokojącego niech natychmiast zgłosi to do mnie. Żadnych akcji na własną rękę. Nie wiemy na dobrą sprawę gdzie jesteśmy i co może nas spotkać, więc koordynacja i współpraca może być kluczowa dla powodzenia misji. Jakieś pytania? – Starał się być jednocześnie stanowczy, ale otwarcie nastawiony. Wiedział, że jeśli mają wykonać zadanie grupa musi być zgrana i nie może być w niej żadnych tarć, choćby z tytułu braku akceptacji lidera. Teraz każdy miał chwile, aby wygłosić uwagi.
_________________
Hate me now.
Netykieta Fan
 
 
 
» Zero 

Great Student Cebula


Reiatsu: i tak mam większego od Was
Postać: Kamiiru Tagawa, lat 22, kawaler
Wysłany: 2010-07-05, 22:22   

Wody wodospadu wpadały w ciemność, przez którą Zero na próżno starał się przejrzeć i dostrzec dno. Pojedyncze kropelki skapywały na krucze gniazdo na łbie Bożka i osiadały tam niczym rosa w mglisty poranek. Mimo pewnej podpórki z magicznej energii pod stopami, czuł dłoń to ściskającą jego trzewia, to tarmoszącą je bezlitośnie. Starał się nie patrzeć pod nogi, żeby nie potęgować swojego nieznacznego lęku wysokości. Postanowił pomyśleć, mimo że efekty uboczne przy ostatnim razie nieprzyjemnie go zaskoczyły. Analiza sytuacji zabrała krótką chwile, lecz wydała soczyste owoce.
- Wracanie się do punktu wyjścia nie ma sensu – ukierunkował uwagę na światło nad sobą - – Stracę tylko jeszcze więcej czasu – tym razem zwrócił wzrok na tam skąd przyszedł, drapiąc się przy tym po brodzie – Jeśli zaś będę poruszał się wzdłuż wodospadu, dotrę do źródła. A tam siłą rzeczy musi coś być. Ha! – klasnął w dłonie – Zaskakujesz, Tagawa! Tylko, hm...
Na chwilę zamilkł. Dało się tylko słyszeć miarowy szum spadających wód, oraz wiatr wyjący w jakimś ślepym zaułku, skąd desperacko próbował się wydostać. Mężczyzna przyjął pozycję kwiatu lotosu i zamknął powieki. Dłonią wyszukał chłodną tsubę swej katany... nie, ciepłą? Odruchowo, wsadził dłoń w spodnie. Skarcił się jednak natychmiast, nie pora na żarty. Dotknął właściwego miecza. Powinien poczuć delikatne ukłucie wychodzące od koniuszków palców, rozchodzące się ciepłym prądem po całym ciele. No właśnie, powinien, a nic takiego się nie stało. Ten prąd oznaczałby zaproszenie istoty z wewnętrznego świata Zabójcy Dusz, coś jak dłoń wyciągnięta na początek rozmowy. Świt z pewnością się nie obraził i nie zwykł odrzucać dialogu, skąd więc ta zimna reakcja, a raczej jej brak? Umysł miał czysty i wyzbył się zboczonych myśli (aczkolwiek za pierwszym razem po 3 sekundach musiał zaczynać od nowa)– co było podstawą kontaktu. Robił to za dużo rady, żeby popełnić gdzieś błąd.
- Czemu milczysz, przyjacielu? - udało mu się zrobić poważną, prawie inteligentną minę – - Odkąd tylko tu weszliśmy nie czuje twojej obecności. Coś cię blokuje? Sekki? Jakaś bariera? Magia? Coś innego?
Nie znalazł odpowiedzi na żadne ze swoich pytań. Pstryknął palcami, a przed nim pojawił się purpurowy, tańczący ognik.
- Kidou działa bez zarzutów, więc to nie Sekki. Zresztą, gdyby to było Sekki nie stworzyłbym podkładki... No nic, dobre i to.
Nagle Kamiiru doznał oświecenia, aż podskoczył i niemal nie spadł z kładki.
- Co za kretyn ze mnie! Przecież mam Wścibściucha!
Wyjątkowo głupia nazwa (o ile nie wiedziało się, do czego jest wykorzystywane) dotyczyła przedmiotu wyciągniętego spod pazuchy. Było to na pierwszy rzut oka... oko. Porucznik ścisnął gałkę przelewając nań swoją energię, a kiedy otworzył dłoń to natychmiast zaczęło ciekawsko rozglądać się wokół, oraz nieco za impulsywnie. Na dodatek unosiło się w powietrzu. Magik miał tak zadowoloną minę, jakby przed chwilą rozwiązał test na inteligencję, i tym razem nie okazało się, że jest drzewem.
Uruchomił coś w rodzaju magicznego artefaktu. Fachowej nazwy nie pamiętał, prawdę mówiąc niemal zapomniał o ustrojstwie. Szczęśliwie przypomniał sobie w odpowiednim momencie, bo miał okazać się asem z rękawa. Po napełnieniu oka energią uzyskiwało się zdolność widzenia astralnego. Czyli zdolność widzenia „trzecim okiem”, wszędzie tak, gdzie tylko pojawi się Wścibściuch. Był to jedyny przedmiot wylicytowany przez Zera w domu aukcyjnym, już dosyć dawno temu. Nigdy nie użył go podczas oficjalnej misji i pewnie dlatego nie miał go w papierach, jak inni posiadający artefakty. To był zupełny przypadek, ze sam sobie o nim przypomniał. Ostatni raz użył go podczas nieudanego „rutynowego przeglądu nowych tyłeczków z akademii” w jednych z wielu gorących źródeł. Akcja zakończyła się fiaskiem, ponieważ jakiś młokos podał namiary na łaźnie 11 dywizji. Skończyło się to tak, że coś połknęło Wścibściucha, a zboczeńcy uciekli z krzykiem. To, co zobaczył potem Zero w swojej głowie zakończyło się wielomiesięczną traumą i było gorsze, O WIELE gorsze niż słynny filmik „2 dziewczyny i 1 kubeczek”.
- Uh – zatkał usta ręką – Nie wiem co mnie podkusiło, żeby to nagrać... pójdę za to do piekła.
Machnął wierzchem dłoni jak pan pozwalający odejść major dowusowi, a Wścibściuch posłusznie poleciał wykonać zadanie zwiadu. Teraz pozostało już tylko jedno do zrobienia.
Tagawa zawsze trzymał to w kieszeni było niemal równie ważne dla niego, jak wacek, czy katana. Mowa o Magicznym Wizualizatorze, tudzież Pędzlu Demonicznych Mistrzów, zwanym także flamastrem. Z jego pomocą nakreślił na swoich dłoniach czarne znaki, a następnie w paru ruchach kwadrat w powietrzu, w którym rysował z łatwością niczym na płótnie. Włożył dłonie w jego wnętrze. Przez cały czas szeptał inkantacje, by na końcu wykrzyknąć:
- Bakudo numer 77: Niebiańskie riksze na jedwabistym powietrzu.
Nazwa zaklęcia była tak debilna, że nawet Tagawa lekko się skrzywiał wypowiadając ten urok. Ostatni raz użył go podczas incydentu z Żartami, by ostrzec swoich towarzyszy przed pułapką. Raczej nie specjalnie się wtedy do czegoś przysłużyło, bo nie spodziewał się przecież, że wszyscy grzecznie przerwą przygodę i pójdą do domu posprzątać w pokoju. Tym razem jednak pomysł wydawał się strzałem w dziesiątkę. Zerowy pyszczek rozrywał szeroki uśmiech podziwu dla samego siebie.
- Dla sympatycznej panny Azusy z dywizji trzeciej od sympatycznego, niewątpliwie pana Tagawy – powiedział nosowym tonem.
Pozwolił, by jego głos popłynął i odnalazł się w umysłach towarzyszy. Nie poczuł wprawdzie jeszcze kontaktu zwrotnego, co wytłumaczył dziwnymi anomaliami w świątyni. A jednak nie, zatrzymał się nim zdążył przedstawić swoją sytuację i wytężył zmysły. Coś starało się do niego dotrzeć. Zagłuszenia jednak powodowały, że słyszał tylko urywki zdań.
- Złapali nas...
- … sukinsyny...
- … panie poruczniku, to-
Tyle mu wystarczyło. Przekazał tylko jeszcze jedno, nim urwał połączenie.
- Zostawcie mi włączone światło, żebym się nie zgubił na korytarzu.
Miał nadzieję, że zrozumieją aluzję.
Ponownie krótka analiza. Jeśli zostali skrępowani, to tylko z pomocą magii. Włamanie się do telepatycznego przekazu w takim wypadku również było możliwe. Jeśli ktoś podsłuchałby rozmowy mógł przewidzieć ich następne ruchy, tym samym ułatwiając sobie zrobienie pułapki. Mało prawdopodobne i Shinigami raczej nie obawiał się nikogo. Aczkolwiek skoro tamci dali się skrepować wolał nie być zbyt pewny siebie, zdecydował więc nie ryzykować, szczególnie że szło o życie towarzyszy. Może później spróbuje jeszcze raz kontaktu, jeśli jego mały plan powstały na prędce się nie powiedzie.
Zero strzelił kostkami, aż chrupnęło niemiło.
- Będę musiał poradzić sobie bez Sougyou... - dość mocno dało się wyczuć w jego głosie głód wyzwań – Będzie zabawa..
Bożek wytworzywszy schodki z Reishi stanął tuż nad krawędzią wodospadu. Dalej miał pewność, że woda przepływa przez całą świątynie i będzie w stanie świetnie przysłużyć się jego planowi. Nabrał powietrza w płuca, oraz użył prostych sztuczek magicznych do modulowania głosu.
- RATUNKU, PALI SIĘ, GWAŁCĄ, RABUJĄ!!!
Ryk spłoszył ptaki na zewnątrz i rozszedł się echem w górę rzeki, Na krótki moment podniósł też swoje ciśnienie duchowe do najwyższego poziomu, wystrzeliwując tak zwaną „Racę Reiatsu”, pozwalającą dać się zlokalizować największemu nawet idiocie, jeżeli tylko ten idiota był na tyle rozgarnięty, by czuć energię. I takie też miał nadzieję wobec prześladowców, że paru pokusi się o sprawdzenie źródła hałasu. A ci mogliby go doprowadzić wprost do jego ludzi. Tudzież po prostu przekopie profilaktycznie dup, odejmując sobie roboty na później.
- A teraz - oczy demonicznie rozbłysły perwersowi - Sprawmy, na co nas stać. Niech tatuś będzie dumny.
Pogrążył się w prawdziwym transie pieczołowicie recytując formuły zaklęć, by nadać im jak największą moc. W ferworze walki często pomijało się zgłoski, bądź skupiało nie dość mocy pozwalając niejako „ulać” się jej z rąk. Mając odrobinę czasu można przygotować fundamenty pod przyszłe zaklęcia, tym samym ułatwiając użycie ich w walce. Będąc wprawnym magiem można przygotować nawet całe uroki i uwolnić je momentalnie prostym gestem, pojedynczym słowem, nawet okrzykiem. Nie wielu Bogów Śmierci z tego korzystało, jeszcze mniej o tym wiedziało. I to były tylko dość podstawowe umiejętności, nieporównywalne z prawdziwą wiedzą o magii, a i tak większość użytkowników Kidou nawet tego nie wiedziała. Kamiiru nie był jednak byle jakim magiem, bo przecież jego nauczycielem był wspominany „tatuś” - Generał Kazuhiro Nategawa, najbieglejszy w Demonicznych Sztukach w historii.
Miał sporo czasu, mógł więc sobie pozwolić na niebywałą dokładność. I tak po kolei aktywował tylko sobie znane uroki, które mógł już teraz zapobiegawczo uruchomić. Najpierw poczęła blednąć dłoń chłopaka, by zaraz z tego miejsca efekt przeszedł na całe ciało. Nie zajęło długo, gdy całkowicie stopił się z otoczeniem. Od teraz był całkowicie niewykrywalny. Zero emitowanego ciepła czy chi, żadnych zapachów, dźwiękoszczelna ściana roztarta wokół. Na tym nie poprzestał, bo rozpoczął serię pieczęci, by przygotować podstawę pod urok, który będzie mógł rzucić dorzucając tylko ostatni znak. Zatrzymał się nagle w połowie. Nie można odsłaniać wszystkich atutów od razu, zostawi to na później. I przecież nie musi od razu ujawniać pułapki, może lepiej będzie najpierw zinfiltrować wroga?
- Ostatnim razem tak się mobilizowałem przed sesjami w Akademii. Widzisz Sougyou – poklepał go po tsuce – Nie ma co się martwić. Jak zwykle skopiemy dupy.
Kamiiru naglę otoczyła gęsta chmura spowijając go mrocznym całunem, od którego zrobiło się niezwykle duszno. Świat wokół przygasł, jakby ktoś w miejsce lampy podstawił świeczkę, z której ledwo tli się płomień. Dźwięki zdawały się docierać do Zera przez grubą ścianę, aż niemal całkowicie ucichły. Mężczyzna wyglądał przez moment na kogoś wymęczonego długą, ciężką chorobą. Ciemność pulsowała życiem, jednak tylko w swoim pokracznym rozumieniu. Otchłań za plecami poruszyła się wyciągając ku niemu swe lodowate ręce. Czul nieprzyjemne uczucie czyjejś obecności. Spinał się od ukłuć przejmująco, zimnego oddechu na karku. TO ciągnęło za kołnierz w stronę nicości, szeptało do ucha. Pogrążył się w apatii odpływając z lądu świadomość. Słyszał coraz wyraźniej słowa będące wcześniej tylko szeptem, układał je w zrozumiałe frazy...
I wtedy z góry padł snop światła i zalał rozczochrany łeb jasnością. Przyjemnie ciepłą.
… wzdrygnął się wracając do rzeczywistości. Szare i niewyraźne otoczenie na powrót stało się ostre, a wyblakłe barwy powróciły na swoje miejsce. Znów słyszał tylko znajomy, przyjazny szum. Przywołał uśmiech na twarz. Chmura rozproszyła się jak za machnięciem ręki i nie dało się już poznać, że kiedykolwiek tu była. Wszystko nie trwało dłużej niż kilka sekund.
-.I znowu dramatyzuje... może brakuje mi jakiś witamin...
Jeszcze raz zamknął powieki i odetchnął. Był gotowy. No bo ile można siedzieć samemu? Szczególnie bez internetu, wazeliny i chusteczek, lub chociaż skórki od banana? Ruszył w górę wodospadu, a do jego trzeciego oka zaczęły docierać interesujące obrazy...
 
 
 
» Bakushin 
Zjem Cię.


Reiatsu: 106.9
Wysłany: 2010-07-07, 13:31   

W pełnym biegu Bakushin ponowne zaczął analizować całą sytuacje. Nie mógł przecież ciągle błąkać się po miejscu którego całkowicie nie zna. Przycupnął na chwilę pod długim murkiem ciągnącym się na kilkaset metrów.
Ok. Najpierw zobaczmy jak daleko jest ten pustak – pomyślał wytężając tym samym wszystkie komórki swojego ciała. Miyamoto nie był dobry w wyczuwaniu reiatsu, można było to stwierdzić po obserwacji wysiłku jaki w to wkłada. Pot zaczął zlewać jego muskularną sylwetkę, pulsujące żyły na głowie stawały się coraz bardziej widoczne a twarz wydawała się coraz bardziej czerwona. Naglę zatrzęsły się mury, ziemia podskoczyła, drzewa powiędły a dźwięk temu towarzyszący był niczym uderzenie pioruna. Bakushin chwycił się za nos i w wielkim pośpiechu udał się naprzód.
- No cenzura, może nie do końca o to chodziło, ale dzięki temu dziwka tu nie przypełza – bełkotał dziwnie zadowolony z siebie.
Czas go naglił a on wciąż nie miał pojęcia gdzie zostawił miecz. Usiadł na barierce przed dosyć sporą łąką na której występował jeden gatunek niebieskich kwiatów.
Dobra Bakuś, weź się w garść. Masz poszarpaną nogawkę, wpierdolone paznokcie w przedramię i strasznie swędzi Cię dupa… Zaraz… Shinigami sięgnął ręką w gacie wyciągając kilka małych niebieskich kwiatków – Chyba mam jakąś alegorie czy coś – dodał obserwując swój pełen w czerwonych bąblach tyłek. Niewiele czasu trzeba było by zaobserwował podobieństwo między kwiatami które znalazł w majtkach a tymi które rosły na łące. Mało tego, w usłanej roślinkami ziemii wydeptane były dwie zygzakowate ścieżki biegnące do tego samego miejsca – małego lasku. Bakushin nawet siebie nie pytał, wiedział, że to miejsce musi być jakoś powiązane z ostatnią nocą. Szybko udał się w gąszcz, lecz tu ślad zaczął się urywać. Nie musiał długo czekać na jakąś wskazówkę bowiem usłyszał nieopodal przeraźliwy krzyk. Gdy dotarł w to miejsce przewrócił się ze śmiechu. Przed oczami widniały przewrócone dwa drzewa, ułożony z butelek napis „Grochu gdzie jesteś?” i rzecz która najbardziej go zdziwiła: Rozwścieczony półpusty przywiązany łańcuchami do palu na którego szczycie był wbity jego miecz który blokował owe łańcuchy. Gdy tylko skrępowana dusza zauważyła kolosa natychmiast zaczęła wykrzykiwać obelgi i groźby w jego stronę.
- Tak, tak. Ulżyj sobie – powiedział Baku z bananem na twarzy powoli podchodząc do „ofiary” po czym znokautował ją jednym ciosem w brzuch. Następnie wyciągnął miecz z pala i uderzył rękojeścią w czoło duszy wypowiadając słowa „Jeb”, tym samym wysyłając ją do świata dusz.
- No cenzura, ja nie wiem co nam odjebało – powiedział lekko chichocząc – No, ciekawe jak tam Simon.
 
 
 
» Simon K 


Wysłany: 2010-07-13, 20:05   

Hitsuzen powoli trzeźwiał, idąc przed siebie trafił na mały placyk zabaw, gdzie jego uwage przykuła piaskownica. Wewnątrz zauważył ślady, podobne do tych, jakie zostawiają sandały Bogów Śmierci.
„Hmmm... – myślał – niby mojej wielkości...”
Jego rozmyślania przerwał ryk, który zjeżył mu włosy na głowie, nie był wcale lepszy od Bakushina w wyczuwaniu Reiatsu, ale był pewny co należy teraz zrobić.
„Czas spierdalać, gdzie ten mój miecz do cholery?!”
W oddalonym o jakieś pięćdziesiąt metrów parku pierwsze drzewa zaczęły łamać się jak zapałki. Słońce wyszło zza chmur, po czym odbiło się od czegoś delikatni oślepiając Shinigami z blizną. Ten zmrużył oczy starając się dojrzeć kształt przedmiotu.
„cenzura! Ja i moje jebane szczęście! Miecz sie znalazł ale to paskudztwo mnie zajebie jak mnie zobaczy”
Faktycznie, Hollow był dość blisko miecza, który wbity był w rekalmę czegoś co w świecie żywych nazywano szamponem, dokładniej, w tyłek kobiety z plakatu. Ponowny ryk, Boko kierował się w stronę reklamyi jej też nie oszczędził, przewracając banner razem z niewielkim budynkiem stojącym obok. Na chwilę obecną Hitsuzen nie mógł zrobic nic tylko siedzieć cicho i obserwować poczynania Pustego. Ten zatrzymał się, znów wydał z siebie głośny ryk po czym niespodziewanie ruszył w kierunku wojownika. Nie zastanawiając się długo Shinigami powoli, starając się ukrywać swoje Reiatsu schodził z drogi Pustemu, chcąc zarazem zatoczyć bezpiecznie okrąg i dotrzec do gruzowiska, w którym leżał jego miecz. Po kilku, trwających wieczność, chwilach Simon był już za plecami stwora cały czas trzymając swoje Reiatsu na wodzy. Kolejną chwilę później był już pod gruzowiskiemi. Choć nadal obserwował Pustego, powoli rozgrzebywał popękane cegły i połamane belki w poszukiwaniu swojego Ikazuchi. Z dala dał się jeszcze usłyszeć ryk Pustego. Kilka minut później Hitsuzen miał już miecz w pochwie.
„Czas wracać, byleby ta cenzura nie polazła znów w naszą stronę...”
_________________
Tylko dobry człowiek może byc dobrym DJ'em ;)
DJ ma dwie lewe nogi, żeby mieć dwie prawe ręce xD
 
 
 
» Baka 
Rodzynka-Kruszynka


Karta Postaci
Reiatsu: 162.5
Postać: Ida Kendei
Wysłany: 2010-07-15, 10:23   

Zewsząd dobiegały okrzyki bólu, strachu, lub rozkoszy wydawane przez więzionych członków piątej dywizji. Ida nie zwracała jednak na to uwagi, w końcu miała swoją szansę. Może gdy wykorzysta swój urok osobisty, uda jej się jakoś stąd wydostać, cało i zdrowo powrócić do domu. Może nawet namówi tego wspaniałego, dzikiego tubylca, aby odłupał jej kilka kawałeczków tego lśniącego złota..! Tak! To może się udać! A inni niech poradzą sobie sami!
Ida zrobiła najsłodszą minkę, na jaką tylko mogła się zdobyć i wyszczebiotała.
- Och, dziękuję ci, tubylcze! Daję ci słowo, że zostaniesz za to nagrodzony, jakem żywa!
Nieznajomy znów odezwał się krótko w swoim dziwnym języku, rozkładając bezradnie ręce. Dziewczyna uśmiechnęła się zachęcająco, spoglądając mu głęboko w oczy. Jednocześnie starała się ułożyć w taki sposób, aby wyglądać możliwie jak najbardziej kusząco , ale i jednocześnie niewinnie. Znacząco utrudniały jej to jednak związane kończyny. Po chwili, bezsilna, zrezygnowała z podrygów, które musiały wyglądać przekomicznie. Skupiła się więc na kontakcie wzrokowym, co jakiś czas mało dyskretnie pomrugując jednym okiem.
Mężczyzna przez chwilę wyglądał na skonfundowanego. Po chwili pochylił się i z olśniewającym uśmiechem zaczął gładzić Idę po policzku, szepcząc cichutko. Wtem dziewczyna kątem oka spostrzegła łakomy wzrok stojącego nieopodal grubawego dzikusa. Pochwyciwszy jej spojrzenie, troglodyta oblizał się wymownie.
Baką szarpnęły złe przeczucia.
_________________

 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Design by Aggie. Coded by Spirit of Fire.
katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych katalog stron internetowych darmowa reklama Toplista gier PBF toplista pbfów PBF - Toplista gier PBF web stats stat24 The Best Of PBF - Play By Forum Toplista