Zamknięty przez: Rada_46 2010-08-01, 13:45 |
[DH#2] Squaerio vs. Ichizo Konoe NPC |
| Autor |
Wiadomość |
*Squaerio
Zetsubou Sensei

Karta Postaci
Reiatsu: ~2000
Postać: Uzuki Citan
|
Wysłany: 2010-07-15, 16:24 [DH#2] Squaerio vs. Ichizo Konoe NPC
|
|
|
| Wstęp napisał/a: |
Tuż przed świtem. Komnata zgromadzenia Rady 46-ciu.
- J-jak? Przecież… przecież ty…
- Nie żyjesz? – dokończył za niego przybysz w kimonie. – Nie słyszałeś nigdy, że główny bohater zawsze zjawia się w ostatniej chwili?
Konoe wydał z siebie pojedynczy odgłos przypominający chrząknięcie. W swoich daleko idących przewidywaniach pozostawiał wątpliwe wprawdzie, ale jakieś prawdopodobieństwo spotkania tej osoby. Przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, iż znajdujący się przed nim człowiek, zeszłej nocy bezpowrotnie opuścił ten świat. A teraz był tutaj i stanął mu na drodze.
- Więc to wszystko, to była tylko zwykła farsa? – zapytał w końcu, otrząsnąwszy się z pierwszego, piorunującego wrażenia. – Oszukałeś nas?
- Mogę powiedzieć dokładnie to samo, Icchin. Liczyłem, że mimo wszystko dasz sobie spokój z przeszłością i będziesz stanowił jeden z filarów Gotei. Tymczasem stałeś się kimś, kto tylko mu szkodził. Zawiodłem się na tobie…
- I co teraz zrobisz? Chcesz mnie powstrzymać? Spóźniłeś się. Cały Dwór tonie w ogniu, krwi i chaosie. Nie ma już nic, co mógłbyś zrobić, aby to zmienić. Nadal żyjesz, ale i tak poniosłeś klęskę, nie masz już po co stawiać oporu. Przesuń się i daj mi przejść, albo skończysz tak jak zasiadający w tej loży starcy.
Z wyciągniętej ręki, z wyprostowanego palca wskazującego dowódcy Pierwszej, wystrzelił biały promień Byakurai. Wiązka z prędkością strzały poszybowała w kierunku przeciwnika. Nie trafiła go jednak, lecz przemknęła bokiem, tuż obok głowy. Mężczyzna w kimonie nie próbował się nawet uchylić lub obronić. Jakby zdawał sobie sprawę, że atak go nie dosięgnie. Miast tego poprawił narzutę, która luźno okrywała jego barki.
- Rzeczywiście, straszliwy los spotkał te lalki. Naprawdę mi ich szkoda, bo Kendei nieźle się napracował, aby dostarczyć je na czas. Ale chyba nie myślisz, że dam się poćwiartować jak zwykła marionetka lub co gorsza, wpuszczę cię do Daireishokairo. Ludzie bez honoru nawet nie powinni myśleć o takiej możliwości.
Ichizo drgnął po raz kolejny. Nowy wróg kruszył jego pewność siebie tak, jak pojedynczym dmuchnięciem można zniszczyć domek z kart. Kątem oka starał się przyjrzeć najbliższym zwłokom. Nie chciał wierzyć w to, co usłyszał. Lalki? Lalki!?
- Pomimo tego co zrobiłeś, dam ci jedną, jedyną szansę. Możesz się poddać a ja obiecuję zapewnić ci sprawiedliwy proces.
- Bez honoru? Sprawiedliwy proces? Chyba sobie kpisz – krew wewnątrz mordercy już się gotowała, czego nadal nie dawał po sobie poznać, używając głośnego lecz spokojnego tonu. – Wiąże mnie obietnica złożona komuś ważniejszemu niż ty i właśnie dla niej tam wejdę, choćbym musiał przejść nad twoimi zwłokami.
- Żyjesz w świecie ułudy Icchin i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Przekonajmy się więc, co jest fikcją, Uzuki!
|
***
- Hadou: Shakkahou!
Uformowany błyskawicznie ognisty pocisk niemal natychmiast wystrzelił w kierunku głównodowodzącego, pozostawiając za sobą języki płomieni. Choć ten niskopoziomowy czar rzucono z pominięciem inkantacji, jego siła była nadzwyczaj wielka. Uzuki bez wahania wyciągnął przed siebie lewą rękę, przyjmując zaklęcie na otwartą dłoń. Krótki rozbłysk, wybuch, dym. Do unoszącej się już w powietrzu woni krwi, dołączył jeszcze odór siarki. Kapitan Pierwszej dobył ostrza i tuż za gorejącą kulą gwałtownie zerwał się do przodu. Wolał nie zwlekać, nie dać czasu na odpowiedź, zakończyć to jak najszybciej. Natarł na obłok, zaciskając na rękojeści miecza wszystkie palce. Zadał jedno uderzenie, tak potężne, iż słychać było pękającą pod stopami posadzkę. To koniec? Nie słyszał odgłosu skrzyżowanych kling. Zatem trafił? Ale jego ramiona; czuł przez nie zbyt wielki opór. Dlaczego?
- Naprawdę myślisz, że pokonasz mnie takimi miernymi atakami?
Powstała po eksplozji chmura ustąpiła, odsłaniając sylwetki obu walczących. Ichizo Taichou cały swój ciężar opierał na Zanpakutou, zatrzymanym podczas swej niszczycielskiej szarży. Ręce Konoe nerwowo drgnęły, nie dowierzał temu, co zobaczył przed oczami. Citan nadal stał w tym samym miejscu, nie przesuwając się choćby o pół kroku. Jego prawe przedramię, uniesione nieco ponad linię oczu, niczym nie osłonięte, blokujące lśniącą klingę przeciwnika. Nie spadła choćby kropla krwi.
- Twoje serce Icchin… jest puste – dowódca Siódmej spojrzał uważnie na podwładnego. – Walcząc w ten sposób nie tylko nie dasz rady mnie pokonać, ale również nie będziesz w stanie mnie choćby zranić. Twój żniwiarz dusz jest dla mnie niczym tępy kawałek metalu, niezdolny do cięcia. Twoja demoniczna magia zaś przypomina raczej tanie fajerwerki – Squaerio zmarszczył złowrogo brwi i mówił coraz głośniej. – Choć dokonałeś wyboru, nadal nie jesteś w stanie za nim podążyć!? W takim razie wszystko, co do tej pory robiłeś, traci sens! Ile razy jeszcze mam cię uczyć jak się walczy?!
- Przymknij się! – wybuchnął w końcu dowódca pierwszego oddziału, zaraz jednak miarkując swoje emocje. – Wcale nie jesteś lepszy od innych. Nie stanowisz już dla mnie żadnego autorytetu. Ponadto przecież ci powiedziałem, że nie jesteś w stanie już nic zmienić. Niczego mnie też nie nauczysz.
- Nie tobie przyjdzie o tym zadecydować. Chyba już najwyższy czas odwrócić przebieg tej gry i udzielić wam wszystkim ostatniej lekcji. Nadeszła pora dopełnić kontraktu…
- Kontraktu?
Soutaichou najpierw lekko rozluźnił ramię, by po chwili z ogromną siłą odepchnąć nim wroga. Zupełnie jak za sprawą przełącznika, zaczął też nagle wyzwalać reiatsu o niesamowitym wręcz stężeniu. Jego sylwetkę otoczyła świetlista łuna a w dłoni zaczęła koncentrować się energia demonicznej magii. Porwana pod wpływem podmuchu peleryna poszybowała gdzieś głęboko w korytarz. Konoe wykonał obrót w powietrzu i odbijając się od jednej z ław, znalazł ponownie na szczycie schodów sali obrad. Gdy moc, którą emanował głównodowodzący momentalnie się wyciszyła, zdrajca w mig pojął, co się zaraz stanie.
- Hadou: Sesshoku Sora.
Uzuki wyprowadził w przestrzeń uderzenie ręką a kumulowana siła rozprysła się, zupełnie jak mydlana bańka. Uwolniony gradient ciśnienia z rykiem uderzył w ściany a następnie z potęgą huraganu poderwał się ku górze. Całe rzędy sędziowskich stołów unoszone siłą cyklonu, rozrywały się na kawałki i rozbijały w drzazgi. Ichizo wolał nie stawać na drodze niszczycielskiego żywiołu. Obrócił się na pięcie i odpychając od murów wąskiego przejścia, z kocią zwinnością wykonał kilka skoków, wprost do wyjścia. Ostatni sus przez otwarte podwoje wspomógł jeszcze swoim shunpo, umykając dzięki temu fali uderzeniowej. Siła nawałnicy strzaskała kamień, wyrwała z zawiasów mosiężne wrota, oraz zerwała sporą część dachu, porywając to wszystko wysoko w niebo. Chwilę później na sam środek pomostu spadło jedno z ciężkich skrzydeł wejściowej bramy, rozdzielając go na pół i ostatecznie tonąc wraz z nim, w okalającej pawilon fosie. Przełożony korpusu taktycznego wylądował na samym końcu kładki prowadzącej do budynku Rady.
- Może i jesteś zwierzchnikiem Gotei, ale nie myśl, że pójdzie ci ze mną tak łatwo. Ja także przygotowałem coś na specjalną okazję.
Shinigami zakasał rękawy i ręce złożył jak do modlitwy. Podczas recytowania formuły na zewnętrznych stronach jego dłoni ukazały się małe, czarne tatuaże. W takiej pozycji wyskoczył wysoko nad ziemię a gdy osiągnął upragnioną wysokość, szeroko rozpostarł ramiona i krzyknął:
- Akkidou: Enjiresu Jumon (Nieskończony Krąg Zaklęć)!
Wokół wojownika pojawił się migoczący krąg czerwonej energii a magiczne wzory rozrosły się, sięgając teraz aż po łokcie. Wybierając kolejno krążące po obwodzie sfer kanji, przywoływał zaklęcia jedno za drugim.
- Bakudou: Okashii Rei, Bakudou: Haypporankan, Hadou: Tsukikouu, Hadou: Raikouhou, Akkidou: Shouiyashiikaji, Hadou: Kagirinai Enkei Enkou!
Bez zastanowienia ciskał nimi w zniszczoną część krypty radnych i samego komandora, który nadal gdzieś tam się znajdował. Pierwsza pomknęła błyskawica oszukująca zmysły. Tuż za nią poszybowała świetlista włócznia, która rozdzielając się w locie na setkę mniejszych, z hukiem runęła w środek budynku. Kapitan Konoe liczył, że skutecznie w ten sposób zablokował ruchy przeciwnika a kolejne zaklęcia przypieczętują ostatecznie jego los. Z wody okalającej posiadłość wynurzyły się ogromne bryły lodu. Zamrożone głazy spadły jednocześnie, pozostawiając za sobą istny kryształowy deszcz. Ostatnie ściany i fragment dachu zawaliły się pod wpływem zderzenia, unosząc przy tym śnieżną zasłonę. W sam środek tego obłoku natychmiast wdarł się świetlisty grom, wokół którego spiralnie zakręcało się pięć szkarłatnych płomieni. Kombinacja z hukiem przetoczyła się po niebie, by w chwili kontaktu z ziemią wywołać potężną eksplozję. Podpalone fragmenty drewna, dachówek i betonu rozleciały się po całej okolicy.
- Spoczywaj w pokoju, Citanie Uzuki – zdyszany mag opadając na ziemię, ciężko zaciągał powietrze. – Raz już zmartwychwstałeś, ale nawet ty masz swoje własne limity szczęścia i żyć.
Zadowolony Ichizo spojrzał na gruzowisko, które z właściwą sobie chciwością pochłaniał żarłoczny ogień. Lorgan na pewno doceni ten wysiłek, bo chociaż zdrajca odciął sobie tym sposobem drogę do Wielkiej Biblioteki Dusz, to pozbył się najgorszego z możliwych utrapienia. Teraz wystarczyło znaleźć inne wejście. Nad miastem shinigami zaczęło wschodzić już słońce. Wraz z nadejściem świtu odgłosy walk przestały być już tak intensywne. Ostatecznie mężczyzna odwrócił się i zamierzał odejść w poszukiwaniu alternatywnej ścieżki.
Pierwszy krok.
Impuls.
Rytm bijącego serca, podwójne uderzenie.
Powtórzył się raz, drugi.
Rozbrzmiewał w jego głowie, choć słuch nie powinien być zdolny go wychwycić.
Obejrzał się za siebie, dobywając niepewnie miecza.
Kolejny impuls.
Kilka kamieni stoczyło się ze szczytu kopca.
Pod stopami poczuł drganie.
Ciśnienie duchowe wzrosło, gwałtownie, szaleńczo, do horrendalnego wręcz poziomu.
Łudząco podobna do eksplozji siła z łatwością uniosła rumowisko.
Ruiny rozstąpiły się. Tak jak morze przed legendarnym ziemskim prorokiem.
To nie profeta jednak ukazał się jego oczom.
Raczej wcielenie diabła.
Kimono białe jeszcze przed kilkoma minutami teraz całe pokryte było kurzem, w wielu miejscach również przypalone. Uzuki zdawał się nie zwracać na to żadnej uwagi. Wyszedł powoli z krateru, ściskając w ręku jeden ze świetlistych słupów wiążącego kidou, które przed chwilą rzucił jego rywal. Rękawem wytarł z czoła ślady spływającej krwi. Emanował spirytualną mocą na niepojętą wręcz skalę. Tak, jakby chciał powiedzieć wszystkim znajdującym się we Dworze shinigami: „Jestem tu. Żyję i przybyłem wesprzeć was swoją siłą. Nie musicie się już bać. Ochronię wszystkich.” Był to zarazem znak dla Dezeonu i Seijiego, aby przejść do ostatniej fazy planu. Z każdym krokiem był coraz bliżej kapitana Pierwszej. Konoe drżał.
- Znacznie lepiej, Icchin… – Squaerio zachowywał stoicki wręcz spokój. Ale w takich właśnie chwilach budził największy respekt. - … ale to nadal zbyt mało, żeby mnie zabić - Dłoń komandora zacisnęła się, łamiąc pochwyconą magiczną tykę. – Bakudou: Yobiyoseru!
Zanpakutou w oka mgnieniu wyrwane zostało z rąk Ichi Bantai Taichou.
- To nie będzie ci na razie potrzebne!
Citan złapał przyciągnięty oręż i cisnął nim za siebie. Ostrze wbiło się głęboko w ziemię a sam głównodowodzący zerwał się do ataku. Łapiąc przeciwnika za głowę nim ten zdążył zareagować, pociągnął go za sobą i uderzył jego czaszką o najbliższy mur. Pęknięcia rozeszły się po całej ścianie a w miejscu kontaktu obaj przebili się na drugą stronę. Przez krótką chwilę, między fragmentami kruszywa szybowały także pojedyncze krople krwi, odłamki szkieł i oprawek z połamanych okularów. Nie wypuszczając swojego celu, zwierzchnik korpusu informacyjnego skoncentrował reiriyoku, ale przeciwnik wyprzedził go o cal. Palec już dotykał ramienia.
- Hadou: Byakurai!
Biały promień przeszył bark soutaichou, przez co ten mimowolnie rozluźnił uścisk. Nie znaczyło to jednak, iż dał za wygraną. Odpowiedź była natychmiastowa a jej siła zwielokrotniona.
- Hadou: Soukatsui!
Blask błękitnego światła jak fala tsunami zalał okoliczny obszar. Stojąca na drodze zabudowa stała się już tylko spopieloną historią. Tylko zabudowa. Renegat z najwyższym trudem wywinął się z opresji. Wykonał w powietrzu kilka obrotów i tworząc sobie podpórkę Dai, zapikował głową w dół. Prędkość była odpowiednia, lecz zabrakło trochę dokładności. Naszpikowana energią Takai Aoru pięść, o kilka zaledwie cali rozminęła się z twarzą wroga. Lądowanie przypominało wybuch zrzuconej z samolotu bomby. Wywołany podmuch na chwilę zachwiał równowagą Uzukiego, odpychając go kilka metrów do tyłu. Nim zdążył ponownie przyjąć pozycję bojową, Ichizo był już przy nim, szykując się do obrotowego kopnięcia. Stopa dotknęła już pierwszych pukli rozczochranych włosów koło ucha. Głowa najpierw odrywała się od szyi, by zaraz później pod wpływem przeciążeń, eksplodować w krwawą miazgę… Tak w normalnych okolicznościach powinien zakończyć się ten atak. Ponownie chybił. Jego cel w niewytłumaczalny sposób przesunął się o pół kroku w bok. Jak?
Prawy sierpowy na szczękę - unik.
Piruet i natarcie łokciem na splot słoneczny – znowu pudło.
Szarża kolanem, seria prostych – nie trafia ani razu.
Kiedy wiecznie spokojny i chłodno kalkulujący człowiek zostanie odpowiednio sprowokowany, traci swoją bystrość umysłu. I chociaż z zewnątrz nie wygląda na wyprowadzonego z równowagi, to w środku aż kipi od negatywnych emocji. Kapitan pierwszej patrzył uważnie, ale nie był w stanie zobaczyć najważniejszego. Jego rywal nie uchylał się w zwyczajny sposób przed nawałnicą ciosów. On stał nieruchomo w miejscu niemal obrywając atakiem, by tuż przed kontaktem po prostu zniknąć i pojawić się tuż obok. W ruchach Squaerio już od chwili natarcia na niego z powietrza, było coś nienaturalnego. Stały się strasznie powolne i ospałe, choć zachowywały niesamowitą płynność. Konoe raz jeszcze doskoczył do komandora z nadzieją na sukces. Zamach zakończył podbródkowy, który w pionowym podmuchu powietrza znowu poderwał z ziemi tylko kurz i drobinki śniegu.
*
Słońce coraz raźniej wznosiło się na nieboskłon, ukazując w swoim świetle ogrom tragedii i zniszczeń dokonanych pod osłoną nocy. Dwór Czystych Dusz stał się miejscem regularnej wojny. Bratobójcza batalia, której sensu na próżno się doszukiwać. Liczba ofiar musiała być zatrważająca; setki zabitych, tysiące rannych. Spalone i zrównane z ziemią całe kwartały poszczególnych sektorów Seireitei. Oszacowanie pełnego bilansu strat po takiej katastrofie może zająć długie tygodnie. Ich kompensacja, odbudowa fizyczna i moralna zaś, potrwa zapewne miesiące, jak nie lata. Na rozważania te przyjdzie jednak stosowna ku temu pora. Dopóty bowiem trwa spektakl, dopóki choć jeden aktor przebywa na scenie.
*
Z ciała dowódcy grupy taktycznej przez krótki moment unosiła się para. Był to prawdopodobnie efekt wyczerpania się ładunku reiryoku, wykorzystanego do stosowanej przez niego techniki hakudy. Poddane takiemu przeciążeniu mięśnie musiały najwyraźniej mocno się rozgrzewać. Lekko się chwiejąc, zaciągał chciwie do płuc każdą porcję powietrza. Uważnie spoglądał przed siebie, ale przeciwnik nie wydawał się być zainteresowany przejściem do ofensywy.
- Jest cholernie szybki – myślał, wpatrując się w nieruchomego niczym posąg Citana. – Ale tym razem mi się nie wywinie. Żeby go zmylić, najpierw wykorzystam do naładowania śladową ilość energii duchowej. W zwarciu zamiast uderzać, rozproszę ją w oka mgnieniu i obezwładnię go z bliska demoniczną magią. Może uciekać przed ciosem, ale od kidou się już nie uchyli. Wtedy będę miał go jak na dłoni…
Wyrównując oddech, znowu zajął pozycję do ataku. Gdy wtłoczył do kończyn odrobinę mocy na pokaz, był gotów wprowadzić swój podstęp w życie. Przygotował już w umyśle zaklęcie wiążące, opuścił lekko gardę, swój ciężar zaczął przenosić do przodu. Iskra zapalna energii duchowej rozeszła się po organizmie.
Zryw, do którego nie doszło…
Ichizo zamarł w bezruchu czując, jak w wielu miejscach na korpusie odezwał się punktowy, przenikliwy ból. Obraz przed oczami niespodziewanie się rozmazał, ciało odmówiło posłuszeństwa. Mężczyzna zakrztusił się i wypluł szkarłatną juchę. W ostatniej chwili zauważył nadchodzący cios Uzukiego. Nie był w stanie go uniknąć, mógł tylko zminimalizować jego siłę rażenia. Destrukcyjne Shitai-Ken trafiło w odruchowo podniesione i skrzyżowane na piersiach ręce. Impet uderzenia najpierw rozerwał na strzępy górną część ubrania kapitana Pierwszej a następnie rzucił go do tyłu, jak zwykłą szmacianą lalkę. Sunął tak po ziemi dobrych kilkanaście metrów, bezwładnie się przy tym obracając. Ostatecznie zatrzymał się na jednym z wielu wyżłobionych w krajobrazie bitewnych lejów.
- Więc… taka jest… między nami.. różnica? – wyszeptał z niemałym problemem i odwrócił głowę na bok, aby zwymiotować krwią.
Świat przez moment był jak za mgłą, w dodatku wirował. Konoe zdawał sobie sprawę, że gdyby podświadomie nie zastosował podstawowej techniki obronnej ze szkoły Kabe, prawdopodobnie miałby już połamane ręce i zmiażdżone wnętrzności. Gdy świdrujący ból trochę osłabł, taichou dźwignął się do pozycji siedzącej. Dopiero teraz mógł zobaczyć, że na klatce piersiowej pojawiły się ciemne plamy. Dopiero teraz zrozumiał sztuczkę, jaką zastosował przeciwnik. Przecież to było takie oczywiste, dlaczego więc pojął to tak późno? Komandor nie znikał tak po prostu, tylko wykorzystał do maksimum możliwości, jakie daje jedna z wysokiej klasy technik hohou – Senkou. Celowo ograniczył prędkość i częstotliwość swoich ruchów, aby móc w ułamku sekundy poruszyć się z przyspieszeniem wykraczającym poza zdolności percepcji. Za każdym razem wyprowadzał też pojedyncze kontry, których efekt ujawnił się z opóźnieniem, po zmianie przepływu reiryoku.
- Byłem zbyt naiwny. Dałem wciągnąć się do jego własnej gry z nadzieją, że uda mi się go pokonać. Popełniłem błąd, ale to jeszcze nie koniec… – W końcu udało mu się wstać. Tuż obok dostrzegł wbite w ziemię swoje Zanpakutou. Wyciągnął je bez zastanowienia. – Muszę wytrzymać jeszcze trochę. Wkrótce się tu zjawi. Nie mogę zawieść, zaraz tu będzie… - zapewniał sam siebie, wspinając się po płaskim zboczu zapadliska.
- Czekasz na próżno. Nikt więcej już się tu nie pojawi – Citan nie zbliżał się do swojego podwładnego. Nie chciał go dobijać. Otrzepywał rękawy z pyłu, jakby ta potyczka już się zakończyła. – Powiedz mi, dlaczego wierzysz w niego tak ślepo, że jesteś gotów zniszczyć wszystko, co do tej pory sam budowałeś? Jesteś wprawdzie jego wychowankiem, ale twoje bezgraniczne oddanie to istne szaleństwo.
- Dlaczego? To ja powinienem zadać takie pytanie. To przeklęte miasto potraktowało swojego ojca gorzej, niż zawszonego kundla! Jera-sama zawsze kochał Seireitei i jego mieszkańców a co za to dostał w zamian? Odarto go ze wszystkich zasług, naznaczono stygmatem zdrady, której wcale się nie dopuścił i zaszczutego, wypędzono z jego własnego domu, posyłając za nim listy gończe oraz zabójców! To jest sprawiedliwość? Cóż takiego zrobił, iż zhańbiono go w taki sposób bez procesu!?
- Lorgan trafił na coś, czego odkryć nigdy nie powinien – odpowiedział spokojnie Squaerio. – I chociaż był szalenie racjonalnym człowiekiem, zachwiało to wtedy jego systemem przekonań. Sam postanowił opuścić Dwór, ale jako soutaichou Gotei Juusantai nie mógł w świetle umiłowanego prawa tak po prostu porzucić swojej funkcji. W końcu jednak to zrobił i zniknął bez śladu. Rada 46-ciu obawiała się, że człowiek o takiej potędze, będący w posiadaniu ściśle tajnych informacji, kiedyś obróci się przeciwko nim. Wydała na niego wyrok, bo był zbyt niebezpieczny…
- I mieli rację. On powrócił i chce odzyskać to, co mu odebrano. Zemści się za wyrządzone mu krzywdy i ponownie obejmie należną mu władzę. Usuniemy dla niego wszystkie przeszkody i przyniesiemy pogrzebane w Wielkiej Bibliotece manuskrypty. Lorgan-sama natomiast zwróci za ich pomocą życia naszym poległym towarzyszom i otworzy wrota prowadzące do Króla Dusz, gdzie zyskamy nieograniczoną moc! Z taką siłą rozprawimy się z każdym przeciwnikiem!
- Brednie – uciął krótko kapitan Siódmej. – Nie istnieją na tym świecie czary, które ożywiłyby tych, co już odeszli. Gdyby tak było, sam użyłbym ich już dawno temu…. Zostałeś nakarmiony kłamstwami, pustymi słowami bez pokrycia. Naprawdę uważasz, że Jera by tak postąpił? Dlaczego więc nadal go nie ma? Dlaczego nie walczy z tobą ramię w ramię? Oszukano cię, Icchin. Dałeś się zwieść swoim własnym pragnieniom…
- Nie zamydlisz mi oczu. W dłoni trzymam miecz sprawiedliwości, którym wytnę drogę do prawdy!
Zawiedziony Uzuki spuścił nieco głowę. Jego uczuciami nie targał teraz gniew, lecz smutek i żal. Nie potrafił już pomóc swojemu podwładnemu, nie był w stanie przemówić mu do rozsądku. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to skrócić jego cierpienie, obudzić ze snu.
- Skoro nie mam innego wyboru, skruszę go. Zniszczę ten fałszywy miecz sprawiedliwości a wraz z nim złudzenie, które opętało twoje zmysły!
- Tylko spróbuj!
Konoe uniósł swoje Zanpakutou, celując ostrzem w przeciwnika. Jego energia duchowa wzrosła do maksimum, sylwetkę spowiła świetlna łuna. Ostatnia deska ratunku zdradzieckiego dowódcy. Iluzyjne zdolności jego żniwiarza dusz ciągle mogły uratować go z opresji. Wciąż miał szanse zmienić przebieg tego starcia, odwrócić przewagę na swoją korzyść. Musiał włożyć w to jeszcze tylko trochę wysiłku.
- Ban-Kai!
Komendzie uwolnienia towarzyszył potężny podmuch wiatru. Reiatsu jednak rozpłynęło się w nicość. Kapitan pierwszej spojrzał na swoją katanę, nadal pozostającą w zapieczętowanej formie. Zaraz też wzrok uniósł trochę wyżej, na komandora. Citan stał w tym samym miejscu, lecz z uniesioną wysoko nad głowę prawicą. Dzierżył w niej swój oręż, niewątpliwie przebudzony do stadium shi-kai. Ten sam, który przed momentem schowany był w sayi i spoczywał za jego plecami, umocowany do pasa. Przywiązane do kashiry niebieskie wstążki, zatańczyły w powietrzu. Ichizo jak w zwolnionym tempie widział rozpadającą się na drobne kawałki klingę i otwierające się na całej długości ręki, głębokie rany cięte. Bruk raz jeszcze splamiła karmazynowa posoka. Ramię opadło bezwładnie wzdłuż ciała. Z pozbawionej czucia dłoni wypadły szczątki rękojeści. W klatce piersiowej przypomniał o sobie ból od otrzymanych wcześniej razów.
- To jeszcze nie koniec! Jeszcze nie przegrałem! Mam jeszcze drugą rękę! Jera-sama! – desperacko powtarzał sobie w umyśle. – Zabiję go! Na pewno go zabiję! Musi się udać! Hadou: Kurohitsuji!
Nad wzniesionymi palcami zawirowała wiązka demonicznej magii. Krawędzie atramentowej trumny szybko zarysowały swoje linie wokół głównodowodzącego. Nim jednak czarne ściany zamknęły go we wnętrzu śmiertelnej pułapki, jego ramię, jego cała postać, uległy subtelnemu rozmyciu. Zaklęcie zrobiło się niestabilne a boki smolistego graniastosłupa naznaczyły pęknięcia. Urok rozpadł się, niczym rozbijane szkło. Uwolniony Squaerio chował już swój miecz a z chwilą, gdy jelec stuknął o zakończenie pochwy, powiedział jeszcze:
- Ichijin.
W tym samym momencie, całym ciałem Konoe znacząco szarpnęło. Krew pod ciśnieniem trysnęła z dziesiątek świeżo powstałych okaleczeń. Pochlastane truchło dowódcy Heigakubutai zwaliło się bez świadomości na ziemię. Otwory między pokruszonymi płytami zalały bordowe strumyki.
Uzuki dość powolnym krokiem podszedł do pokonanego. Do ostatniej sekundy starał się wyciągnąć go z objęć ciemności. Bezskutecznie. Prawdziwa siła władcy szalonego wiatru przerosła jednak wszelkie oczekiwania. Mierzyć się z nim, to jak wpływać tratwą wprost do centrum nieposkromionego cyklonu. Poziom ich zdolności dzieliła przepaść a mimo to, musieli ze sobą walczyć. Jeden, śladowo poobijany, z niewielką i nic nie znaczącą raną w lewym barku, wciąż rześki, pełen wigoru. Drugi zaś, drastycznie poturbowany, pocięty i krańcowo wyczerpany, na skraju śmierci. Człowiek w białym kimonie tego dnia został zmuszony pokazać swoje surowe i bezlitosne zarazem oblicze. Nienawidził tego. Dziś nie odniósł zwycięstwa. Dzień ten uznał za jedną z największych porażek w swoim całym, nieskończenie długim istnieniu.
__________________________________
Końcowe na temat wpisu dywagacje:
Trochę się tekst rozrósł, ale jest to wina tylko i wyłącznie jednej nieczystej zagrywki. Jako narrator tej opowieści, miałem nad pozostałymi graczami przewagę w wiedzy na temat całej historii. Przeszłej, aktualnej i przyszłej. Trzeba było co nieco wyjaśnić, choć tak naprawdę wszystko i tak zostanie wytłumaczone w epilogu. Może przez to też samo pisanie szło mi niezwykle topornie i nie do końca potrafię odnaleźć się między wierszami. Mam wrażenie, że jest trochę topornie i hermetycznie, ale dopiero wy to ocenicie (a zrobicie to, prawda?). Dla podbicia plastyczności, wprowadziłem dwa motywy muzyczne. Cholernie trudno jest zgrać charakter utworu ze słowem pisanym, ale zdaje się, iż nie odniosłem na tym polu kompletnej porażki. Beta testy czytania z różną prędkością osiągnęły zadowalające rezultaty.
Zrezygnowałem z przesadnej kwiecistości stylu, bezsensownego makaronizowania a co za tym idzie - rozwlekłych opisów bohaterów i świata przedstawionego. Trochę dialogów i trochę akcji, kompromisowo. Niektóre zdania są pokręcone stylistycznie, ale taki już mój urok, że lubię sprawę nadmiernie skomplikować. Zdarzają się też takie, zbyt wielokrotnie złożone (xD). Niektóre, występujące tuż obok siebie powtórzenia zostały wprowadzone z premedytacją, jako podkreślenie. Inne pewnie są zwyczajnym przeoczeniem. Z pierdzieloną interpunkcją nigdy sobie tak naprawdę nie radziłem za dobrze. Może brakować jakiś znaków przestankowych, albo mają one zmienione położenie. Czasem tylko z uwagi na to, gdzie chciałem rzucić pauzę. Zawsze problem sprawiało mi też posługiwanie się podmiotem w dłuższych formach wypowiedzi. Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości co do ich przesadnego nagromadzenia, niech weźmie w rękę jakąś pierwszą lepszą powieść z półki i przejrzy kilka stron. Nawet zawodowi pisarze co akapit potrafią używać tych samych określeń i zbliżonych sformułowań.
Gdyby ktoś pragnął zarzucić jednostronność walki, to z góry mogę zapewnić, że takie właśnie było jej założenie. Chciałem dobitnie pokazać, jak naprawdę potężny jest człowiek, który stoi na czele G13. Różnica sił miała być oczywista, wzmagając przy tym tragizm postaci Ichizo Konoe. Z pewnością część z Was zauważy też pewne braki w mojej karcie postaci, te dotyczące zankensouki. To także nie jest przypadek.
Opis czaru Akkidou: Enjiresu Jumon (Nieskończony Krąg Zaklęć) zawiera informację, iż korzystać można w ten sposób z przygotowanych wcześniej hadou. Ja poszerzyłem to spektrum też o bakudou, dzięki czemu zaklęcie jest w stanie zapisać każdą odmianę demonicznej magii do poziomu Yakuin (wg oznaczeń systemu, do numeru 66 włącznie).
W razie pytań i wątpliwości, zapraszam na PW lub GG.
Za oceny poniżej 10/10 zabiję waszego bohatera. Nie żartuję. (>D)
Więcej grzechów nie pamiętam...
P.S.
Cały tekst powstał w przeciągu 5 dni. Później (2-3 dni?) nanosiłem tylko drobne korekty. To tak w ramach odpowiedzi na jęki, że czasu na napisanie walki zawsze jest za mało.
Pozdrawiam.
|
_________________
 |
|
|
|
 |
» Matheo
Ni Bantai Taichou

Karta Postaci
Reiatsu: 1223
Postać: Matheo Keitou
|
Wysłany: 2010-07-15, 22:16
|
|
|
"Główna postać gdy reszta to statyści, wszyscy na starcie odpadają nie jest ważny żaden wyścig"
Em.... hm.... no kurde wpędziłeś mnie w takie kompleksy, że szok. Ten wpis jest dla mnie jedną z najlepszych walk w ramach gotei. Opisany fenomenalnie bez jakiś szczególnych błędów. Wyłapałem tam tylko powtórzenie jednego zwrotu. Fabularnie to fenomen. Fakt faktem sam tworzysz fabułę etc, jednak to co się dzieje naprawdę zasługuje na skromny aplauz. Cała moralność i "opętanie" dowódcy jedynki są naprawdę fajnie wykreowane. Dialogi stoją na świetnym poziomie i tylko jeden lekko mnie zawiódł, gdyż był zbytnio patetyczny i pompatyczny. Ale to chyba moja fanaberia. Wreszcie te sceny batalistyczne. czytając to nie miałem jak zazwyczaj jakiś poszczególnych obrazów w głowie, a pełne animowane sceny. Niczym z bleacha z czasów ss sagi. Naprawdę wyszło mega i właściwie mógłbym skończyć swoją ocenę w jednym zdaniu jest to fenomenalny wpis.
9,5/10
Moja ocena może nie być miarodajna, ale cóż muszę się wdrożyć. Wpis mi się cholernie podoba i zazdroszczę Ci tak fenomenalnego warsztatu. Daję tylko 9,5 za te marginalne błędy, które są może moją fanaberią. Gratuluje świetnego wpisu. |
_________________ LA FURIA ROJA |
|
|
|
 |
Pit
Ookami
Karta Postaci
Reiatsu: 1593
Postać: Miyamoto Hizashi-kun
|
Wysłany: 2010-07-16, 01:15
|
|
|
Square Erio Enix
Wstęp należy do Drogi Historii. Tak się rozpędziłem, że już tam chciałm dać jeden, troszeczkę niejasny fragment ("Tymczasem stałeś się kimś, kto tylko mu szkodził. Zawiodłem się na tobie… " - chyba "stałś się kimś kto mu zaszkodził." Jak mógł się stać kimś teraz, a wcześniej już szkodził? Nieświadomie?), ale dajmy sobie spokój z tym.
Zaczyna się walka, pada jedno hadou, jest dym, stalowe bloki, oraz zdanie:
| Cytat: | | Jego prawe przedramię, uniesione nieco ponad linię oczu, niczym nie osłonięte, blokujące lśniącą klingę przeciwnika |
Niby nic w tym nie jest źle. Ale trzeba się wczuć i zrozumieć istotę tej narracji. Nawet wtedy przytoczony fragment wygląda jak bierny opis, a nie jak działanie. Do tego brzmi to tak "był zaskoczony postawą Sq - jego blokujące ramię..." - po prostu urywa się to. Samemu używając podobnego typu narracji staram się, by tego typu potknięć nie było.
| Cytat: | | - Akkidou: Enjiresu Jumon (Nieskończony Krąg Zaklęć)! |
Zaraz... to coś nowego, tak? Coś, co nie jest opisane w żadnym podforum? W takim razie nie ma problemu.
Uch... a zaraz potem 6 zupełnie różnych zaklęć, których niewprawny wojownik w ogóle by ni skojarzył. Mi się udało od razu załapać jakieś cztery. Dobrze, że potem je jakoś opisujesz;
| Cytat: | | pozbył się najgorszego z możliwych utrapienia |
Zastanawiam się, czy tu nie powinno być przecinka. W końcu nadrzędne jest tu "pozbycie się utrapienia".
Zauważyłem niekonsekwencję - raz piszesz "Kapitan Pierwszej" z dużej litery, a dalej, z małej.
| Cytat: | | . Bratobójcza batalia, której sensu na próżno się doszukiwać |
Nie sprawdzałem ze słownikiem, ale w takim układzie zdania "na" po prostu znika ("próżno się było doszukiwać");
Mówiłem już, że nie lubię łopatologicznego tłumaczenia taktyki? Niemniej, to też pojawia się w dużej liczbie Shouenów (i nie tylko), l dlatego tu dam sobie spokój.
Fabularni jest okej, aczkolwiek nie znam w całości DH2. W zasadzie wpis to walka - mówiąc krótko zjechałeś swojego przeciwnika, nie ponosząc praktycznie żadnych strat. Bardzo ciekawe ukazanie zwolennika Lorgana.
No i muszę przyznać, ciekawy plot twist - you're alive Citan! xD
Solidny wpis, z ciężkimi do wyłapania błędami, które często dla amatorów nawet nimi nie są. Czytało mi się dobrze, nie miałem dłuższych przerw, parę razy musiałem drugi-trzeci raz powtórzyć jakiś fragment. Jest ok...
8.5 - jest oke, oke jest... xD |
|
|
|
 |
» Grochu
Rosomak

Karta Postaci
Reiatsu: 585
Postać: Sid Hiragashi
|
Wysłany: 2010-07-18, 15:25
|
|
|
Sq - Bardzo klimatycznie. Wpis zupełnie jak z jakiegoś anime. Dużo akcji, fajnych dialogów i zagrywek. W odróżnieniu od Pita, lubię łopatologiczne tłumaczenie taktyki i fabuły. Dzięki temu wszystko jest dokładnie wyjaśnione i nie ma niedomówień. Wpis jest kapitalny i ukazuje całą potęgę Citana. Inna sprawa, że jako narrator DH2 i posiadacz najpotężniejszej postaci w grze w pewnym sensie "jechałeś na kodach". Niemniej mieliśmy tu znacznie więcej, niż choćby w walce Lorgan vs Fist, gdzie poprzedni komandor szybciej rozgniótł rywala. Tu mamy po prostu wykorzystanie możliwości Uzukiego i lekki, bardzo klimatyczny god mode. W sumie, walczyłeś z NPCem, masz najmocniejszą postać zatem miałeś prawo tak pograć.
Muszę nadmienić jeszcze inną, moim zdaniem wielką zaletę. Motywy muzyczne, naprawdę bardzo dobrze dobrane i zsynchronizowane z akcją wpisu znowu tworzyły klimat oglądania anime.
Wady? Czysto stylistyczne. A to źle stojący przecinek, a to za długie zdania. To się jednak zdarza, bo w końcu jesteśmy tylko amatorami. Nie wpływa to natomiast na znakomitą jakość wpisu.
Ocena;9,5/10 |
_________________ Hate me now.
Netykieta Fan |
|
|
|
 |
» Drax
Kenpachi

Karta Postaci
Postać: Seiji Hayashi
|
Wysłany: 2010-07-19, 20:48
|
|
|
Squaerio
Ktoś już tu wspomniał o czitowaniu. Jakie, kurna, czitowanie? Przecież to Sq jako Narrator wszystko wymyślił i napisał, więc można to poniekąd uznać za "część" tego wpisu.
Najlepszy fragment wpisu:
W sumie było kilka naprawdę klimatycznych, ale najbardziej do gustu przypadł mi moment, w którym to twoja postać po raz kolejny "powraca do życia" i powoduje zrozumiały dreszcz strachu u zdradzieckiego Konoe. Ładnie skomponowane, dobrze dobrana nuta, ach... gdyby nie pewna mała, gryząca rzecz, uznałbym ten fragment za najbardziej epicki w ostatnich czasach ( nawet biorąc pod uwagę twój opis "walki" Kenpachi&Klaun vs Soutaichou ). Mianowicie chodzi mi o "niepojętej skale reiatsu". Ja rozumiem, że twoja postać jako Komandor powinna być skoksowana, a nawet musi taka być, ale trzymajmy się faktów: obecnie energią duchową na niepojętą wręcz skalę dysponuje Alexx i nie zabierajmy mu tego. Twoja trzyma się na poziomie moim i Kalamira ( i kogoś jeszcze, nie pamiętam ), zatem jest ogromna i "tylko" tyle.
Postacie:
Świetnie ukazałeś tragizm Ichizo Konoe, brawo! Jako twórca tej postaci nie spodziewałem się, że tak świetnie go wykorzystasz i po trochu czuję się dumny. Bardzo przekonujący charakter, jego wiara w Lorgana i "że wszystko będzie dobrze" ukazane w sposób nie pozostawiający wątpliwości.
Otoczenie:
Świetnie zdemolowałeś pomieszczenia Rady 46, ach, jak ja bym chciał, by to przypadło Seiji'emu Plus.
Fabuła i przebieg starcia:
Moi poprzednicy już wspominali, że czyta się to bardzo płynnie i można sobie bez problemu wyobrazić przebieg akcji. Zgadzam się. Lekki godmode nie przeszkadza aż tak bardzo, ostatecznie oberwałeś mocniej niż ja w trakcie walki z Matheo&Sadako xD.
Podsumowanie:
Śliczny wpis, z dwoma fajnymi nutami. Potęga komandora jest, tragedia przeciwnika jest, dramat jest. Od Ciebie wymagam jednak więcej Nie ma 10, ale będzie:
9/10 |
_________________ Primus inter pares |
|
|
|
 |
» Zero
Great Student Cebula

Reiatsu: i tak mam większego od Was
Postać: Kamiiru Tagawa, lat 22, kawaler
|
Wysłany: 2010-07-29, 15:37
|
|
|
Zacznijmy od tego: jak słusznie zauważyłeś wszystko przez shouneny. Ten klimat się czuje, szczególnie jeśli jest się Zerkiem oddychający nimi, jak powietrzem. Zdążyłem już powiedzieć, nie wszystko w tej konwencji jest dobre. Opowiadanie jest bardzo typowym przedstawicielem gatunku, z podziałem na czarne i białe, oraz sztandarowymi motywami. Streścić je da się bardzo łatwo: opętany typowymi do bólu iluzjami ten zły staje naprzeciw tego dobrego (i ma się cały czas nieodparte wrażenie, że to gdzieś już było... fakt, trudno wymyślić coś nowego, a poza tym... kogo to obchodzi? Mnie nie). Ten pierwszy w istocie bardziej budzi litość, Uzuki zaś dzierży w dłoni ostrze prawdy i słuszności. Brak tu Wiedźminowskiego wymieszania barw idących w szarość, łatwo da się określić białe i czarne, nawet aż za dobitnie jest to pokazane. Wręcz scharzcharakter może irytować swoją ślepotą w imię dobra we własnym przekonaniu. Typowy minus shounenów, odłożyłbym to na bok z dwóch powodów. Pierwszy: po co sobie przesadnie komplikować, a na dodatek nie wszystko zawsze jest szare. Drugi: wykorzystana konwencja zapewnia satysfakcję (o ile jesteśmy w stanie przełknąć pewne uproszczenia), po jakiego kija więc szukać dziury w całym?
Jeśli mamy to za sobą możemy pełną piersią oddychać rześkim patosem, wypełnić żyły dającym kopa tym bajkowym klimatem. Oj, przecież wszyscy to kochamy, no nie? Jak już mówiłem schemat shounena zrealizowany został podręcznikowo: jest odbijanie ataków z dziecinną łatwością, poziom sił nie do przeskoczenia, przetrwanie monstrualnie silnych ataków... ale nie to jest najważniejsze.
Dochodzimy do wspaniałego momentu, w którym muszę zdemaskować fałszywą skromność: | Cytat: | | "Dla podbicia plastyczności, wprowadziłem dwa motywy muzyczne. Cholernie trudno jest zgrać charakter utworu ze słowem pisanym, ale zdaje się, iż nie odniosłem na tym polu kompletnej porażki. Beta testy czytania z różną prędkością osiągnęły zadowalające rezultaty" | Stawiając pierwsze kroki w Gotei miałem identyczny zamiar: zsynchronizować muzykę z tekstem tak, żeby współgrała z nim tworząc obraz wyjątkowy. Zdałeś ten test na 100%, tak więc zacytowany tekst wywołuje uczucia podobne do tych, kiedy szkolna brać mógów klasowych przed sprawdzianami biadoliła "nic się nie nauczyłam, zapytam już kiedy poprawa", by dokonać cudu i wyjść z celującym. Naprawdę, początek utworu dograny z momentem powstania Citana zasługuje na celujący. Czuje się trochę zazdrosny, bo tyle razy próbowałem osiągnąć podobny efekt, a często kończę kiczem. Następny czas wykorzystania muzyki i tekstu aż tak mnie nie ujął, dalej to jednak nie tylko udane wykrorzystanie "mojego" (w cudzysłowiu, bo jedynie pierwszy na to wpadłem i rzecz jasna nie mówie tego poważnie - Fist jednak miałby coś tu do powiedzenia) bardzo starego pomysłu - to wykorzystanie wzorowe, którym powinni kierować się inni wrzucającym kawałki do wpisów. Często przesadzaja z ich ilością, albo nieumiejetnie wspólgrają one z tekstem... cóż, sam wiem że to nie łatwe, ale teraz przynajmniej jest dobry przykład.
Już na początku czytania wychwyciłem coś, w czym starałem się dopatrzeć błędu. "Zrezygnowałem z przesadnej kwiecistości stylu, bezsensownego makaronizowania a co za tym idzie - rozwlekłych opisów bohaterów i świata przedstawionego.". Prawdę mówiąc, takie podejście mi nie przeszkadza. Tylko raz przez to odczułem, ze wpis stracił nieco, jest to jednak minimalna strata. Kiedy Ichizo używa Akkidou: Enjiresu Jumon mam wrażenie, iż przyjęta ogólna forma dla tekstu mogłaby ten jeden jedyny raz odejść na bok i mogłeś pokusić się o bardziej plastyczny, że tak powiem po chłopsku "dojebany" opis. Gdzie indziej nie spotkałem sie z takim niedosytem.
Z czego nie czuje się do końca zadowolony (jak to pyszałkowato brzmi...)? Nawet w moich ukochanych mangach przydługie dialogi bohaterów nie specjalnie mi pasują. Dosyć też przewidywalne są w myśl pewnego schematu ("więc taka... jest między nami... rożnica" - jakbym to słyszał dziesiątki razy... no tak, przecież słyszałem!). Zdaje sobie jednak sprawę z celu takiego działania. Wiadomo, że wypowiadana w głowie cała myśl zlego "haha, a teraz zrobie tak, on się nie zorientuje i wtedy" brzmi nienaturalnie i oczywiście nikt tak nie robi... ale taki obrałeś sposób na wyjaśnianie wszelkich działań, taka konwencja. Mi to pasuje.
Z uwagi, iż wybieram się na Woodstock resztę oceny dokleje potem. Zwróciłem uwagę na najważniejsze, powody 9.5/10 są chyba jasne. Jest to najlepsze co czytałem w Gotei od dawna i tchnęło we mnie chęć grania, zaś motyw Contractora przypomniał dawno zapomniane uczucie, dla którego tu grałem. Dzięki. |
|
|
|
 |
^Rada_46

|
Wysłany: 2010-08-01, 13:44
|
|
|
Typowanie Zamknięte.
Squaerio – 46 ptk. (9,2)
Ichizo Konoe – 35 ptk. (7,0)
Zwycięża Squaerio!!!
Granty:
Squaerio: 6000 Ryo
Matheo: 3000 Ryo
Grochu: 3000 Ryo
Pit: 3000 Ryo
Drax: 3000 Ryo
Zero: 3000 Ryo |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
darmowa reklama
toplista pbfów
 | |
|