|
[DH#2]Dariel&Lee vs. Alexx |
| Autor |
Wiadomość |
^Dariel
Dziekan AD

Karta Postaci
Reiatsu: 196
|
Wysłany: 2010-06-06, 22:45 [DH#2]Dariel&Lee vs. Alexx
|
|
|
Dariel Lee Alexx
Serce łomotało mi jak oszalałe. Oddychałem coraz szybciej, płuca nie dawały rady przetwarzać takiej ilości powietrza. Czułem drżenie ramion. Złość nabierała na sile, przysłaniała zmysły, okłamywała logikę i zdrowy rozsądek. Nigdy nie ufałem kapitanowi, jednak teraz przekroczył on wszelkie granice szaleństwa. Kochał mordować, rozszarpywać. Był bestią, która wciąż pragnęła ofiar. W tym momencie, ktoś musiał go powstrzymać. Nie ten dupek, znajdujący się obok mnie, nie komandor, nie inni kapitanowie. To będę ja. Doprowadzę do tego, chociażbym miał poświęcić swoje życie.
- Atakujemy – powiedział porucznik Ni Bantai – teraz!
Alexx stał zszokowany. Miał niewinną minę, jak gdyby nic się nie stało. Wnikliwie obserwowałem go, kiedy spotykaliśmy się w dywizji i znałem ten wyraz twarz. Nawet zabijając skazańca potrafił nie wskrzeszać w sobie żadnych uczuć. Oczy łaknęły śmierci, pochłaniały ją, niczym dziecko czytające obrazkową książeczkę. Dezeonu machał jedynie ręką, niczym komik w sitcomie starający się pokazać swoją niewinność.
Lee zaszarżował. Od razu użył migoczących kroków, by jak najszybciej dorwać przeciwnika i wbić mu miecz w trzewia. Pochopny ruch. Niedocenia kapitana. Zginie.
Wyruszyłem za nim, używając tej samej techniki. Półtora metra przed Kasai Kuyicha napotkał opór w postaci mojego Zanpakutou. Łatwość w jaki sparowałem jego cios, zaskoczył nie tylko jego, ale i mnie. Spodziewałem się czegoś więcej po poruczniku.
- Co robisz! – wydarł się na mnie. – Jest całkowicie bezbronny! Patrz – wskazał drugą ręką, nietrzymającą katany, na pustą sayę u Alexxa – nie ma swojego Opiekuna Dusz!
- I co z tego – nasze spojrzenia skrzyżowały się. Lee nie wytrzymał i spuścił wzrok. Wiedziałem, że mój tatuaż zaiskrzył, otoczyła mnie błękitna poświata. Przyjemne ciepło roztoczyło się dookoła mnie. Kuicha czuł wzmacniające mnie reiatsu. – Nie znasz go! Niedoceniasz!
- Brawo, Okaeshi, Brawo! – uradował się Dezeonu. – Wiedziałem, że nie zdradzisz mnie, swojego ojca!
Szybkim ruchem pozbyłem się napierającej klingi z mojego ostrza i odwróciłem się do byłego przełożonego. Stał uradowany na białym, kamiennym bruku. Uśmiechał się, szczerząc swoje żółte kły. Makijaż miał całkowicie rozmazany. Kilka kawałków obcej skóry zwisało mu z brody i uszu.
- Nie jesteś moim ojcem! – wstręt napawał moją duszę, słysząc tamte słowa z ust świra.
- Ale rodzina! – Alexx spochmurniał, jak mim, kiedy podczas przedstawienia, żadna z obserwatorek, nie zechcę wejść na scenę i dać się mu porwać w wyimaginowanej historii. Wszystko sztuczne, wszystko na pokaz.
- Gówno, a nie rodzina! – zaoponowałem. Słyszałem lekki oddech Lee za sobą. Był podenerwowany całą sytuacją. Nie miał pojęcia co się tu dzieje. – Ty i te twoje gadki na temat dywizji. Jesteśmy rodziną! – zironizowałem – Pomagajmy sobie! Pierdolenie – czułem jak budzi się we mnie kolejna fala wściekłości. – Nigdy nie wiedziałeś kim naprawdę jestem! Nie obchodziło cię to! Nawet nie wiedziałeś, że jestem Shiro! Pierdoliłeś ciągle o Okaeshim, jakby to on był mną – wycelowałem swoim ostrzem prosto w niego. – Teraz zginiesz, tutaj!
W tej samej chwili ochrypły, gardłowy śmiech wydobył się z ust klauna. Zaraźliwy i kąsający rechot niczym jadowity wąż. Donośne wycie zmieniło się w leciutki chichot płynący wraz z powietrzem do uszu, stojących tuż przed nim Shinigami. Alexx nie przestawał się śmiać.
Staliśmy zszokowani reakcją świra. Lee nawet nie drgnął. Wiedziałem, że kapitan coś kombinuje…nie wiedziałem jeszcze co. Po chwili moja złość zdawała się ustępować. Humor, który przez cały ciężki dzień, był zepsuty, niczym zęby Sida, poprawiał się. Kąciki ust powoli, mimowolnie podnosiły się do góry. Czułem, że mam ochotę się śmiać. Porucznik Dwójki nieśmiało chichotał.
Nie miałem dużo czasu. Odwróciłem się do stojącego obok Boga śmierci i walnąłem go z całej siły w ucho. Rzuciłem go na ziemią, a ten pozostając pod działaniem Śmieszącej Postawy nie stawiał oporu. Gdy upadł na podłoże, jego wzrok wyglądał normalnie, nie wydawał się już nieobecny.
- Co ci się stało? – zszokowany zapytał.
- Zabieraj Lithi! – tylko to kołatało w mojej głowie. Wiedziałem, że jak rozpocznie się walka, mała będzie w wielkim niebezpieczeństwie. Śmiech Alexxa dalej unosił się w powietrzu.
- Ale…
- Teraz! – przerwałem. Niemiałem czasu na niepotrzebną gadaninę. – Popatrz na nią! Po co ją ratowałeś, skoro ma zginąć! Będzie w samym centrum walki!
Kuiycha zamilkł. Rozważał moje słowa. Nie miałem czasu. Za chwilę śmiech Kasaia znów owładnie jego umysł. Nie mogłem użyć siły. Bezsilność?
- Proszę! – krzyknąłem i złapałem za jego ubranie. Błaganie. Upokorzenie. Dla dumnego wojownika oznaczało hańbę, ale w tej chwili zapewniało bezpieczeństwo dziewczynki. Potrząsnąłem nim, jak dziecko, które ma pretensje do ojca, że zginęła mu matka.
- Dobrze – powiedział spokojnie Lee. Wstał szybko i otrzepał z naleciałości kurzu swój strój. – Tylko przeżyj do momentu mojego powrotu – uśmiechnął się radośnie. Następnie podbiegł do dziewczynki i używając techniki Shunpo udał się w bezpieczne miejsce. Dezeonu nie przestawał chichotać.
Na placu bitwy zostaliśmy tylko ja i Alexx. Kapitan i podopieczny. Jeden z nas dziś zginie.
Koniec Szaleństwa
- Skończ się śmiać! – powiedziałem spokojnie. – Byłem w dywizji wystarczająco długo, by uodpornić się na tę technikę.
- Możliwe – Kasai skończył rechotać, a jego twarz momentalnie zmieniła swój wyraz. Białka podeszły czerwienią z popękanych żyłek. Usta wykrzywiły się w przerażającym grymasie. Zdawał się być wściekły. Po raz pierwszy widziałem coś takiego u byłego kapitana.
Zaatakowałem. Miałem zamiar wykończyć go jego niewiedzą…i moją szybkością. Użycie migoczących kroków znacząco ułatwiało mi sprawę. Trzy szybkie cięcia. Żadne nie dotarło do celu. Ex-Kenpachi z kocią zwinnością uciekł spod rozpędzonego ostrza. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Śmierdział potem, krwią i śliną. Jego kruczoczarne włosy były tłuste i lekko podpalone. Tanie kosmetyki, farbki których używał do malowania - śmierdziały spirytusem i rozpuszczalnikiem. Mieszanina zapachów sprawiła, że mój żołądek zdawał się kurczyć, a jego zawartość powoli podchodziła do przełyku.
Alexx uderzył mnie otwartą ręką po twarzy. Jego oczy znowu były wesołe, radosne, ale nie przestały być szalone.
- Niegrzeczny chłopczyk – zarechotał – podnieść miecz na ojca.
- Spierdalaj – odpowiedziałem i starałem się wyrwać rękę z potężnego uścisku. Nie puścił.
- Jesteś rybcią na haczyku u rybaka. Ja jestem haczykiem, życie to wędka, a śmierć… - na twarzy Kasai znów pojawił się uśmiech. Podły, przerażający i obleśny. – Śmierć jest rybakiem. Dziś złowi ciebie!
Nie zdążyłem powiedzieć czegokolwiek. Właśnie leciałem z ogromną prędkością ku ścianie najbliższego budynku. Uderzenie mogło zmasakrować twarz. Shunjapu i Dai uratowało mi życie, pozwalając znaleźć się nad budynkiem. Odetchnąłem z ulgą. Nie na długo.
Alexx doskoczył do mnie i chwycił moją kostkę. Śmiał się przy tym jak dziecko w piaskownicy, która zabrało innemu dziecku grabki – szyderczo i zwycięsko. Rzucił mną na dach. Był silny. Znacznie potężniejszy niż mi się wydwało.
Przebiłem się przez strop i dostałem do środka. Prosta, zwyczajna siedziba. Niewiele mebli, wszystko wykonane z sosnowych desek. Nawet ściany. W środku nie było żywej duszy. Czyjeś łóżko zamortyzowało upadek. Kurz, kawałki połamanych desek i kilka kropel krwi – to otaczało mnie podczas krótkiej chwili odpoczynku.
Odskoczyłem i chwyciłem pewniej rękojeść. Spodziewałem się, że zaraz, w ślad za mną, wyląduje tutaj mój były kapitan. Minęła chwila i nic się nie wydarzyło. Jednak dalej czekałem na atak. Z każdą mijającą sekundą do mojej głowy napływały myśli, że może uciekł, może walczy gdzieś na górze z porucznikiem Dwójki, albo udał się w pościg za Lithi.
Tuż obok mniej twarzy, przez drewnianą ścianę, przebiła się ręką. Blada skóra, brud, zniszczone paznokcie i krew była wskazówką, kto czaił się w pokoju obok. Dłoń chwyciła mnie za usta, blokując dopływ powietrza. Z drugiej strony, przez deski, przebiła się głowa Dezeonu. Na jego twarzy nie było nawet śladu zderzenia z mocną i twardą ścianą.
- Cii… - wyszeptał mi prosto do ucha, aż po moim ciele przeszły ciarki, jak po wejściu do lodowatej wody – nie chcemy przecież obudzić gospodarzy?
Dopiero teraz spostrzegłem, że na podłodze leżą dwa ciała, całkowicie poharatane. Kałuże krwi wsiąkły w puszysty, perski dywan, który leżał na podłodze. Widocznie rebelianci musieli zaskoczyć Shinigami tu przebywających. Jedną z ofiar była kobieta. Ubrania były zdarte, na jej ciele widać było liczne sińce i krwiaki po pobiciu. Kilka lekkich szram, z których jeszcze sączyła się krew i jedna poważna, pomiędzy trzecim i czwartym żebrem. Jej twarz była odwrócona w moją stronę. Mimo obrażeń, była piękna. Jasna cera i blond włosy ładnie ze sobą współgrały. Skóra była zadbana, jędrna, krągłości kobiece prawdopodobnie powodowały liczne podniecenia nie tylko magików z Piątki, ale i innych Bogów śmierci oglądającej ją w ubraniu. Po chwilowej obserwacji zauważyłem, że błędnie nazwałem ją trupem. Żyła jeszcze, chociaż bez natychmiastowej opieki była o krok, od ponownej śmierci. Skurwysyny zgwałciły ją, a następnie pozwolili jej chwilę pożyć, by mogła przetrawić okropieństwa tej walki. Śmierć męża i zhańbienie. Zostawiona na powolną śmierć, w kącikach oczu zgromadziły się łzy.
Alexx zachichotał. Bawił go widok rzezi. Nie współczuł nikomu, nie miał w sobie za grosz empatii, nie brał życia na serio, również śmierć była tylko dla niego partnerką do zabawy. Przycisnął mnie do ściany. Jego głowa znikła w otworze, a po chwili wyłoniła się drugą ręką, która chwyciła mnie. Znaleźliśmy się w jednym pokoju, po tym jak przebił mą osobą drewnianą przedziałkę. Upadłem na podłogę starając się wyrównać oddech. Kopnięcie spowodowało, że wyłożyłem się na plecy.
Kasai kolejny raz zaczął się śmiać. Dało mi to czas na podniesienie się. Dwa ciosy, które wyprowadził w moim kierunku natrafiły na powietrze. Wysokie kopnięcie było przewidywalne i niecelne. Dwa piruety i byłem w bezpiecznej odległości od kapitana. Wycelowałem ostrzem w niego.
- Czas to zakończyć – powiedziałem, chcąc nadać odrobiny patosu, tej chorej walce. Chciałem powiedzieć kilka słów na temat dobra, na temat jego chorej psychiki, jednak nie odnalazłem właściwych słów. Jego dłoń chwyciła moje ostrze i zacisnęła się, nie pozwalając mi wyzwolić jej z uchwytu.
- Wiesz czemu – zaczął – wywołaliśmy tą rebelię? Wiesz czemu są trupy? Wiesz czemu?
- Dla zabawy? – odpowiedziałem. – Dla głupiej, chorej przyjemności. Jesteś cholernym sukinsynem, wiesz? – w oczach klowna zapaliły się ogniki, jakbym powiedział mu komplement. – Zacząłeś to dziś, a ja dziś to skończę.
- Ty? Skończysz szaleństwo? – moje słowa najwidoczniej wprawiły go w wyśmienity humor. Śmiech znów zadźwięczał w jego gardle i wypełnił pomieszczenie. – Twoje szaleństwo jest gorsze niż moje. Ja…
- Nie jestem szalony! – zaoponowałem i urwałem. Nie miałem pojęcia co mu mogę odpowiedzieć.
- Jesteś! Ja ukrywam się pod maską wykonanej z farbek i makijażu. Ty nie masz żadnej maski. Nic nie chroni cię. Nie możesz uciec. Wszystkie twoje pluszowe misie zostały wyprute… przeze mnie! – zachichotał – Pod własną maską udajesz normalną duszę, a w rzeczywistości jesteś gorszy niż ja.
Mówił. Nie przerywałem mu. Nie chciałem słuchać jego monologu na temat mojej osoby, ale mimo wszystko stałem, jak zahipnotyzowany. Nie zważał na to, że moja klinga żłobiła w jego dłoni ranę, z której sączyła się krew, a cieniutki strumyk płynął po bieli mej katany, by skapywać powoli koło tsuby.
- Ty lubisz ciepło dotyku, ja lubię ogień. Ty lubisz jak się błyska, ja… lubię burzę. Ty lubisz walczyć, ja… wolę pożerać duszę. Więc walczmy tak, aby poznać słodki śmierci smak!
Odchylił moją katanę, a ja o mały włos, wypuściłbym ja ze swoich rąk. Nienaturalny kąt w jaki ułożył swoje ramię, możliwy był tylko dzięki Szkole Węża. Rzucił się na mnie z zadziwiającą zwinnością. Podcięcie nie poskutkowało, jednak prawy sierpowy trafił w bark. Spadłem na ścianę. Czułem jak dolna część mojego kimona nasącza się krwią. Nie moją.
Wylądowałem na grubszym Shinigami, który przecięty na pół leżał na podłodze twarzą do dołu. Alexx nie czekał na moją reakcję na makabrę wyrządzoną przez jego ludzi. Zasypał mnie gradem ciosów. Kilka z nich trafiły mnie w szczękę, skroń i podbrzusze. Ostatni kopniak sprawił, że wyleciałem przez szybę i wylądowałem ponownie na ulicy. Dookoła pełno ciał, zarówno Bogów Śmierci jak i rebeliantów. Podniosłem się lekko i ogarnąłem ogrom masakry. Czułem zapach krwi, spalenizny i odór śmierci. Porozcinane, drgające końcówki leżały na bruku, podskakując w ostatnich konwulsjach. Kilka budynków zajętych było ogniem, oświetlało okolicę, wzburzając ciemnopomarańczową łunę.
Tuż po mnie z budynku wyskoczył Kasai. Z jego ust nie schodził szyderczy uśmiech. Rzucił się na mnie niczym bestia, atakująca niewprawionego i nieostrożnego łowcę. Pragnie jedynie rozszarpać jego ciało. Dorwać się do wnętrzności i pochłonąć je. Instynkt. Nie. W tym wypadku szaleństwo. Bo monstra chcą się pożywić, a Dezeonu chce rozrywki. Zniszczenie powoduje radość, smutek wesołość. Śmierć - chęć do życia.
Kolejne ciosy padły na moje ciało. Całkowicie zapomniałem o gardach, paradach i unikach. Kilka uderzeń sprawiło, że wzleciałem lekko w powietrze. Krótko szybowałem podbity do góry. Następnie upadłem kilka metrów dalej wzbijając kurz z ulicy. Ubranie było porwane, nasiąknięte krwią moją i poległych tu wojowników. Czas działać.
Wezmę garść piasku, którym owiane są ulicę. Rzucę mu w twarz, by przez chwilę go oślepić. Następnie szybie cięcie w prawe kolano, by stracił równowagę i ukląkł. Potem piruet i uderzenie rękojeścią w potylicę, sprawi, że przez chwilę będzie zamroczony i złapie się za bolącą głowę. Potem cięcie w pierś kopnięcie w twarz. Upadnie na ziemię, a wtedy szybko pozbawię go marzeń. Wraz z głową.
Niepostrzeżenie wziąłem żwir z bruku. Rzut. Oślepienie. Sekwencja ciosów i finałowe kopnięcie. Wynik przewidywany, Alexx leżał wśród trupów. Doskoczyłem do niego, by dobić, jednak moje pchnięcie zablokował ręką. Jego kolano wygięło się naturalnie, podcinając mnie. Nie straciłem jednak równowagi i zdążyłem odskoczyć.
- Spójrz na ten świat – chichotał, wstając powoli z ziemi. – Mówią o nas – szaleńcy! Ale my, jako jedyni nie okłamujemy wszystkich, że jesteśmy normalni. Ustalamy reguły, którymi oni się żywią, a my łamiemy. Wiesz kto tak postępuje? – spojrzał po mnie, jednak ja dyszałem ciężko i nie miałem ochoty odpowiadać. Po chwili kontynuował – królowie. Władców nie dotyczą żadne reguły. Ja byłem psem, który miał być posłuszny panu. Jednak… komandor nie karmił mnie odpowiednią karmą. Marniałem. Teraz… Teraz jestem odżywiony! Pokąsałem rękę króla i żywię się jego rodziną. Jestem swoim jednym panem. Pies zmienił się w…
- Zamknij się! – nie wytrzymałem. – Twoje słowa są niczym innym niż gadaniem szaleńca. Nie zasługujesz nawet na sąd. Chcesz zabijać i nie patrzysz na to, dla kogo jesteś katem. Zabijasz matki z dziećmi. Ich mężów. Zabijasz niewinne dusze. Niszczyć ten świat! Trzeba cię osądzić!
- Osądzaj! Zenshin! – błysk oślepił na chwilę klowna. Łuna czerni i bieli otoczyła moją katanę. Alexx nie mógł podziwiać tego widoku. Był olśniewający, piękny. Czas na prawdziwą walkę.
- Shi…Kai? Od… - kapitan nie dokończył pytania. Moje ostrze już nacięło jego skórę na klatce piersiowej, robiąc, wraz z poprzednim atakiem, wielkiego iksa. Z ran trysnęła krew. Kolejny cios padł na ramię, jednak przed tym ciosem zdążył odskoczyć. Wyczuwałem jego zdziwienie. Musiałem to wykorzystać.
Migoczący krok, cięcie i odskok. Powtórzenie. Za drugim razem nie napotkałem przeciwnika. Za to jego pięść napotkała moją skroń. Odskoczyłem zamroczony. Nie zdążyłem zareagować, kiedy klown podbiegł do mnie i złapał za twarz. Uderzył moją głową o pierwsza napotkaną ścianę. Rozpędzał się. Kolejna ściana ustąpiła przed naporem mojego ciała i biegnącego Alexxa. Ten znów zaczął mówić.
- Podobno nie wolno kochać wszystkich naraz! Wszystkiego co się rusza – cześć jego słów zagłuszał huk niszczonych drewnianych ścian i jego śmiech. - A kogo wolno jeśli jesteśmy tylko częścią strumienia życia? – zapytał retorycznie. Pociemniało mi w oczach. Przebiłem swą głową jakieś siedem, osiem desek. Czuję, jak z każdą kolejną ścianą coraz mocniej szumi mi w głowie. - Nie wolno być szalonym, wchodzić w ogień i rozmawiać ze sobą o głupich, nieznaczących snach.
Wypadliśmy kolejny raz na ulicę. Alexx przebił moją osobą cały budynek. Tył mojej głowy był pełen ran, które obficie krwawiły. Klown trzymał mnie za twarz i nie puszczał. Zmęczył się i zaczął dyszeć, przemieniając ciężki oddech z obłędnym chichotem. Moje nogi bezwładnie opierały się o podłoże. Podświadomie trzymałem z całej siły Zanpakutou. Dezeonu zbierał siły.
Po kilku chwilach wydarł się w niebogłosy. Rozerwał otaczającą nas ciszę, niczym pies niszczy szmacianą zabawkę. Byliśmy sami w tej uliczce. Walki już dawno zaprzestano w tej części Seiretei. Dookoła walało się kilka trupów. Żadnych jęków, żadnych krzyków, żadnych objawów życia. Świr uniósł mnie jedną ręką przed siebie. Powieka mi drżała jednak starałem przezwyciężyć ją i spojrzeć oprawcy w oczy. Ten wziął rozmach i rzucił mną parę metrów do przodu. Moje ciało uderzyło kilka razy o ziemię nim wylądowało wśród kilku ciał rebeliantów. Kurz wzbił się ku górze zasłaniając mi widok.
Po chwili poczułem, jak coś ciężkiego dopada mnie i siada na żebrach. Czuję jak każda kość trzeszczy, błagając o litość. Moja podświadomość również pragnie zakończyć to jednostronne widowisko. Jednak nie ja. Może to miał na myśli kapitan, mówiąc o moim szaleństwie. Leżałem poobijany na ziemi, a Alexx siedział na mnie. Uderzył mnie z całej siły, łamiąc mi nos. Krew wytrysnęła na jego nogi. Nie mogłem się ruszyć.
- Ciekawe o czym myślisz… w tym momencie – śmiał się pewien triumfu. - Ja właśnie pochłaniam opary śmierci i patrzę na porządek zniszczenia! Ty pragniesz wszystko zepsuć, ja składam znów do kupy! Ale ogólnie jesteśmy szczęśliwi, że spotkaliśmy się w tę noc!
Gadanie wariata. Na moją twarz spadło kilka kolejnych ciosów, łamiąc kości policzkowe, powodując pękniecie skroni i rozszarpanie warg. Krwiaki i sińce zabarwiały moją twarz, wciąż puchnąc. Wyglądałem niczym kawałek mięsa prosto od rzeźnika. Każde kolejne uderzenie było słabsze. Nie wiem, czy to ze względu na powolne tracenie przeze mnie świadomości, czy Dezeonu słabł. Ostatnim wspomnieniem, jakie pamiętam, była kropelka wody, łza wypływająca z oczu szaleńca, powoli podróżująca po policzku pokrytym farbą i kosmetykami, rozmazując wszystko, co spotkała na swej drodze.
***
Czułem ciemność. Przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Przyjemne pulsowanie. Po kilku chwilach zimno i ból. Własny płacz dławił mnie. Krzyczałem. Potem samotność, przenikający aż do kości chłód. Zapominałem. Kolejna zmiana, teraz wszystko mnie bolało. Czułem się zawiedziony, oszukany. Cierpiałem i bałem się czegoś, na czym mi zależało. Powoli to traciłem. Nienawidziłem. Jednak w następnej sekundzie odczułem przyjemne migotanie w żołądku. Miłość? Wstydziłem się ale nie mogłem powstrzymać przyjemnego bicia serca. Wznosiłem się w przestworza nadziei. Ekstaza nie potrwała długo i spadałem. Kolejny raz smutek targnął mym wnętrzem. Znajdowałem się pomiędzy radością a smutkiem, nie mogłem skupić się na niczym. Potem znowu ból. Piłem własną krew, na ustach miałem jej słodki smak. Następnie szorstkość oplatającą moją szyję. Strach. Dusiłem się, nie mogłem nabrać powietrza. Przez chwilę nie czułem nic, potem zdziwienie. Rozczarowanie i szał. Pragnienie zemsty i zniszczenia, które stopniowo odpływały w zapomnienie, a ich miejsce zajęło szaleństwo. Coraz więcej szaleństwa!
- - Dariel! - jakiś głos wezwał mnie z powrotem. Byłem poobijany i ciężko dyszałem. Nie miałem pojęcia ile czasu minęło od czasu gdy zemdlałem. Jednak dźwięk mego imienia zabrzmiał ponownie. Znałem ten władczy, wszystkowiedzący ton i spokojną artykulacja słów. To był Zenshin, mój Opiekun Dusz.
Otworzyłem oczy. Powieki były opuchnięte, widziałem otoczenie tylko poprzez cienkie szparki. Wargi zmęczone, resztki krwi wciąż znajdowały się w moich ustach. Zakasłałem i wyplułem ślinę zabarwioną na szkarłat. W mojej dłoni dzierżyłem Zanpkautou, które powróciło do zapieczętowanej formy. Energia Alexxa zgromadzona w Zenshin spłynęła na mnie. Prawdopodobnie dzięki temu jeszcze żyję… Ale nie czułem się najlepiej. To co się działo kiedy byłem nieprzytomny, zdawało się być czymś prawdziwym, namacalnym. Czułem, że umieram. Czułem ból i szaleństwo!
- To nie byłeś ty, głupcze! – kolejny raz odezwał się telepata. - Ostrze było naładowane energią duchową twojego wroga. Kiedy zemdlałeś automatycznie zapieczętowało się, a reiryoku klowna spłynęła na Ciebie.
- Te wizje, to przez jego energię? – zapytałem. Przez chwilkę nie uzyskałem odpowiedzi, ale w końcu odezwał się.
- Może tak… może nie. – To nie było to, czego oczekiwałem.
Powoli wstałem. Wyczuwałem w pobliży energię Alexxa. Walczył z kimś. Kuyicha wrócił! Spojrzałem po pokoju. Było tu pełno drewna i drzazg. Nie tylko z otworu, którym przytaszczył mnie Kasai, ale również była tu druga dziura w ścianie. Ktoś musiał wbić się w nią i wylecieć razem z Dezeonu.
Wyjrzałem na ulicę. Płomienie dalej okrywały miasto przerażającą, krwiście czerwoną łuną. Gdzieś w oddali dochodziły mnie ślady walki i okrzyki. Coraz rzadsze, jakby cała rebelia oddalała się od tego miejsca, albo wojna dogorywała. Ulice pokrywała świeża krew. Kilka dziur w ścianach okolicznych budynków, wielkości dłoni, stóp bądź całego ludzkiego ciała wskazywały na to, że walka była bardzo brutalna.
Zeskoczyłem z piętra i przypatrzyłem się ulicy. Szkarłatna ciecz wymieszana z fioletowymi grudkami jakiejś nieznanej substancji. Prawdopodobnie była to skruszona farba z makijażu Alexxa. Lee nie żałował mu ciosów, okraszając krwią szaleńca pobliskie budynki. Ciosy porucznika Ni Bantai były najwyraźniej bardzo mocne, gdyż na ulicy znalazłem pożółkły, trzonowy ząb byłego kapitana. Ta utrata najwidoczniej rozwścieczyła kapitana, bo przejął inicjatywę, łapiąc oponenta za czerep. Kilka sztuk jasnobrązowych włosów leżało na ziemi.
Użyłem migoczących kroków, by szybko dotrzeć na drugą stronę ulicy. Znajdowało się tam kilka dziur w ścianach budynku. Ciosy Alexxa były łatwo widoczne, duże okrągłe wloty, niczym źrenice wpatrywały się we mnie. Pomiędzy nimi, na zakurzonej ścianie krzepła krew. Trzeci cios dotarł do szczęki Lee rozpoczynając kawalkadę kolejnych, szybkich i skutecznych uderzeń. Akcja przeniosła się kilka stóp dalej, gdzie, sądząc po kawałkach lodu i wilgoci znajdującej się w piasku pomiędzy kostkami bruku, Kuyicha użył swojego Zanpakutou. Nie widziałem go nigdy, ale Dezeonu nie miał w tej chwili swojej broni, a z szczątków lodu wyczuwałem znikome reitasu Kuiycha.
Użycie Shi-kai było pewne, gdyż na ścianach znajdowały się głębokie zarysowania, wskazujące na ataki broni kłutej. I nie był to nóż, raczej coś z długim drzewcem, jak pika czy włócznia. Nikt nie zadaje ciosów w taki sposób sztyletem, nawet jeżeli trzyma go po raz pierwszy w życiu.
Lee został zepchnięty do defensywy, ale dalej kąsał. Kawałki ubrań klowna, wraz z jego krwią leżały w niewielkiej ilości na bruku. Natomiast tymczasowy sojusznik był prawie nagi. Zboczenie Alexxa, bądź coś dziwnego pozbawiło porucznika stroju Shinigami. Koszula, kimono, oraz opaska na ramię porucznika zostały rozerwane na strzępy i leżały porozrzucane, w strzępach. Nie zauważyłem krwi, także to nie było szatkowanie w wykonaniu Kasai. To coś innego.
Huk z przeciwległej ściany zaburzył ciąg mojej dedukcji. Kawałki drewna i szyb dotarły do mnie. Intuicyjnie zasłoniłem twarz ręką. Z budynku wyszli, a właściwie wylecieli, dwaj walczący Shinigami. Klown uderzał porucznika gdzie tylko się dało. Lee miał twarz posiniaczoną i całą we krwi. Alexx mimo kilku siniaków i nacięć wydawał się w znacznie lepszej kondycji niż jego nieprzyjaciel.
Kuyicha zablokował cios swoją lewą ręką i natychmiast podniósł się z ziemi, zadając przy tym cios swoim kolanem. Chybił. Kasai uśmiechnął się, a miejsce, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się górna piątka, było puste. Lewa skroń opuchnięta i poraniona. Dolna część kimona była podarte, a z łydki sączyła się krew. Makijaż na jego twarzy był mieszaniną farbek, pudru, brudu i krwi.
Lee miał pokiereszowaną twarz. Nos przetrącony, wargi nabrzmiałe od ran, a prawa powieka był sina i opuchnięta nie pozwalając normalnie patrzeć. Z ubrania zostały mu tylko klapki i dolna część stroju Boga śmierci. Reszta była rozerwana i leżała tuż obok mnie.
Alexx dalej szarżował. Uderzał pewnie, jednak Bukemizu uskakiwał i starał się wyprowadzać kontry. Niestety jego ciosy, nawet jeżeli dosięgły celu, nie były skuteczne. Świr śmiał się jakby ktoś opowiadał dobry dowcip.
Porucznik Dwójki źle stanął. Jego uwaga całkowicie się rozproszyła i skupił się na tym, by nie upaść, całkowicie się odsłaniając. Kasai również to zauważył i pragnął zadać cios. Nokautujący. Wziął zamach.
Migoczące kroki.
Wyprostowana ręka kapitana Dziewiątej Dywizji zatrzymała się kilka centymetrów od miękkiego ciała Lee, tuż obok skroni. Kuiycha przymrużył oko oczekując kończącego ciosu. Nie nadchodził.
- Ha, ha, ha! – śmiech klowna był donośny. Dopiero teraz spostrzegł, ze popełnił błąd, nie wracając do mnie, lecz pozwalając żyć omdlałemu przeciwnikowi. Moje cięcie miało pozbawić go ramienia. Może jakbym wcześniej odpieczętował Zenshina udałoby się. Ostrze wbiło się na dwa, trzy centymetry. Krew powoli spłynęła po łokciu.
- To jeszcze nie koniec – powiedziałem, nie zdając sobie sprawy z tego, jak głupio to brzmiało.
- Nie mój koniec, ani jego – jego czerwone oczy przypominały ślepia diabła, demona z odmętów Hueco Mundo. Były szalone i wściekłe niczym rozjuszony byk. Spodziewałem się tego.
Wyszarpał rękę i starał wytrącić moje ostrze. Bezskutecznie. Odskoczyłem, a ten ruszył za mną. Dałem czas Lee by odsapnął.
Kilka wysokich kopnięć w wykonaniu Alexxa o mały włos nie przetrąciłyby mi karku. Gdyby trafiły. Zręcznie uciekłem przed każdym i starałem się zaatakować. Niestety moje cięcia nie robiły na nim większego wrażenia. Jedynie co mogłem to uciekać czekając na jak najszybsze pojawienie się pomocnika.
Ten przybył. Może za szybko, bo ciężko dyszał i trzymał się za żebra, ale wybił z ofensywy Alexxa trafiając go prawym sierpowym w szczękę. Klown zatoczył się, ale ciągle stał pionowo. Zaśmiał się szyderczo i zaatakował Kuiyche. Starał się uchwycić go w swoje dłonie. Trzy, długie na dziesięć centymetrów, szpony szalały, kuły, drapały i siekały szaleńca.
Alexx niczym rozwścieczona bestia starała się manewrować między mną a Lee. To niezdecydowanie oznaczało jego porażkę. Kiedy atakował mnie, Kuiycha zaczynał swój taniec, celując w nogi i biodro. Ciosy nie były zabójcze, ale osłabiały Kasai’a. Zmieniając cel, ja ciąłem go swoją kataną, po plecach i rękach. Niewielkie rany wypełniały się krwią, która powolnymi strumykami łączyły się w rzekę krwi, wijącej się w spiralach po chudym ciele kapitana.
Przeciwnik zawył. Złapał rozpędzoną nogę porucznika i rzucił nim, niczym szmacianą lalką o najbliższy budynek. Ciało Bukezumi’ego gruchnęło i zsunęło się, klapiąc o podłoże.
- Jesteśmy sami! – zaśmiał się. – Myślimy o ty samym – nie wiedziałem o czym mówił, ale mimowolnie przytaknąłem. Dezeonu lustrował mnie wzrokiem. Ja niewzruszony stałem i patrzyłem się w jego wilcze ślepia.
– Przyrzekam że już nigdy – urwał – nie zabiję się!
Zaatakował, kiedy ja stałe zszokowany jego słowami. Kiedy padł pierwszy cios na moją głowę, myślałem, czy wiedział o tym, że poznałem jego uczucia, mocno skrywane sekrety. Drugie uderzenie trafiło w podbrzusze powodując, że niemalże zwymiotowałem się na ulicę. Kopnięcie z półobrotu odrzuciło mnie i kilkukrotnie uderzyłem o bruk, wzbijając piasek i kurz. Zanim się rzucił na mnie, zdążyłem wypowiedzieć słowa aktywacji Shi-kai.
Jego wślizg zablokowałem z łatwością. Czułem jako ostrze powoli wypełnia się jego energią duchową. Następna seria ciosów również została odparowana. Poza ostatnim, który wybił mnie w powietrze, a szybkie i diabelnie mocne kopnięcie posłało kilka metrów do przodu. Przekoziołkowałem i przytrzymując ostrze tuż przy ziemi, zrobiłem prostą rysę w ulicy, która powstrzymała dalsze odbijanie się.
Alexx nie atakował. Lee przyszedł mi z pomocą. Napierał na niego całą swoją mocą i technikami, jakimi umiał się posługiwać. Wydłużanie kończyn, uniki, szybkie ciosy i cięcia szponami. Kilka nawet dosięgło celu, jednak były za słabe.
Dezeonu złapał szatyna za głowę i grzmotnął nim o ziemię. Usłyszałem chrupnięcie kości. Kuiycha wypluł sporą porcję krwi. Kasai uniósł go i spojrzał w jego poobijaną twarz. Widząc strach i rozpacz, chęć życia, uśmiechnął się tak szeroko jak tylko umiał. Szykował się do ostatecznego ciosu. Powtórzył swój błąd sprzed kilku chwil. Zignorował mnie. Tym razem… moje ostrze było odpieczętowane.
Klinga wbiła się w jego miękkie ciało, tnąc tkanki, gruchocząc kości. Minęła najważniejsze punkty witalne zaledwie o milimetry. Alexx zakaszlał. Z jego ust wydobyła się krew. Ale ten cios nie zabił go. Szaleniec dalej żył, ba, nawet zaczął się śmiać.
Nienaturalnie odwrócił głowę w tył i spojrzał się na mnie. Ręce również powędrowały w moją stronę, chwytając za ostrze. Powoli nadział się na katanę jeszcze bardziej. Ten skurwysyn chce się do mnie zbliżyć! Stałem zaskoczony jego szaleństwem. Zamiast uciekać, błagać o życie, on… chce się zabić. A raczej… zabić mnie, nim sam zginie.
- Kaname – zadusił się krwią podczas kolejnej salwy śmiechu. – Ułożenie kości tak, byś nie zrobił mi krzywdy. Co prawda zaskoczenie było, ale co z tego. Teraz daleko jestem od śmierci, a ty… - spojrzał swoim szalonym wzrokiem prosto w moje źrenice. Urwał. W jego oczach zauważyłem coś, niby strach. W czerni źrenic widziałem swoje oblicze. Niebieska poświata jarzyła się mocno. Nie bałem się.
Nacisnąłem spust. Czułem jak cała bron wibruje od natężenia energii. Nabijając się coraz bardziej na ostrze, wypełniał ją nieświadomie swoim reiyoku. Białą wiązka energii uderzyła w jego trzewia. Oślepiający blask uwalnianych pokładów mocy wyzwolił się z lufy prosto w jego ciało.
Po chwili było spokojnie. Alexx zsunął się z mojego Zanpakutou. Miał rozszarpaną klatkę piersiową i podbrzusze. Słyszałem jak jego mięśnie skwierczały, a on sam syknął z bólu. Mimo wszystko wciąż żył. Czas to zakończyć… na zawsze!
Przyłożyłem klingę do jego szyi. Wycelowałem niczym kat stojący ze swoim toporem nad skazańcem. Powoli uniosłem broń. Przez mój umysł przemknęły wspomnienia z nim związane. Jak mnie przygarnął, żywił, pomagał. Nawet ochraniał mnie, jak wtedy w tawernie, gdy Okaeshi narozrabiał. Nie był złym kapitanem. Starał się. Ale nie można było nad nim zapanować. Chciałem to szybko zakończyć. Rozpędziłem swoje ostrze, które miało pozbawić klowna głowy.
Katana świsnęła. Zatrzymała się na czyimś ostrzu. Lee, cały poobijany stał przede mną, trzymając ledwo swoją broń. Od uderzenia, jego Zanpakutou lekko popękał, a ręka ostatkiem sił utrzymywała w dłoni rękojeść.
- Zostaw go – wydyszał.
- Nie mogę – zaoponowałem – czas to skończyć. Raz na zawsze! Póki mamy okazję!
- To i tak się skończy – Kuyicha zepchnął moje ostrze ze swojego miecza. Oparł się nim o ziemię i starał się łapać oddech. – Tylko zróbmy to tak jak należy.
- Nie mam zamiaru go torturować!
- Źle mnie zrozumiałeś – Bukemizu kiwnął głową przecząco. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Wydamy go w ręce władz. Oskarżą go i w ciągu miesiąca zginie! Za rebelią i zabójstwo! Brutalność i zniszczenie którego się dokonał. Tylko aby to zrobić musi żyć!
- A w raz z nim osądzisz i mnie? – zapytałem będąc pewny jego odpowiedzi. Porucznik milczał patrząc mi w twarz. Widziałem w jego spojrzeniu niepewność. Lekko drżał i osunął się, jednak nie stracił kontaktu wzrokowego ze mną. W końcu odrzekł.
- Nie… - ukrył spojrzenie pod grzywą brązowych włosów. Kąciki jego ust drgnęły, pojawiły się niewielkie wgłębienia. Uśmiecha się. – Ty możesz odejść. Zrobisz co uważasz za stosowne. – Podniósł głowę do góry i nasz wzrok znów się przeciął. Nie było w nim wahania. Był pewien tego co robi. – Jesteś z Dziewiątki. W czasie rebelii mieliście zostać w swoich kwaterach. Ty widocznie uciekłeś i będą cię ścigać. Zrobisz co chcesz. Dla mnie jesteś niewinny i nic mi do tego. Uratowałeś mi życie… ja tobie również. Jesteśmy kwita. – wyciągnął w moją stronę prawą dłoń i oparł się o ostrze lewą ręką. – Do zobaczenia, jak kiedykolwiek wrócisz.
Patrzyłem na niego. Nie kłamał. Mogłem odejść. Wrócić do Lithi i być wolny. Uciec z Seiretei i żyć w Rukongai. Pozostawałbym neutralny od całej polityki. Wszystkich stron konfliktu.
- Zabij go! – Zenshin znowu się odezwał. Jego krzyk sprawił, że po mojej skórze przeszedł dreszcz. – Zabij klowna, a potem ucieknij. Ta namiastka Shinigami jest na wykończeniu. Nie da rady cię zatrzymać. Zabij! – mówił stanowczo, władczo. Chciałem się mu sprzeciwić, ale nie potrafiłem. Moja dłoń zadrżała i ponownie uniosła katanę. W oczach Lee pojawił się strach. Nie był w stanie zablokować drugiego ciosu. Nie po wykończającej walce z Alexxem przed kilkoma minutami.
- Dariel! – ręka dzierżąca broń zatrzymała się automatycznie na dźwięk tego głosu. Miękki, dziecięcy i uspokajający. Był jak powiew letniego powietrza, jak bryza porannej fali. Lithi!
- Dariel! Żyjesz! – zawtórowała. Słyszałem uderzanie maleńkich stópek o kamienny bruk. Co jakiś czas jej nogi natrafiały na kałużę krwi, wydając głośny plusk. Zbliżała się. Odwróciłem się i uśmiechnąłem. Jej malinowa sukienka była ubrudzona, a dziewczynka osmalona sadzą wydobywającą się z palonych domów.
- Czemu jej nie ukryłeś?! – zapytałem z pretensją do klęczącego na ziemi Lee, który starał się nie upaść i nie stracić przytomności.
- Odszedłem dość daleko – wysapał. – Powiedziałem jej, by się ukryła tam gdzie jest bezpiecznie.
Lee z wielkim wysiłkiem utrzymywał się na nogach. Ciężko mu się oddychało. Ja w przeciwieństwie do niego byłem w lepszej kondycji. Prawdopodobnie dzięki Opiekunowi jeszcze nie upadłem na ziemię i nie gryzłem piachu.
- Dlatego tu wróciłam! – dziecko zapiszczało i złapało mnie w pasie, tuląc swoją główkę do mojego ciała. – Przecież Dariel zawsze mówił, że mnie ochroni, prawda? – spojrzała mi w oczy. Cicho westchnąłem i przytaknąłem. Następnym razem będę musiał lepiej wyrazić swoje poglądy. Jakby wróciła wcześniej, mogłoby być to dla niej niebezpieczne.
- Następnym razem – zacząłem – kiedy będę walczył. Ty uciekniesz gdzieś i się schowasz, dobrze?
Tym razem Lithi kiwnęła i wtuliła się ponownie. Nie widzieliśmy się kilka dni, trochę ponad tydzień. Położyłem zakrwawioną dłoń na jej kręconych włosach. Na ciele miałem zakrzepniętą krew oraz brud. Zmierzwiłem jej włosy i uśmiechnąłem się.
- [i]Zabij! – kolejny raz dał o sobie znak Zenshin. – Zabij inaczej to się nie skończy! Wiesz o tym! Ukaż tych co stoją ci na drodze! Zniszcz tych, którzy zakłócają twój spokój. On jest niebezpieczny. Sam o tym wiesz!
Wiedziałem, że Opiekun ma rację. Alexx od zawsze był niebezpieczny. Co się stanie, jeżeli ucieknie? Co się stanie jeżeli dadzą mu szansę? Będzie szukał zemsty! Za drugim razem już nie będę mieć takiej szansy. Muszę działać!
Objąłem ręką Ltihi. Zasłoniłem jej oczy. Drugą dłonią uniosłem w górę miecz. To był dzień sądu. Winnym jest Alexx. Innej kary poza śmiercią…. Nie przewiduję!
- Nie! – dziewczynka pisnęła i wyzwoliła się z uścisku. – To nie ty mówiłeś, że jesteście po to aby chronić dusze?! – w czasie gdy krzyczała jej oczy zachodziły łzami. Jej ręce dygotały, a leciutki wiatr zawiewał pukle jej włosów do ust. Lithi odgarniała je i nie przestawała mnie strofować. – Pan Klown nic mi nie zrobił! Każdy z nas zasługuje na szansę. Może on… może on… Może on po prostu nie ma wyjścia! Nikt mu go nie pokazał! Nie umie inaczej żyć! Dajmy mu szansę!
- Zabij go! – warknął Zenshin.
- Jakby był złym człowiekiem, to nie byłby Shingami, prawda? – powiedziała i położyła ręce na swoich biodrach. Sytuacja musiała wyglądać komicznie. Shinigami umazany krwią z potężnym mieczem w dłoniach i mała dziewczynka stojąca obok niego, pouczając go jak matka, co ma robić, a co jest dla niego zakazane. – Puści są ci źli, prawda? Nie tak mówiłeś! Przecież ty mnie nie okłamałeś! Nie ty!
Po jej policzkach spłynęły dwie wielkie łzy zostawiając po sobie mokry ślad. Zawahałem się.
- Zabij!
- Nie zrobisz tego…
- Zabij!
- Nie ty, prawda? – spojrzała na mnie swoim dziecięcym wzrokiem. Moje serce znowu załomotało. Miała rację. Nie mogę tego zrobić. Zapieczętowałem Zanpakutou i włożyłem go z powrotem do sayi. Resztki energii Dezeonu napełniły mą duszę. Co prawda nie było tego zbyt wiele. Ale dzięki temu nie chwiałem się stojąc i mogłem swobodniej oddychać. Jednak do całkowitego wyleczenia brakowało mi kilku godzin uzdrawiania i rehabilitacji. Złamany nos, pogruchotane żebra, liczne obrażenia, o tych wewnętrznych nie wspominając. Potrzebowałem medyka. Ale nie teraz, musiałem uciekać.
- Dziękuję ci – tym razem to ja podałem rękę klęczącemu porucznikowi, który już przestał mówić. Walka przytłoczyła go, drżał i krwawił. Oddychał nieregularnie, co jakiś czas krztusił się. Możliwe , że Kasai uszkodził mu płuco.
Kuiycha złapał mnie za rękę. Pomogłem mu się podnieść, chociaż nie było to łatwe. Sam byłem zmęczony, obolały. Adrenalina powoli odchodziła, a na jej miejsce pojawiło się osłabienie, lekkie drżenie rąk i ból każdej kończyny. Lee oparł się o mnie i ciężko oddychał. Jakimś cudem czułem, że mimo licznych ran, czuł się radosny i w pewien sposób szczęśliwy. Dopiero po chwili do mnie dotarło. Pokonaliśmy kapitana, jednego z najsilniejszych głów Seiretei, świra, który masakrował legiony przeciwników. Spojrzałem się w twarz Bukemizego, była uśmiechnięta. Na ten widok poczułem się lepiej. Jeszcze wszystko się ułoży. Zwłaszcza że Lithi była obok.
- Wiedziałam że tego nie zrobisz – krzyknęła z dumą w głosie, jak dziewczynka, która dopingowała ojca. Bo ja… byłem jej…
Kilka źródłem reiatsu pojawiło się tuż obok mnie. Spojrzałem na otaczających mnie ludzi. Czterech Shinigami. Każdy z nim miał zamaskowaną twarz i widziałem tylko ich oczy. Oczy pełne złości, strachu i braku zrozumienia. Przede wszystkim strachu. Byli doświadczeni, przynajmniej na tyle, że powstrzymywali drżenie rąk, trzymających katanę wycelowaną w moje gardło. Ale bali się. Oj, jak cholernie się bali.
- Przestańcie – powiedział szeptem Lee, jednak zbyt cicho by ktoś poza mną mógł to dosłyszeć. Po sekundzie dołączyli do grupy wsparcia oddziały porządkowe z Szóstki. Osiem osób. Niektórych poznałem jak złapali mnie w tawernie Ryuu, kiedy Matheo i Okaeshi skoczyli sobie do gardeł. Ci Bogowie Śmierci byli bardziej profesjonalni. Nie było po nich widać strachu, co najwyżej zdziwienie, że napotkali leżącego Alexxa, który był o krok od śmierci. Aczkolwiek głupotą z ich strony było to, że przybyli, by go złapać, tylko w ośmiu.
- Nie. Już za późno – powiedziałem cicho do ucha porucznika. Puściłem go, a on zaczął upadać na ziemię. W ułamek sekundy dwójka jego podwładnych przestała celować we mnie bronią, a ratowało Bukezumi’ego przed napotkaniem ziemi.
- Brawo Lee! – powiedziałem i uśmiechnąłem się tak mocno, jak tylko świr potrafi. Przecież za taką osobę mnie mieli. – Tym razem wygrałeś! – powolnym ruchem, który wszyscy obserwowali, włożyłem zapieczętowanego Zanpakutou do sayi. Podniosłem ręce do góry na znak poddania się.
Kątem oka zobaczyłem zdziwioną Lithi. Chciała do mnie przybiec i wtulić się we mnie. Dawno mnie nie widziała. Ale była mądra. Bardzo mądra jak na swój wiek. Niezauważalnie poruszyłem głową. Zrozumiała i stanęła pełna zwątpienia, kiedy grupa Shinigami złapała i rzuciła mnie na ziemię. Nikt nie protestował. Kilka ciosów spadło na moje barki, twarz i plecy. Nie pisnąłem, mimo że niektórzy zadali ciosy, zbyt mocne jak na pacyfikację.
Szarpali mną i podnieśli z ziemi. Całego zakurzonego, we krwi i błocie. Odwróciłem się na chwilę. Widziałem łzy w oczach dziewczynki i wściekłość w oczach Lee. Wiedział, że nie może mi teraz pomóc. Nie interweniował. Trzymali mnie mocno i szli szybko w kierunku więzienia. Podnieśli również pokonanego Dezeonu i trzymali go mocno, jakby mógł się w każdej chwili obudzić i ich pokonać. Nie zabrali mi katany. Głupcy.
- Gratuluję – zwrócił się do Kuyichy jeden z Roku Bantai – pokonałeś kapitana Kasai i jego podopiecznego. Naraz! – Shinigami poklepał go po ramieniu, gdy dwóch podwładnych Lee trzymało go, by nie upadł na ziemię. – Władzę Seiretei na pewno to docenią! Awans masz w kieszeni! – uśmiechnął się do niego. W jego zachowaniu było coś dziwnego. Jakaś mechanika sprawiała, że jego słowa były sztuczne. Zazdrość? Niechęć? Porucznik musiał zauważyć to samo, bo wzdrygnął się i pozwolił całkowicie utrzymywać się swoim kamratom.
***
- Dlaczego się nie bronił? – zapytał dysząc Lee, kiedy został sam na sam z Lithi. Odesłał dwóch ze swoich ludzi po medyków, a reszta miała pomóc obrońcom w walce z bandytami.
- Ratował mnie – powiedziała chłodno dziewczynka wpatrująca się w odchodzącego Shinigami, pod eskortą kilku Bogów Śmierci. Byli już daleko. Ledwo dostrzegalne kontury sześciu postaci. – Jakby się usprawiedliwiał, nie słuchaliby go. Jakby zaczął walkę, bał się… że może coś mi się stać. Taki jest Dariel.
- Ale ja bym mógł pomóc! – zaprotestował Lee, a następnie splunął krwią. Powoli zaczął się dusić, gdy krew dostawała się mu do płuc.
- Nie mógłbyś – powiedziała chłodno. – Nikt by nie mógł. Jest z Dziewiątej Dywizji. Jest ze świrów. – jej głos zadrżał. – A oni chcą zemsty. Pomszczą martwych braci. Nawet za cenę śmierci niewinnego. – kilka łez powoli spłynęło po jej policzkach.
- To nie jest tak! My się bronimy! Każdy z nas – napad kaszlu przerwał Kuyicha. Splunął krwią. – Każdy z nas… chce sprawiedliwości!
- Dariel nie wierzył w sprawiedliwość Seiretei – powiedziała wpatrując się w ulicę, po której jeszcze niedawno zabierany był jej opiekun, a teraz zostały tylko ciała i kałuże krwi, tworzące się na kostkach bruku. – Wymienił swoją wolność… za to bym mogła być Shinigami! – dziewczynka rozpłakała się i wtuliła w ramię porucznika. Ten zszokowany, po chwili, przyciągnął do siebie i chwycił mocniej. Lithi płakała.
– Nie chcieliby mnie w akademii, gdyby…gdyby walczyła! - Lee nie mówił nic. Trzymał ją w ramionach, pozwalając się jej lamentować. Mówiła jeszcze trochę, ale przez płacz nie można było zrozumieć czegokolwiek. Po chwili zasnęła. Za dużo smutku, za dużo wrażeń, za dużo łez. Porucznik Drugiej Dywizji wiedział, że po dzisiejszym dniu, nic w Seireitei nie będzie takie jak kiedyś.
***
Głupcy… nie zabrali mi katany…
Post Scriptum #1: Wiem, walka jest długa jak na DH, ale należy pamiętać, że walczą nas trzy osoby, a nie pojedynek jeden na jeden.
PS #2: Jak łatwo zauważyć wpis jest w narracji pierwoosobowej i proszę pamiętać o tym. To wszystko jest widziane oczami Dariela i niech takie pozostanie.
PS #3: Śmiech Alexxa z początku walki - jego umiejętność (jest na samym końcu w karcie)
PS #4: Zachowanie Alexxa, jego słowa - dla niektórych może i nie mają sensu - pamiętajcie że to świr:)
PS #5: Moje Zanpakutou kradnie energię duchową, a po zapieczętowaniu uzupełnia moją. Przez chwilkę czułem, że byłem Alexxem... albo nie - przecież Dariel też jest świrem:)
PS #6: Co do analizy walki Alexxa i Lee - czemu nie uciekałem albo nie atakowałem? Bo Dariel to obserwator, wolał zorientować się w sytuacji jakiej się znajduje.
PS #7: Dobra kondycja w trakcie drugiej fazy walki (razem z Lee) Dariela, to efekt techniki Zanjutsu, pozwalającej napełnienie mojej osoby energią Opiekuna.
PS #8: Więcej pytań nie pamiętam, możecie dawać mi PW jak coś:D |
_________________ DARIEL - Darmowy Alkohol Rajcuje I Eliminuje Lamerstwo |
|
|
|
 |
» Alexx
Kuu Bantai Taichou

Reiatsu: 1989
|
Wysłany: 2010-06-07, 00:03
|
|
|
Dedykacja:
Dla mojego Taty:
- Proszę nie bij mnie już. Pożytecznie spędziłem wieczór.
Linki u Dariela
Wpis:
Trzech bohaterów skrzyżowało swoje przerażające, często naginane podług kaprysu losu, ścieżki życia. Każdy z nich posiadał swój cel, intencję, w której miało dojść do rozlewu krwi. Rzeczą zapomnianą pozostanie czy konfrontacja była potrzeba, czy nie lepiej było poprzestać na sprzeczce. Fatum jeszcze dnia dzisiejszego miało odcisnąć piętno na każdym z herosów. Począwszy od pierwszego, walczącego w sprawie istoty życia, poprzez drugiego, stawiającego na pierwszej pozycji dobro miejsca, w którym żył, kończąc na trzecim, zaznaczmy niewinnym, który wplątany został w intrygę omyłkowo.
Nienawidził tego chorego komedianta. Przez większość czasu wytrzymywała z nim tylko jego ciemna strona. Zwierzę, które powinien podziwiać, obrał sobie za wroga. Nie pozwoli przecież aby dziewczynka musiała cierpieć. Nie liczył się nawet prozaiczny, bezsensowny powód, rozrywka, którą czerpał ten wariat z powstałego chaosu. Ukrócenie jego zapędów było rzeczą marginalną. Jego dziecko nie zazna już krzywdy. Nie po tym do czego sam doprowadził. Gorzka, potężna wydzielina spływająca do gardła była urealnieniem jego poczucia winy, nie skupiał się na jej smaku, wzbierał gniew, próba koncentracji, nie na sobie, a na kimś innym sprawdzała się doskonale. Przerzucenie odpowiedzialności, nie mógł o tym teraz myśleć. Chciał dać upust emocjom. Prostacko, ale mogło być efektownie. Czy ktoś rozważyłby czy za tą brawurą nie stoi przypadkiem bardziej obrzydliwa, ludzka potwora? Otóż dzika żądza władzy, próba obalenia swojego przełożonego, zyskania niepomiernych korzyści, a dodatkowo, jakby na sam deser, pozbycie się demonów sumienia. Oczywiście nikt. Bo tak nie było, w kryształowym świecie nie ma miejsca na zachwiania bohatera. Postać zawsze wychodzi na prostą. Nawet jeśli na chwilę wstąpiła na ścieżką prowadzącą w ciemność, świetlistym łukiem wraca. Nie liczy się z uczuciami drugiej strony, porzuconej. Nadal tkwiącej w mroku. Jest takie przysłowie „Jak trwoga to do Boga”, czy nie można go użyć tutaj, aby unaocznić problem, ale zmieniając formułę „Jak trwoga to do Szatana”? Shiro był młodzieńcem z problemami. Choroba psychiczna, brak pamięci, skłonności wrodzone do czynienia rzeczy niepoprawnych. Kapitan Alexx przygarnął go bez względu na wszystkie czynniki, przez które dla innych byłby skończony, lub przez które mógł zostać wyeliminowany jako potencjalne zagrożenie. Chłopak nie umiał tego docenić. Szkoda, że opuszczając otchłań nie postanowił zabrać ze sobą reszty, która wyciągnęła do niego pomocną dłoń. Uważał, że mają problemy, ale zamiast jej pomóc postanowił ją zniszczyć. Czyż taka osoba nie zasługuje na najgorętsze życzenia śmierci?
- Jesteśmy rodziną. Shiro. Zawsze to powtarzałem – wypowiedział wyniszczony człowiek, z którego postury odczytać można było niezrażoną zdradą dumę. Nastąpiła jedna z takich chwil, gdzie mówca pragnął odwołać się jeszcze do sumienia swojego syna. – Chciałbym żebyś o tym pamiętał – odsłonił swój obrzydliwy uśmiech i to przesądziło sprawę. Dariel nie czuł się odpowiedzialny choćby i za masakrę swojego byłego mentora. Smutnym jest, że nad uśmiechem nie dostrzegł ronionych kropli łez.
Właściwie to nie wiedział dlaczego podejmuje się walki. Miał przed sobą dwóch zdrajców i chyba tylko większy strach przed tym drugim skłonił go do przyjęcia właściwej, jak myślał strony. Typowa zwierzęca postawa. Mimo iż bohater jak widać starał się być osobą dobrą, zwyciężał instynkt. Interweniował, korzystając z zaskoczenia uratował dziecko. Jeśli przypadkiem nie oddał go w ręce oprawcy. Raczej dobrze wybrał, plotki jak i jasne komunikaty powtarzały bez przerwy o dzikim i niebezpiecznym przestępcy najwyższej klasy – Alexxie Kasaiu, Kapitanie Kyuu Bantai. Oczywiście zdarzały się w takich ogłoszeniach błędy i przekłamania. Zaufa jednak oficjalnemu stanowisku Społeczności, w razie czego będzie miał czyste sumienie. Bukemizu potrafił zadbać o swój parszywy zad, choć w gruncie rzeczy był poważany, niektórzy wiedzieli swoje. Na przykład wiedział to Klaun, który darzył go szczerą i nieskrępowaną nienawiścią. Jej początku można doszukiwać się wcześniej, ale bezproblemowo można przyjąć iż narodziła się dopiero na początku tamtejszego spotkania. Wariat po prostu nie mógł ścierpieć gdy ktoś wchodził z butami w jego własny świat. Tak samo jak opieka społeczna niepożądanie wkraczała w świat, bijącego żonę popielniczką, męża. Popielniczką, na której zasychała już kolejna warstwa wiśniowego sosu.
- Idę pierwszy Shiro! – członek Ni Bantai posłusznie zdał raport, informując przeciwnika co zrobi. Nieciekawe zagranie. Ciekawa była za to wymiana ciosów, Psychopaty z Lee, który widocznie przybył tutaj z uaktywnioną materią swego miecza. Alexx głupszej i mniej praktycznej zdolności dawno nie widział. Coś pokrywało ciało oponenta, ale ani to nie było specjalnie twarde, ani ostrza z tego wyrastające, nie potrafiły dać sobie rady z odsłoniętym do ramion szkieletem Wariata. Dlatego mimo dzielnego oporu podopieczny po dosłownie minucie wylądował na łopatkach.
- Nazywam to Rękawice Śmierci! – roześmiał się, tryumfując. Właściwie to nie było w tym nic śmiesznego, ale dobry moment aby się zachichotać, jest złotem. Mutant z brakami na własnej twarzy, oraz rozszarpanymi do kości rękoma wyglądał przecież tak bardzo pociesznie. Bukemizu z obrzydzeniem obserwował jak skóra, która została odrzucona od ciała zostaje wchłonięta i użyta aby naprawić choć troszkę zniszczone oblicze. Lee wiedział, że ten potwór lepiej i tak nie będzie wyglądał. Prawdziwym problemem było to jak w ogóle możliwa jest kontrola rąk, które pozbawione są całkowicie tkanek oraz nerwów. W odpowiedzi sam wyczuł delikatne strumienie Reiatsu, które mogły być zaczątkiem całkiem przyjemnej strategii, której zdradzę, nawet nie wprowadził w życie. Treningi w Hakudzie i poznawanie stylów przeróżnych przeciwników nareszcie się przydały. Perły rozważań przerwał napierający Shiro. On także nie był wyzwaniem dla Demona. Przepiękne cięcia, dodatkowo spotęgowane agresją, gubiły się gdzieś pomiędzy kościstymi kontrami mistrza. Przy kolejnych próbach zawsze zostawał zrównywany z parterem. Tam gdzie jego miejsce. Podobnie jak na treningach i w łóżku.
- Dzieci, jeśli nie zaczniecie współpracować, to nic z waszych psot nie będzie. – zasmucony Klaun pokiwał głową z politowaniem. Był rozczarowany poziomem starcia. Agresja skutecznie przyćmiewała umysł jednego z jego przeciwników i tracił już nadzieję na porządny pojedynek. – Dam wam małą podpowiedź: Do końca tej walki pozostało koło dziesięciu minut. Po tym czasie moje ręce pozostaną bezbronne. Nie będę dalej w stanie ich kontrolować, a zatem rozpadną się na kawałki. Ja też posiadam swój kres. Taką czarną linię – słowa te rozpaliły jasne płomienie nadziei w sercach obrońców sprawiedliwości i wiana dzieci. Rozumieli się bez słów i razem ruszyli do boju. Niekoniecznie właściwie razem, ale mieli plan. Bukemizu zatrzyma Psychola, a Shiro uaktywni swojego Zabójcę Dusz. Zero finezji, ale nie grzeszyli jak było wspominane inteligencją. Niestety to Szaleniec natarł pierwszy. Widać, że skoro podał już jakieś ramy czasowe, nie miał zamiaru dopuścić do ich przekroczenia. Lee dawał z siebie wszystko aby kontrować grad ciosów, których twardość powoli kruszyła jego magiczną powłokę. Dariel nie marnował jednak czasu, gdzieś na drugim planie mieszały się dwie poświaty z których uformował się potężny Zanpakuto. Połączenie miecza z bronią palną. Niemożliwe, a jednak. Porażka projektanta na całej linii, ale najważniejsze, że to cudo działało.
- Zapłacisz za wszystkie swoje grzechy. – z nową potęgą uczeń ruszył aby zabić, jednocześnie Bukemizu nie przestawał napierać ostrzami, które wyrosły mu z nadgarstków. Zostawiał luki, w które Dariel bezproblemowo mógł się mieścić. Takie natężenie ataków sprawiało problem nawet tak wprawionemu mistrzowi, jak Alexx. Po cichu na to przecież właśnie liczył, na odrobinkę emocji. Seksualne spełnienie przy rozcinaniu ich ciał na kawałki. Cóż, sami pchali się pod nóż – pomyślał wytworną rymowanką. Nie mógł jej jednakowoż wypowiedzieć gdyż uwagę koncentrował na kontrach i unikach. Coraz mniej przestawało mu się to podobać. W końcu ten limit czasu, który wymyślił nie będzie trwał w nieskończoność. Począł tak manipulować ciałem aby w końcu uskoczyć z tej nawałnicy, dzięki szkole Hebi oczywiście, wprost na pobliskie drzewo. Był niepocieszony. Uśmiech w drugą stronę.
- Zdychaj! – Bukemizu zszedł z możliwego pola rażenia i uśmiechnął się zawadiacko. Całkowity relaks. Pokonanie kapitana było jednym z najłatwiejszych pojedynków w jego życiu, ale jednym z największych osiągnięć. Dariel poprawił swego irokeza i celując ze swej strzelby miał zamiar zamordować. Ręce trzęsły mu się nawet teraz. Emocje, wyrachowanie z jakim zabije swojego opiekuna, były czymś nowym dla spokojnego obserwatora. Nie było jednak czasu na nic, na pomyślunek, refleksję, przebaczenie. To wszystko działo się zbyt szybko.
Nastąpił olbrzymi wybuch. Były ofiary. Krew nie rozlała się od razu. Szkoda, że nie słychać było dźwięku rozrywanego mięsa. Przeżyła oczywiście osoba do tego niewskazana. Zła do szpiku kości. Niestety nie mogło być inaczej. Tak widać chciało fatum. Alexx nawet nie drgnął, nie zstąpił z drzewa, na którym się znajdował. Zakończył działania Wężowej Szkoły i znów był właścicielem cudownych rączek. Krótki to był pojedynek. Niestety wieloletnie doświadczenie na polu walki, niezliczone wojny i potyczki nie mogą się równać ze wprawkami oficerów. Poziom mocy nie jest wymiernikiem zwycięstwa. Jest nim doświadczenie i znajomość przeciwnika. A kto jak kto ale Kasai był przygotowany na przyszłe starcie z Shiro. Bacznie obserwował zmiany w jego psychice. Notatki Dreoda okazywały się pomocne. Nawet bardzo, szczególnie szkic psychologiczny oraz sposób walki. Znał Dariela w każdym calu. Co prawda emocje robiły swoje, ale dzięki temu poszło nawet łatwiej. Wystarczyło chwilę wcześniej wystrzelić fragment kości swojej ręki w sam środek lufy cudnego wynalazku, aby połączyć ukradzione Reiatsu, zablokować broń odłamkiem i przy próbie uruchomienia spowodować wybuch, który zniszczył dwóch adeptów zanim podjęli poważną próbę walki. Taka właśnie przepaść dzieliła Kapitana oraz szeregowców. Nawet poważne osłabienie nie było w stanie zmniejszyć jej o centymetr. Bukemizu leżał z potworną raną głowy. Było pewne iż nie odzyska przytomności przez następną dobę. Alexx zeskoczył z rośliny i stanął obok jego ciała. Jednak będą to tygodnie, stwierdził dobijając oficera w sposób zbyt okrutny aby to opisać.
Dariel leżał, był świadom, choć nie mógł wydusić z siebie nawet słowa.
- Nie chciałem ci zrobić krzywdy – wyznanie kapitana wydawało się szczere. – Spójrz – Shiro odwrócił wzrok. Kasai trzymał w rękach ukochaną dziewczynkę. – Żyje i ma się dobrze – Dariel czuł, że wszystko skończy się jednak z pozytywnym finałem, mimo koszmarnego wstępu i otrzyma rozgrzeszenie zarówno od Kapitana, jak i od ukochanej, którą znów zawiódł. Straciła przytomność w wyniku wybuchu jego Zabójcy. Alexx pokiwał smętnie głową. Wyciągnął lniany pasek ze swojej zniszczonej Hakamy, obwiązał dziewczynce wokół szyi, drugi koniec przywiązał do drzewa, a następnie ułożył ją na gałęzi.
- Wystarczy, że poruszy się przez sen – rzekł sucho mistrz. – Nie możesz nic zrobić. Nie dałeś mi szansy na wytłumaczenie, ja nie dam jej szansy na życie – zbliżył się do Shiro i uderzył w krtań, tak aby nie zabić, a skuteczniej jeszcze pozbawić głosu. Szacował, że nie wstanie, więc dalsze znęcanie się nie było potrzebne. Dariel płakał, ale Kapitan nie patrzył w jego stronę, odwrócił się i pędził na przód, aby byle dalej od jednego z przyjaciół, którego właśnie stracił.
Każdy z bohaterów się czegoś nauczył, pierwszy, że ratowanie cudzego życia nie powinno odbywać się gdy nie jest ono zagrożone, drugi, że jego miejsce zamieszkania może być czasem miejscem bójek, a trzeci, że prawdopodobnie nikt nigdy nie pozwoli mu uratować małej dziewczynki. |
|
|
|
 |
» Kuyicha Lee
assasyn

Karta Postaci
Reiatsu: 543,5
|
Wysłany: 2010-06-09, 20:45
|
|
|
Porucznik przemierzał opustoszałe i zniszczone uliczki Seireitei, kierując się w stronę Akademii dusz, gdzie po raz ostatni wyczuł energię swojego przyjaciela. Wszystkie siły skupiał na dotarciu tam jak najszybciej, zwracając małą uwagę na to, co działo się dookoła. Nie mógł jednak nie zauważyć trzech nie pasujących tutaj postaci. Nieznajomego Shinigami, który stał naprzeciw Dezeonu Kasai’a, ex-kapitana Dziewiątej Dywizji i jednego z przywódców rebelii. Był on kolejnym po Seyijim powodem dla którego jego dowódca obwiniał się o zaistniałą sytuację i którego chciał dopaść jak najszybciej. W rękach buntownika spoczywała mała istotka. Dziecko rozpaczliwie przyglądało się tej całej sytuacji patrząc to na swojego porywacza, to na tego drugiego. Lee podjął decyzję w ułamku sekundy, postępując zgodnie z doktryną Ni Bantai - maksymalizować straty wroga, minimalizować straty własne i wśród cywilów. Nim któryś z wojowników się zorientował, wyrwał małą i pojawił się za plecami nieznajomej postaci.
- Nie mam pojęcia o co tutaj naprawdę chodzi, ale nie mogę zostawić kogoś, kto potrzebuje pomocy – postawił na podłoży, wyrwaną z rąk kapitana Dziewiątki, małą. – Nic ci się nie stało?
Położył rękę na głowie dziewczynki i uśmiechnął się ciepło. Była przerażona zaistniałą sytuacją. W kącikach jej oczu gromadziły się łzy. Jednak widok łagodnej i pogodnej twarzy poprawił jej trochę humor. Mimowolnie uśmiechnęła się, nieśmiało ale zawsze. Porucznik wstał i odwrócił się w stronę Shinigami, zasłaniając dziecko, jakby chciał ją oddzielić od nich. Jego twarz była skupiona i poważna. Ruszył w kierunku rebeliantów sięgając za głowę po broń. Lee niewiele rozumiał. Kojarzył mężczyznę z irokezem. Kiedy rozpoczął się kryzys, otrzymali pełne raporty o stanie dywizji Dziewiątej i Dziesiątej razem z listą członków. Dodatkowo o tym właśnie osobniku robiło się ostatnio dość głośno. Zwał się Dariel, a przynajmniej tak zapamiętał Bukemizu. Jednak co robił tutaj i dlaczego dybał na swojego dowódcę, pozostawało tajemnicą. Ważne było to, że mieli teraz wspólny cel, a był nim Dezeonu Kasai. Kuyicha odszukał w mrokach pamięci jakiekolwiek informacje o nim. Niezwykle silny Shinigami o niezrównoważonej psychice, szaleńczym stylu walki i potężnym bankai. Teraz jednakże stał naprzeciw nich bezbronny. To dawało porucznikowi szanse na zwycięstwo. Minimalne szanse. Musiał zaatakować, być cały czas w ofensywie i nie dać przeciwnikowi pola do manewru. Dariela nie wliczał do swoich rachub, gdyż ten nawet nie znał imienia swojego Zana. Byłby tylko kolejną przeszkodą o jaką trzeba by się martwić.
- Zabierz stąd Lithi! – męski, zachrypnięty ze zdenerwowania głos wytrącił go z rozmyślań. Spojrzał na Dariela, który wypowiedział te słowa nie spuszczając wzroku ze swojego kapitana. Jego bezczelność i głupot zirytowała Lee. Miał w jednym racje. To miejsce nie było bezpieczne. Dziewczynka nadal stała w tym samym miejscu w którym ją zostawił i przyglądała się im. W czasie walki mogłoby się jej coś stać. Porucznik nie mógł na to pozwolić, lecz nie mógł też zaufać wojownikowi z Kyuu Bantai. Widać było, że zależy mu na dziecku. Równie dobrze mógł to być wybieg umożliwiający tej dwójce ucieczkę. Odpowiedź nasuwała się sama.
- Mam cię tutaj zostawić samego? – odparł Bukemizu nie patrząc na niespodziewanego sojusznika, a na Alexxa, oceniając jego zdolności bojowe. – Skoro tak dbasz o nią, to sam zabierz ją w bezpieczne miejsce. Postaram się, żeby was nie ścigał.
Shinigami nagle odwrócił się i złapał porucznika za poły ubrania jedną ręką. Ten zareagował instynktownie, chwytając go w przegubie dłoni w której trzymał miecz, jakby spodziewał się zdradzieckiego ataku. Drugą gotował do kontry. Nic jednak takiego nie nastąpiło. Dariel przyciągnął Lee do siebie i wysyczał:
- On jest mój! – jego oczy wyrażały determinacje. Członek Ni Bantai miał wrażenie, że dziwny tatuaż nad jego lewym okiem zabłysł na chwilę bladym światłem. Drżące mięśnie wskazywały, że ledwo nad sobą panował. Porucznik kątem oka widział śmiejącego się z zaistniałej sytuacji ex-kapitana, a po drugiej stronie przerażoną dziewczynkę. Zdziwił go ten kontrast. Szaleńca i spokojnego, delikatnego dziecka. Spokojnego i nie panującego nad emocjami wojownika.
Znowu skupił wzrok na Darielu. Wiedział, że go nie odwiedzie od walki z Alexxem. Niestety, Lee nie miał innego wyboru. Kiwnął głową, zgadzając się na ten warunek. Jego twarz straciła melancholijny wyraz i znowu spoważniała. Teraz nie było już czasu na rozmyślenia. Trzeba było działać. Klaun ocierał sobie łzy, które napłynęły mu do oczu ze śmiechu i klaskał jak widz po udanej komedii. Z werwą i podnieceniem. Jego podopieczny odepchnął od siebie Lee i stanął w pozycji bojowej. Nie okazywał strachu, nie okazywał zwątpienia. Podjął już decyzję. Przypominał porucznikowi tego młodzieńca, który niedawno walczył razem z nim w zaułku z rebeliantami. Młodzieńca którego własnoręcznie zabił by pozbawić go cierpień.
- Wkrótce wrócę. Do tego czasu masz przeżyć, rozumiesz!? – powiedział cicho acz stanowczo. Nie oczekiwał odpowiedzi. Podbiegł do dziewczynki i delikatnie podniósł ją ze sobą. Wkrótce zniknęli razem. Na polu nadchodzącej walki pozostał tylko Dariel, Alexx i trupy. Klaun nadal klaskał i śmiał się do rozpuku.
- Wybornie! Wybornie! – powtarzał, ukazując swoje pożółkłe zęby. W końcu jednak uspokoił się, choć uśmiech nie schodził mu z ust.
Dariel nie zamierzał czekać. Dzięki pomocy shunpo pojawił się przy dowódcy i zamachnął mieczem. Został on bez kłopoty przechwycony przez dłoń klauna, która wygięła się niebezpiecznie w łokciu. Smród zgniłego ciała i krwi uderzył w nozdrza Shiro, gdy Alexx pochylił się do niego i opryskując śliną, powiedział:
- Więc chcesz mnie pokonać sam? Zabić ojca? Przecież jesteś jak ja. Wszyscy jesteśmy tacy sami w tym zwariowanym…
- Nie pierdol! – odparł chłopak i uderzył go z całej siły pięścią w twarz. Dłoń zagłębiła się w pomalowany farbą i krwią policzek, co nie przeszkodziło w dalszym potoku słów i ślinek. Po ostrzu miecza spłynęła krew z rozciętej dłoni.
- .. ale to my możemy rozkładać klocki. To MY, mamy dość odwagi i szaleństwa by kształtować świat, mój uczniu – dodał teatralnym, chrypiącym głosem.
- Nie jestem twoim uczniem, świrze – krzyknął Shiro, a jako że nadal nie mógł wyszarpnąć miecza z żelaznego uścisku kapitana, kopnął go w miejsce wrażliwe dla każdego normalnego mężczyzny. Alexx jednak nie był normalny, o nie! Uśmiechnął się lubieżnie i kontynuował swój wywód:
- Tylko szaleńcy są niezależni od przeznaczenia, od systemu. Inni nie. Dotyczy się to wszystkich, nawet twojej małej słodkiej L…
- ZAMKNIJ SIĘ!! – Dariel nie wytrzymał. Buzujące w nim emocje uwolniły się na dźwięk tego imienia. Okładał twarz rebelianta raz za razem, a jego szyja odskakiwała po każdym uderzeniu jakby była na sprężynie. Na pięści widać było ślady szkarłatnej krwi. Do kogo należała? Nie wiadomo. W końcu zabrakło energii do kontynuowania furii. Dłoń wojownika z Dziewiątki wyglądała dużo gorzej niż lico jego kapitana. W czasie tego okładania Alexx miał dużo czasu by przemyśleć to i owo. Jego twarz wyrażała głębokie zamyślenie ale po chwili rozpogodziła się jakby wpadł na coś dziecinnie oczywistego.
- Jesteś pedofilem! – powiedział zdumionym głosem do Shiro. Ten ryknął nieludzkim głosem i znowu zamachnął się na klauna. Tym razem jednak atak został przechwycony. Potężny shinigami rozciągnął ramiona swojego niedawnego podwładnego, że aż trzasnęły stawy. Rozkoszował się jego bólem i złością. Jego bezradnością i buzującymi wewnątrz emocjami. Znowu zawładnął nim diabelski chichot, brzmiący jakby sama śmierć śmiała się do rozpuku z wysiłków jej ofiary, która dalej chciała żyć.
- Dopiero teraz naprawdę chcesz mnie zabić. – wycedził powoli, oblizując wargi. Jego oczy naszły krwią i napuchły. – Dopiero teraz. Pokaż więc co potrafisz, szczurku…
„Totalna pożoga” pomyślał Lee mijając kolejny spalony budynek i oddalając się coraz dalej od toczącego się pojedynku. Dziewczynka w jego ramionach z radością kwitowała ten dziwny sposób podróżowania wydając mnóstwo „ochów” i „achów”. Porucznik stracił już dużo czasu, a nie znalazł odpowiedniej kryjówki dla dziecka. Wszystko było zniszczone, jak po przejściu powodzi. Mnóstwo ciał. Shinigami, zwykłych dusz i rebeliantów. Istny koszmar.
„ Koszmar się dopiero rozkręcał. – rozmyślał Bukemizu. – Niedługo zmierzę się z samym diabłem i żeby go pokonać będę się musiał sprzymierzyć z demonem, którego także będę musiał aresztować. Świat staje na głowie.”
Kątem oka zauważył dom, który nie do końca spłonął. Odbił się od dachu, który natychmiast zapadł się pod własnym ciężarem i stanął przed wejściem. Upewnił się, że nikogo nie ma w środku i że to miejsce nie zawali się szybko po czym uklęknął przed dziewczynką, która miała teraz poważny wyraz twarzy.
- Posłuchaj uważnie, bo to bardzo ważne – zaczął miłym, acz stanowczym tonem. – Musisz się tutaj na razie ukryć. Kiedy za jakiś czas nikt po ciebie nie przybędzie, masz udać się do jakiegoś bezpiecznego miejsca, rozumiesz mnie?
Dziewczynka pokiwała głową ze zrozumieniem i poważnym, może nawet zbyt poważnym jak na jej wiek głosem, obiecała tak zrobić. Porucznik czuł, że nie powinien jej zostawiać samopas, ale nie miał innego wyjścia. Pogłaskał ją jeszcze po czuprynie po czym udał się z powrotem do walczących.
Warto w tym miejscu pozostać jeszcze przy dziewczynce, gdyż jej dziecięcy rozum bardzo mocno skupiła się nad miejscem w którym czuła by się pewnie. Bezpieczeństwo kojarzyło jej się ze spokojem. Wiedziała, że może się tak czuć przy ludziach, którzy będą jej bronić. Natomiast do tej pory jedyną osobą, która o nią walczyła, był Shiro. Tak więc po długim rozmyślaniu na linii BEZPIECZEŃSTWO-SPOKÓJ-SHIRO doszła do wniosku, że najbezpieczniej będzie u jego boku. Postanowiła więc nie czekać i udała się w jego stronę. Nie wiedziała jak, ale instynktownie czuła gdzie powinna iść. Podpowiadało to jej malutkie serduszko.
Dariel stał pośrodku stosu ciał, którymi obrzucił go jego kapitan. Punk dyszał ciężko, miał obite żebra i chyba kilka wylewów wewnętrznych, a ze skroni, małą strużką, ciekła mu ciepła krew. Musiał unikać nawału martwych, gdyż Klaun… szukał sobie partnera do tańca. Kręcił się teraz z trupem w ramionach po placu i skrzypiąc zębami takt jakiegoś smętnego walczyka. To nie była walka, tylko jakaś chora parodia. Kiedy Alexx wypuścił chłopaka z uścisku, Shiro wyczuł jego pewność siebie. Mimo to zaatakował. Najpierw walczył z pierdoloną primabaleriną, która robiła piruety i szpagaty, wykorzystując szkołę Hebi. Później nie było wcale lepiej. Błękitnooki czuł się niedoceniany i wręcz ignorowany. Ciosy jakie otrzymywał w czasie tego zabójczego tańca były bolesne, ale wiedział, że to nie była nawet połowa siły przeciwnika. Jego katana również nie lśniła czystością. Spływająca po niej krew Dezeonu świadczyła o zadanych ciosach. Ale co to było dla jednego z najsilniejszych, a może nawet najsilniejszego, Shinigami. Nie miał jednak zamiaru się poddać. To szaleństwo skończy się dzisiaj i wreszcie uwolni się od tego maniaka. Wypluł krew, która napłynęła mu do ust i znowu ruszył do ataku. Coraz sprawniej posługiwał się już technikami ruchu. Dla nie wprawionego oka wydawać by się mogło, że znikł i pojawił się dopiero przy swojej ofierze.
- … cała sala, śpiewa z nami. Tańczy walca, walczyka parami. – Nie przerywając nucenia pod nosem, odwrócił się tak, że ostrze miecza wbiło się w plecy trupa i tam utkwiło.
- Tańcz, Shiro! Un, deux, trois– krzyknął rozradowany Alexx i wpuścił ciało w szybki piruet, jednocześnie wbijając je w stojący nieopodal budynek. W jego dłoni pozostała martwa ręka, która nie wytrzymała nagłego przeciążenia i oderwała się z plaskiem od reszty. Mężczyzna spojrzał na nią i poruszał delikatnie palcami, jak dziecko kiedy zauważa nową zabawkę. Nagle zaczął się śmiać. W tym czasie Dariel wydostał się spod ciała i stosu desek, które boleśnie obiły jego plecy. Wyszarpnął ostrze, rozpruwając flaki martwego rebelianta i spojrzał z politowaniem na swojego przeciwnika. Zaczynał się powoli krztusić swoim rechotem i tarzał się po ziemi. Wydawał się taki bezbronny. Same pozory. Resztki fałszywej skóry odpadły z pomalowanej facjaty. Kiedy ex-dowódca Kyuu Bantai to zauważył, wpadł w nagłą wściekłość. Wbił pięść w ziemię, następnie druga, aż powstał pod nim mały lei. Jednocześnie obejrzał się na swojego podwładnego i zlizał resztki krwi z własnej twarzy. Miał teraz potargane i posklejane od potu włosy, a jego oczy nabrały zwierzęcego blasku. Tym razem szykował się do kolejnego starcia, teraz już na poważnie. Kasai rzucił się jak zwierzę. Nie zważał na nic, tylko parł do przodu. Z olbrzymią prędkością. Jak mknący pocisk wbił się w stojącego Shiro, chwytając go za ramiona i przebijając się z nim przez resztki zniszczonego domostwa. Nic go nie obchodziło, że wystawione ostrze rozcięło mu policzek. Jedyne co poczuł to słodki smak krwi, swojej własnej. Zdziwiło go to bardzo. Przyjrzał się swojemu odbiciu na klindze, nie zważając na syki chłopaka, którego miażdżone stawy barkowe trzeszczały niebezpiecznie. Spodobał mu się nowy wzorek na białej od pyłu gębie. Brakowało mu tylko pewnego szczegóły. Symetryczności. Złapał swojego podopiecznego w przegubie tak, żeby zbytnio się nie rzucał. Z chirurgiczną precyzją zrobił sobie drugie nacięcie, poszerzając znacznie swoje usta.
- Kolejna lekcja, mój uczniu. W życiu liczy się uśmiech! – pokazał po raz kolejny rząd żółtych zębów, tym razem powiększonych o trzonowce, widoczne przez jego nowe „wzorki”. Dariel nie mógł nic zrobić, więc splunął mu w twarz. Nie miał już siły na cokolwiek innego.
– Wspaniały rocznik – powiedział Alexx zlizawszy ślinę. Uderzył kolanem w zraniony bok Dariela. Krew zrosiła mu płaszcz Chwycił go za kark i wbił w ziemię. Kawałek gruzu wpadł mu do oka. Wyrzucił bezwładne ciało do góry i kopnął je z pół obrotu, wbijając w kolejne zabudowanie. Łza napłynęła mu do oka, wypłukując obce ciało z delikatnego narządu i nadając jego twarzy groteski.
- WYBORNIE! – krzyknął ponownie i ruszył za lecącym ciałem. Zanim jeszcze ściana całkowicie się zawaliła, przypadł do niego siadając okrakiem na jego udach. Zaczął okładać jego twarz i zdzierać gardło ze smiechu. Osiągnął stan najwyższej ekstazy, obserwując, jak po każdym uderzeniu w górę wzbija się fontanna czerwonych kropelek, głowa Shiro coraz głębiej zapada się w ziemię, a z jego policzka spada łza, tonąć gdzieś pośród potoku krwi. Czuł się tak, że mógłby go teraz pocałować. Jak ojciec żegnający przed wyprawą syna.
Chłopak po kolejnych uderzeniach przestał cokolwiek czuć. Nie widział nawet twarzy swojego oprawcy, ale słyszał wyraźnie jego śmiech. Świat dookoła zaczął zwalniać. Zaciśnięte pięści traciły swój impet. Gdzieś w oddali dostrzegał lecącego owada, nieświadomego miejsca w którym się znajduje.
Koniec? Oczy zaczynały się zamykać. Nie robiło się ciemno, tylko jakby mniej ostro. Gdzieś w głowie pojawiła się myśl o Lilith i porucznik Ni bantai. Czy zaprowadził ją w bezpieczne miejsce? Czy jest bezpieczna? Miał tyle pytań, a jego czas już się kończył. Kolejny cios złamał mu nos. Przez krew, zauważył nagłe pojawienie się czyjejś stopy. Chwilę potem wszystko ustało. Został tylko on i bezkresna niebo
Wzrok zaczął się jednak wyostrzać. Dariel poczuł obecność kolejnej, nie zapraszanej osoby. W jego głowie rozległ się głos, który tak niedawno temu poznał:
- Osądź…
Lee pojawił się chyba w ostatniej chwili. Nie zmniejszając prędkości kopnął Alexxa w podbródek, tak że ten zatoczył się kilka kroków do tyłu. Nie było czasu by zaopiekować się rannym. Wystawił rękę do boku i chwycił rebelianta w pół. Skierował się w stronę stojącego muru i przebiegł obok niego, czując lekkie szarpnięcie prawego ramienia. Cała długa i murowana ściana rozpadła się i runęła. Wojownik odskoczył i wystawił swoje ulubione szpony, gotowy do dalszej walki. Czuł narastające podniecenie i adrenalinę rozpływającą się po całym ciele. Musiał powstrzymywać własny organizm, by nie rzucić się w gęsty pył i nie kontynuować szarży, co zapewne skończyło by się dla niego tragicznie. Przeciwnik nie był w końcu tak bezbronny na jakiego wyglądał.
Myśli porucznika zwróciły się w stronę Shiro. W jakim jest stanie? Żyje? Potrzebuje pomocy? Czy zdoła poradzić sobie z kapitanem Dziewiątki i uratowaniem chłopaka? Czy w ogóle przeżyje ten pojedynek? Za dużo zmartwień. Musiał się wyciszyć. Wziął głęboki wdech i skupił uwagę na przeciwniku.
Dezeonu wstał jak gdyby nigdy nic i otrzepał ubranie. Jakby wcale nie przebił głową kilku metrów cegieł i muru. Jego strój wyglądał znacznie gorzej od niego. Właściwie poza kilkoma zadrapaniami i krwią spływającą delikatnymi stróżkami chyba z każdego zakamarka głowy, nic mu nie było. Lee słyszał o tym, że podwyższenie własnego poziomu reiatsu pozwoli zniwelować ból i obrażenia, ale nie sądził, że aż do takiego stopnia. Nie poddawał się jednak. W czasie gdy Alexx przeglądał swoje zniszczone odzienie, znowu pojawił się przy nim, złapał go za kark i przywalił kolanem w twarz. Nie zrobiło to na świrze wielkiego wrażenia. Spojrzał na Bukemizu, cmoknął z niezadowoleniem i powiedział:
- Nie zaczyna się od uderzenia w głowę, bo ofiara jest skołowana i nie czuje potem następnego bólu. – ostrza wystrzeliły do przodu i wbiły się w wystawioną dłoń, przechodząc na wylot pomiędzy kośćmi. Kasai nawet nie drgnął. Zszokowany porucznik spojrzał najpierw na jego dłoń, a potem na wściekłe, czerwone oczy. Rebeliant łagodnym głosem kontynuował. – Widzisz?
Przyciągnał do siebie nowego przeciwnika i nadział na swoją pięść. Wojownik z Ni Bantai poczuł jak siła uderzenia wypompowuje z płuc powietrze. Z nadal unieruchomioną bronią poczuł kolejne szarpnięcie i kolejny cios. Tym razem w policzek.
- Nigdy… nie wtrącaj się… w sprawy… rodzinne! – Klaun mówił coraz groźniejszym głosem. Ciosy wyprowadzał od niechcenia, jakby rzeczywiście odganiał się od natarczywego robaka. Złapał Kuyiche w końcu za gardło i polizał po policzku. Porucznika przeszedł dreszcz obrzydzenia. – Zmykaj stąd natrętna mucho!
Lee uderzył w ściskającą jego szyję rękę od góry, a następnie łokciem w grdykę przeciwnika. Ten puścił go bardziej z zaskoczenia, niźli z bólu. Kuyicha kontynuował atak. Pazurami wydrapał na jego klacie potrójny ślad krzyża, po czym kopnął go w twarz. Ta odwróciła się dookoła własnej powodując olbrzymią radochę jej właściciela. Szybki kontratak został zblokowany przez skrzyżowane ramiona. Porucznik poczuł, że grunt ucieka mu z pod nóg, kiedy mimowolnie cofał się do tyłu znacząc stopami bruzdy w podłożu. Ramię Alexxa wydłużyło się chyba z dwukrotnie, tak samo jak jego język, którym namiętnie drapał się po brwi z głupią miną.
Bukemizu należał do jednostek Cieni. Jej wojownicy nie walczyli honorowo, ani uczciwie. Mimo, że nie zgadzał się w pełni z wartościami dywizji, to w jednym miał pewność. Należy błyskawicznie wykorzystywać błędy przeciwnika i każdą okazję, jaka się nadarzy. Tak samo było teraz. Uderzył w rękę Dezeonu od boku i obrócił się wokół własnej osi. Gdy znowu stanął twarzą w kierunku rebelianta, ruszył pędem obok wyciągniętego ramienia, wbijając w niego potrójne ostrze. W drugiej dłoni pojawiła się katana. Wojownicy z Ni bantai słynęli z szybkości, tak więc nawet sam kapitan dziewiątki został zaskoczony, tym nagłym zwrotem. Ostrze przebiło jego brzuch, zanim zdążył cofnąć rękę. Poczuł ulgę na myśl, że dzisiaj nic nie jadł, tylko pił wódkę. Aromat jaki by się wydobył z rozpruwanych flaków byłby dużo mniej znośny. Miecz nie przebił ciała na wylot. Utkwił w tym miejscu jakby jakaś dziwna siła go tam trzymała. W oczach klauna nadal widać było wesołe iskierki, nawet kiedy patrzył na ostrze wystające z własnego ciała. Jego chęć walki, zniszczenia i chaosu była coraz bardziej zaspokajana. Tych dwóch chłopców poprawiło mu samopoczucie, ale to ciągnęło się już za długo. Tyle jeszcze było do zniszczenia, tyle ludzi do zabicia, tyle ciał do zmasakrowania. Delikatnym ruchem głowy zwrócił uwagę porucznika na wracającą do odpowiednich rozmiarów rękę. Była bezwładna, ale sama prędkość powrotu nadawała jej odpowiednią siłę. Kiedy szatyn odwrócił się, by ujrzeć nowe zagrożenie, poczuł żelazne palce na swojej ręce. Nie miał szans na ucieczkę. Tak naprawdę to jej nie planował. Czas nadszedł, by wyłożyć kolejne karty na stół. Jego własna kończyna wygięła się nienaturalnie w barku i zablokowała atak. Alexx zrobił zdziwioną minę, patrząc to na bark, to na dłoń przeciwnika, jakby niedowierzając co się tak naprawdę stało. Jego usta wydęły się w kształcie litery „o”.
- Nie tylko ty potrafisz tutaj robić niezwykłe rzeczy, Senpai – powiedział Lee powodując jeszcze większe osłupienie u ex-kapitana. Szarpnął trzymaną ręką i wydostał ją z uchwytu. Wykorzystując tkwiący w nim miecz. Wspiął się po klownie i wykonał jeszcze kilka kopnięć w głowę, kończąc wszystko zgrabnym piruetem. Na zakończenie splótł ręce pod jego brodą i przerzucił go przez siebie, wbijając w ziemię. Czując ból pleców i coraz większe zmęczenie, Klaun wreszcie coś zrozumiał:
- Senpai? W takim razie jesteśmy… braćmi?
Sama ta myśl powodowała w poruczniku odrazę. Powstrzymując nieprzyjemne uczucie powiedział:
- Dezeonu Kasai, masz ostatnią szansę, żeby się poddać… – dziwnie się czuł mówiąc te słowa. Zwykle brzmiały one pewnie. Jednak w spotkaniu z tą postacią, jej oszalałym wzrokiem, krwiożerczym uśmiechem i wysoką oraz niechlujną postawą, straciły swoją moc, a sam Kuyicha poczuł się śmiesznym.
Sens słów nie dotarł do Alexxa. Żył on w swoim świece i teraz tylko jedna myśl owładnęła jego mroczny i pokiereszowany umysł. Znalazł brata. Po tylu latach! Mimo, że dzisiejszego dnia śmiał się już wystarczająco, to zawsze znajdą się powody by cieszyć się jeszcze trochę. Czy może być lepsza możliwość do radości niż odnalezienie swojego rodzeństwa? Chichot był dziwny, mroczny, nienaturalny. Taki zdawał się Bukemizu, ale dziwnym sposobem poczuł on pewnego rodzaju zadowolenie i rozweselenie. Zaczęło się od uśmiechu, potem delikatny chichot, a w końcu na placu rozległ się chór dwóch śmiejących się mężczyzn. Wojownik z dwójki nie wiedział dlaczego się śmieje, jednak nie mógł się powstrzymać. Co innego jego przeciwnik, który wkrótce całkowicie spoważniał. Porucznik tarzał się ze spazmatycznego śmiechu. W międzyczasie on podszedł do niego. Kopnięcie w brzuch i salwa krwi, wykrztuszonej w czasie nieprzerwanego rechotu. Lee nie mógł się skoncentrować. Poprzez łzy zauważył, że Klaun znowu stoi przy nim. Próbował się obronić, ale poczuł tylko, że jest unoszony do góry i otrzymuje cios w brzuch, podbródek i czoło. Siła ciosu sprawiła, że poleciał do tyłu, odbił się parę razy od ziemi i zniszczył ostatnią stojącą w tym miejscu ścianę. Mimo to nadal się śmiał. Tym razem podniósł się i spróbował ustać na równych nogach. Przychodziło mu to z trudem. Mięśnie brzucha bolały go i zaczynało brakować powietrza. Nawet nie zauważył, kiedy znowu znalazł się przy nim przeciwnik.
Następne, co kojarzył to, że został nieźle wbity w ziemię szybko serią ciosów w tors. Z nosa ciekła mu krew i chyba miał złamane dwa żebra. Z kącika ust ciekła mu stróżka krwi. Powoli dusił się, jednak nie przestawał rechotać. Zdanie umrzeć ze śmiech nabierało teraz zupełnie innego znaczenia i wcale nie wydawało się zabawne. Rebeliant jednak miał inne plany. Zaciągnął się odorem nadchodzącej śmierci. Krew chłopaka zdobiła jego ręce. Miała taki słodki smak. Oczy rozbłysły mu kiedy jej spróbował.
- Wybornie. – podsumował i spojrzał na walące się pod nim truchło. – No cóż, poruczniku Bukemizu. Trzeba się było nie wtrącać w sprawy rodzinne. Teraz cię wykończę, ale najpierw tradycji musi stać się zadość. Warto by więc ogłosić jakieś przemówienie, wieńczące mój ostateczny triumf i twoją śmierć. – zastanowił się przez chwilę, gładząc się po brodzie. – Ale czy przypadkiem to nie jest już przemową? Czy mówiąc ci, że będę mówił przemowę już ją wygłosiłem? Czy dopiero zamierzam to zrobić? Może tak naprawdę moją przemową, będzie przemowa, że chce wygłosić przemowę… to nie ma sensu… WYBORNIE! – skwitował swoją niezbyt logiczną wypowiedź Alexx i znowu zaśmiał się, tym razem triumfująco. Zacisnął palce i wybrał miejsca, które spowodowałoby najwolniejszą śmierć z jak największym bólem. Już szykował się do zadania ostatecznego ciosu, gdy poczuł nagły wzrost reiatsu, a następnie z miejsca w którym leżało ciało Dariela wydobył się oślepiający blask. Ciemno-jasny. Dziwna mieszanka zaskoczyła ponownie świra, który zgruchotał kamień tuż obok głowy porucznika.
- No cenzura, co to jest? Dzień robienia niespodzianek kapitanowi Dezeonu? – krzyknął podirytowany i odwrócił się w stronę tego dziwnego zjawiska. Dziwna zorza wyłoniła z siebie Shiro dzierżącego nową brońw ręku. Mimo ogólnego pokiereszowania, z krwawiącym bokiem, poważnie zmasakrowaną twarzą i przekrzywionym nosem, to wciąż nienawiść do swojego byłego dowódcy dodawała mu sił. Jednak to co skupiło uwagę świra, to dziwny wygląd broni. Połączenie broni palnej z półtoraręcznym mieczem. Przez moment stał ze zwisającym luźno ramieniem w całkowite ciszy, jakby dając czas, by wróg mógł podziwiać jego narzędzie śmierci.
- Buahahahahaha! – Alexx od razu wybuchnął śmiechem i musiał oprzeć się o kolana, żeby nie upaść. Jego brzuch trząsł się jakby miał odpaść. Ten dzień wejdzie do jego pamięci jako najzabawniejszy i najprzyjemniejszy w jego życiu, a ten widok zawsze będzie go rozśmieszał. – Haha… haha… nie, proszę… haha… przestań.
Próbował się opamiętać, ale za każdym razem kiedy spoglądał na dziwną broń, wybuchał kolejną dawką śmiechu. Dariel nie dał się sprowokować. Mimo wściekłości w jaką wpadł, nie stracił zimnej krwi. Ciągle był sobą i tak już pozostanie. Na zawsze. Już nie musiał się spieszyć i mimo, że ostatnie słowa jego Opiekuna odbijały się echem w jego głowie, nie atakował. Nie był już Okaeshim. Pamiętał jednak te słowa.
„… musisz powstrzymać zniszczenia w Seireitei. Osądź sprawców, swoich byłych pobratymców. Osądź sprawców. Osądź.”
Teraz po raz pierwszy odpieczętował swoją broń i czuł jego siłę obok siebie. Jego potęgę, która miała walczyć razem z nim. Pokonają ex-dowódcę razem.
- Ty to nazywasz Shi-kai? – klaun wytarł łzy z oczu i podparł się ręką o biodro. – To nawet broń nie jest. Ty chcesz mnie tym pokonać?
Nagły rozprysk krwi i bladoniebieska katana wysunęła się z brzucha Alexxa. W uchu usłyszał słaby szept.
- Nie. On będzie tylko pomagał.
Rebeliant zamachnął się do tyłu, ale trafił tylko w powietrze. W następnej chwili otrzymał kopnięcie w twarz. Porucznik odbił się od jego głowy jak od ściany i wylądował obok swojego sojusznik. Oddychał ciężko i trzymał się za kłujący bok. Złamane żebra dały o sobie znać. Nie obchodziło go skąd nagle pojawiła się nowa broń oraz kiedy Shiro poznał imię jego Zana. Ważne było tylko to, że był teraz silniejszy. Ich szanse rosły. Dezeonu opadł na kolana, trzymając się za brzuch charkając agonalnie. Nie wzruszyło to Dariela.
- Odpuść. Nie dasz mu rady w takim stanie. – powiedział beznamiętnym głosem nie spuszczając oczu ze swojej ofiary. Tym razem jednak to Lee nie wytrzymał nerwowo. Brutalnie odwrócił go w swoją stronę i nie puszczając, wyrzucił z siebie dręczące przez całą walkę myśli.
- Teraz to ty mnie posłuchaj. To nie jest tylko twoja walka. On jest jednym z przywódców buntu. To przez niego zginęło mnóstwo niewinnych istot. To przez niego… - głos mu się załamał na świeże wspomnienie. Uspokoił się momentalnie i kontynuował już znacznie ciszej – Czy musiałeś kiedyś zabić kogoś, kim miałeś się opiekować? Czy musiałeś kiedyś zrobić to, wiedząc że tak będzie dla niego lepiej? Że nie będzie się w ten sposób męczył? To nie jest tylko twoja walka. Ja także mam z nim pewne rachunki do wyrównania. Chcesz to próbuj mnie powstrzymać, ale nie będę stał z boku i patrzył. – Uśmiechnął się delikatnie. Tyle na ile pozwalały mu jego rany. – Zresztą nie będę przyjmował rozkazów od zwykłego szeregowca.
Twarz Shiro nie zmieniła się nawet na ułamek sekundy. Kiedy porucznik skończył, delikatnie odsunął jego rękę i odwrócił się w stronę rebelianta. Nie trzeba było nic mówić. Świr nadal stał w tym samym miejscu, ale przestał trzymać się za niegroźną ranę i zachowywać się jak idiota. Teraz w jego umyśle kształtował się tylko jeden cel.
„Zignorowali moje przedstawienie – myślał o scenie udawanej śmierć, godnej desek największych teatrów zaświata. – Przegięli. Czas ukarać rodzinkę.”
Wojownik, który nie miał prawa stać, a co dopiero mówić o próbach walki. Rozorana ręka, mnóstwo mniejszych ran i dwie poważniejsze w brzuchu oraz pokiereszowana twarz. Każdy inny zemdlałby od samego ubytku krwi i reiatsu, ale nie on. Jego szaleństwo i wola zniszczenia dodawały mu sił. Bestia kontra Mściciel i Bojownik o „Sprawiedliwość”. Klasyczny pojedynek z nieklasycznymi bohaterami.
Alexx ruszył do ataku. Jego przeciwnicy byli gotowi. Dariel zregenerował się i przyzwyczaił do ciężaru nowej broni, a Lee znowu zamienił swoją w potrójne szpony. Jedyną broń jaka mogła dać mu przewagę w pojedynku z Bestią. Pierwszym celem był ten, który najbardziej zranił duszę kapitana. Jego pięść zderzyła się z ostrzem Białego. Wybuch tym spowodowany oczyścił pole walki dookoła nich z niepotrzebnego gruzu i ciał. Porucznik przeniósł się za plecy Dezeonu. Jego atak został wyprzedzony. Kopnięcie w twarz obróciło go, ale mimo bólu nie stracił trzeźwości myślenia. Zaparł się ręką o ziemię i kontynuując obrót uderzył go stopą w bok. Cios zagłębił się w ciało, ale nie wyrządził żadnych szkód. Kapitan nie zważając na muchę za plecami, pociągnął ostrze do siebie i uderzył czołem nieprzygotowanego Shiro. Następnie wygiął rękę w łokciu i chwytając porucznika cisnął nim w drugiego z shinigami. Razem grzmotnęli o ziemie. Nie było czasu odetchnąć.
Klaun ruszył ponownie do ataku. Punk zrzucił z siebie towarzysza i wystawił ostrze. Jego dowódca nadział się na nie na wysokości płuc, ale mimo że przeszyło go na wylot, nie zaprzestał ataku. Chwycił swojego syna za twarz i nagłym zwiększeniem ciężaru wgniótł go w ziemię. Biegł dalej ciągnąć go za sobą, nie zauważając malejących pokładów własnego reiatsu. Poczuł jak coś wbija mu się w udo i ciągnie w przeciwnym kierunku. Stracił równowagę i upadł, rozszerzając rozcięcie spowodowane przez dziwną broń Białego. W jego udzie utkwił jakiś dziwny sierp, połączony łańcuchem z Lee. Robiło się coraz zabawniej. Chwycił za lodową linę i szarpnął z całych sił, porywając małego poruczniczka jak listek. On działał, nie myślał. Robiły to za niego jego ofiary. Bukemizu w locie zwiększył swój ciężar i wbił się w tors Klauna, jednocześnie otrzymując silny cios w złamane żebra. Teraz było ich już trzy.
Wojownik Cieni nie odleciał daleko. Znowu poczuł pociągnięcie łańcucha i zrozumiał, że się przeliczył. Kolejny raz doprowadził do sytuacji, w której naraża się na ataki, a sam nic nie może zrobić... Tym razem cios w brzuch wydusił z niego treść żołądkową, która w locie wymieszała się z krwią. Kolejny nawrót i kolejne uderzenie tym razem w twarz. Miał wrażenie, że pękają mu kości policzkowe. Czwartego nie było. Łącząca ich nić pękła w kilku miejscach, a on wylądował na ziemi. Miał coraz większe kłopoty ze złapaniem powietrza. Nad nim stał Dariel. Krew z jego broni kapała mu na strój. Na torsie Dezeonu pojawiły się kolejne krwawe ślady. Jego ramiona unosiły się w ciężkim oddechu, ale jego twarzy wyrażała niezdrowe zadowolenie. Shiro znowu ruszył do ataku, nie czekając na towarzysza. Był szybki. Może nawet szybszy od porucznika, jednak nie dawał sobie rady w bliskim kontakcie. Miał zdolności. ale jeszcze nie doświadczenie. Otrzymywał coraz silniejsze i coraz celniejsze ciosy, samemu nie robiąc zbyt dużych szkód. Bukemizu zrozumiał już, że nie da rady walczyć z pełną werwą i giętkością. Nie da rady walczyć w pierwszej linii. Nie przy takim przeciwniku.
Lee postanowił wspierać towarzysza w jego staraniach. Biały walczył impulsywnie i agresywnie, czasami zapominał o obronie. Porucznik zawsze myślał trzeźwo i widział jego błędy. Starał się więc pomóc mu jak potrafił, łatając jakoś te luki i chroniąc jego wrażliwe miejsca. W rękach stworzył naginatę, która umożliwiała mu trzymanie się w pewnej odległości od niebezpiecznego rebelianta. Może nie był to najlepszy przykład współpracy, ale zawsze jakiś. Shiro siekał i ciął z wytrawną precyzją, a jego przeciwnik odpowiadał mu gradem ciosów i kopnięć, z których większość była nie do powtórzenia przez kogokolwiek innego. Tracił jednak impet, wraz z trwaniem walki. Nie mógł już używać sztuk ze szkoły Węża, więc i obrażenia, które otrzymywał były boleśniejsze. Bóg Śmierci z Dziewiątki także tracił siły. Nie zauważył leżącego ciała. Potknął się. Byłby to moment przełomowy w walce, gdyż Alexx zamachnął się celując w jego zraniony bok. Jeden silny cios mógłby zakończyć pojedynek. W takich jednak chwilach zawsze działał Bukemizu. Pojawił się na drodze ciosu i starał się zablokować go drzewcem. Broń oczywiście nie wytrzymała zderzenia. Lee błyskawicznie stworzył kolec lodu, który złagodził siłę i zmniejszył obrażenia. Porucznik odleciał tylko do tyłu i upadł na ziemię. Nogi odmawiały mu już posłuszeństwa. Dezeonu stał w tym samym miejscu, a w jego piersi tkwiło ostrze. Biały wykonał obrót i z mściwym uśmiechem patrzył na grymas bólu, który wreszcie pojawił się na twarzy jego kapitana. Ten szybko został zastąpiony przez uśmiech.
- Dobry humorek dopisuje, świrze? – zapytał Yakuin, czując przewagę chyba po raz pierwszy w ciągu tego pojedynku.
- To jest to czego się spodziewałem. Walka, zniszczenia, gniew, chaos, ból, krew, pot i łzy. Co za wspaniały dzień! – krzyknął i splunął krwią. Nie próbował się wyrwać. Stał i patrzył jak jego własna osoka spływa po klatce piersiowej i ostrzu.
-Ah, jakie to miałem szczęście, że wpadłem na tę dziewczynkę. Taka niewinna, a dała mi tyle zabawy, kto by pomyślał… Spisałeś się mój uczniu. Teraz, pozwolisz ale muszę coś… a raczej kogoś załatwić. Spodoba ci się to.
Zanim Dariel zrozumiał sens tych słów, jego były dowódca wyszarpnął miecz z piersi i zniknął. Za plecami usłyszał dreptanie. Serce podskoczyło mu do gardła, gdy się odwracał. W ich stronę biegła mała Lithi, a w jej kierunku podążał Alexx. Musiał zauważyć ją wcześniej. Shiro wiedział, że nie zdąży. Mimo to skupił wszystkie swoje siły na tym, by dotrzeć do niej jak najszybciej. Nie wszystko było jeszcze stracone. Dezeonu miał już sporą przewagę. Pojawił się obok przerażonego dziecka z opętańczym wyrazem twarzy. Nagle między nimi stanęła jakaś postać z tarczą. Porucznik Lee także zauważył dziewczynkę. Mimo że nie ruszał się już tak szybko, to dzięki przewadze odległości zdążył zasłonić ją przed potworem. Przyjął cały impet uderzenia na stworzoną naprędce lodową tarczę. Ta rozprysła się na miliony kawałeczków, tak jak kość jego ręki. Wytrzymał uderzenie i zasłonił Lithi. Klęczał teraz pod najpotężniejszym Shinigami, całkowicie bezbronny. Co z tego, że obaj byli wyczerpani? Nie miał szans zablokować kolejnego uderzenia. Klaun zaś nie miał szans go zadać. Biały pojawił się obok niego chwilę potem i przyłożył mu broń do skroni. Świr odwrócił się powoli tak, że jego pokiereszowana twarz znalazła się tuż przy ostrzu.
- Co teraz zrobisz, Dariel? Zabijesz mnie? To dobre rozwiązanie, ale czy dasz radę?
Czuł, że jest podpuszczany. Wiedział, że nie miał innego wyboru. On albo Lithi. Palec nacisnął delikatnie spust i zadrżał, jakby nie mógł się zdecydować czy to zrobić czy nie. W uszach znowu rozbrzmiał mu głos jego Opiekuna. Osądź. Zabij. Zniszcz. Te trzy słowa powtarzały się co chwile, zagłuszając myśli. Wtedy, przez potok słów, przebił się inny głos. Delikatny i łagodny. Głos przestraszonego dziecka:
- Shiro, nie… - w oczach dziewczynki pojawiły się łzy. Przestraszyła się tego Shiro, którego widziała. Nie wierzyła, że byłby wstanie zrobić coś tak strasznego. Nie on. Nie jej bohater. Opiekun zamilkł, a on sam spojrzał na nią i uśmiechnął się. Nie potrafił jej odmówić.
Bestia nie była ucieszona. Miało się zakończyć wielkim bum! Ogromniastym BUM! Skoro zaś nie, to on to zakończy. Złapał za ostrze i chciał rzucić się na swojego podopiecznego. Ten zareagował instynktownie, naciskając spust do końca. Biała wiązka energii pochłonęła ciało jego kapitana i wznieciła tumany kurzu. Lee rzucił się na dziecko i przycisnął je do ziemi, chcąc uchronić przed podmuchem. Potężny podmuch wzbudzona nagromadzeniem energii wzbił tumany kurzu i gruzu w powietrze. Shinigami i dziecko ujrzeli wysoką postać, stojącą nieopodal.
„Kasai!” Bukemizu z trudem wstał i przyjął postawę obronną. Jednak kiedy się przejaśniło, oboje zrozumieli że się pomylili. Stał tam Dariel. Ręce trzymał luźno opuszczone i oddychał ciężko. Broń nadal leżała pod jego stopami. Patrzył w kierunku leżącego nieopodal ciała swojego dowódcy, całego popalonego i pokrytego świeżą krwią. O dziwo jeszcze oddychał, ale był nieprzytomny. Kuyicha odetchnął i zapieczętował swoją broń. Ból mięśni i złamanych kości odezwał się ze zdwojoną siłą, kiedy opadła adrenalina. Gdyby miał czym, to by zwymiotował. Puścił dziewczynkę, która od razu pobiegła do Białego i przytuliła się do niego płacząc. Porucznik powoli i ostrożnie ruszył w stronę ciała, chcąc sprawdzić jego stan. Po chwili obok niego pojawił się Dariel. W jego oczach widać było coś co zaintrygowało wojownika Ni Bantai. Jego wzrok przeniósł się z oczu na palce zaciskające się na broni.
- Co zamierza zrobić? – zapytał, mocniej chwytając swoją broń. Towarzysz nie odpowiedział, tylko zamachnął się na martwe ciało. Rozległ się metaliczny szczęk, kiedy Bukemizu zablokował atak, uginając się pod jego siłą. Shiro ogarnęła furia.
- On nie ma prawa żyć!
- Nie ty o tym zadecydujesz!
- Muszę go zabić!
- Zostanie zaprowadzony do więzienia i osądzony! Tak jak…
- Co!? Jak każdy z dziewiątki!? Może mnie też chcesz aresztować!?
Te słowa odebrały oficerowi argumenty. W końcu rzeczywiście chciał go odprowadzić do więzienia, ale teraz nie był już tego taki pewien. Shinigami znowu zamachnął się mieczem. Porucznik czuł, że kolejnego uderzenia może nie wytrzymać. W tym momencie jednak pojawiła się Lithi, która kopnęła Dariela w nogę. Ten odwrócił się do niej zdziwiony i wtedy otrzymał uderzenia delikatnych rączek w zranione brzucho.
- Przestańcie! Obaj! – krzyknęło dziecko poprzez łzy, gdy w końcu przestało. – Shiro, rozumiem co możesz czuć, ale przecież ty nie jesteś taki. Nie uwierzę w to!
Łzy dziecka złagodziły gniew mężczyzny. Opuścił broń.
- Lithi, on próbował cię zabić – odparł cichym głosem, jakby sama ta myśl go przerażała.
- Wiem, jednak ja mu to wybaczam. To biedna dusza. Nie możemy karać go za to, co zrobił z nią świat. Proszę cię, Shiro… – dziewczynka chwyciła go i znowu przytuliła, tłumiąc łzy. Resztki tlącej się w nim złości zniknęły. Położył rękę na jej głowie i pogłaskał delikatnie.
Lithi w końcu uspokoiła się. Dariel zapieczętował swoją broń i powiedział jej, żeby została z porucznikiem, gdyż przy nim nie będzie bezpieczna. Następnie ruszył w swoją stronę. Nie dotarł jeszcze do końca zniszczonego placu, kiedy dobiegł go krzyk:
- Czekaj! – domyślał się, że w końcu to się wydarzy. Odwrócił się i spojrzał na ledwo stojącego Lee. – Wiesz, że jesteś poszukiwany, prawda? Mógłbym cię zaprowadzić do twojej jednostki i jakoś to wyjaśnić.
Zaprzeczył. Można było tak zrobić, ale on miał jeszcze zadanie przed sobą. Musiał je wykonać.
- Mam nadzieje, że wiesz co robisz.
- Opiekuj się Lithi – odparł Biały i znowu ruszył w swoją stronę.
- Shiro! – kolejny krzyk zatrzymał go w pół kroku ale tym razem się nie odwrócił. – Masz godzinę.
Uśmiechnął się pod nosem. Teraz kiedy jego Lithi była bezpieczna czuł, że podoła. Przed nim jeszcze długi dzień.
Dodatki:
PS1. Jestem wstanie ponieść wszelkie konsekwencja mojego spóźnienia, ale proszę o to by nie objeły one Dariela
PS2. Karty są w poście w/w
PS3. W karcie Dariela napisane jest, że zwykle się broni itd. Uważam jednak, że kiedy zagrożona została Lithi to stracił on w pewnym sensie panowanie nad sobą i stał się bardziej agresywny.
PS4. Hmm... to chyba wszystko co teraz pamiętam. Jakby były jakieś pytania to chętnie odpowiem
Jeszcze raz przepraszam za spóźnienie |
_________________ Nec Hercules contra plures- i herkules dupa kiedy ludu kupa
Miłość to nie patrzenie w siebie a patrzenie w tym samym kierunku ;* |
|
|
|
 |
Starke
Superintendent

Karta Postaci
Poziom: Intendent-jun
Reiatsu: Moje>Twoje
|
Wysłany: 2010-06-13, 15:32
|
|
|
Wolfpack
Dariel
Dobra ta walka. Tak trochę epicko, trochę tragicznie, bez groteski, komedii. Dobrze mi się też to czytało, dopiero po połowie zacząłem patrzeć, ile jeszcze (ale to raczej dlatego, że nie lubię czytać długich postów na forum, a tym razem nie przekopiowałem sobie wpisu do Worda).
Wpis jest dosyć prosty, nie zaskakuje – mógłbym nawet powiedzieć, że ma podręcznikowy charakter. Tak samo go też ocenie, pokrótce.
Spodobało mi się, że w tym tekście ciągle coś się działo. Sekwencje walki zdecydowanie dominują we wpisie, nie ma raczej miejsca na wątki poboczne (jak zresztą przystało na walkę DH). Tu Alexx spuszcza któremuś z Was łomot, tam jeden nadziewa go na ostrzę, drugi próbuje sobie radzić z hakudą (biedny Lee...nikt mu nie powiedział, że nawet mistrz wagi średniej raczej nie powinien startować do zawodnika ciężkiej? ). Miło, przyjemnie.
Okoliczności bitwy – tak, dałeś odczuć, że mieliśmy tu przed chwilą do czynienia z małą rzezią. Tu martwa pani Shinigami, tam gdzieś dymiące jeszcze zwłoki (przez moment zastanawiałem się, jak długo może drgać odcięta kończyna – dałem temu jednak spokój, mniejsza). A że sami dorzuciliście coś niecoś do dekonstrukcji okolicy, tabelkę ,,fajerwerki” również uważam za wypełnioną.
Jeśli chodzi o kreację postaci, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony Alexxem. Oddałeś go świetnie – z całym tym nihilizmem, słabym humorem, okrucieństwem i irracjonalnymi zagraniami, które stają o być lub nie być tej postaci. Pięknie. Za to Dariel okazał się zdumiewająco normalny. No i dobrze, nie uzyskałeś przynajmniej efektu przesytu.
Jeśli chodzi o naszego trzeciego bohatera, Lee, znów wyszedł kochany, dobry chłopiec, odpowiedzialny, niewinny dzieciak-oficer, na którym można polegać i który też umie, w razie czego, zażyć kogoś z mańki. Lubię sobie patrzeć na sposoby kreacji tej postaci, planując powoli jej dokumentne zniszczenie w naszej walce – tak więc postać puszczonego w gaciach Lee, który ledwo żyje, ale żyje, pomagając Ci odwalić kawał dobrej roboty, tym bardziej mi się podoba.
Statyści, by dopełnić obrazu, są na swoich miejscach.
No i punkt bonusowy za ostatnią scenę, rodem z Hollywood. Takie typowo amerykańskie rozwiązanie, dopełniające zresztą ,,amerykanizmu” całej walki, dodaje jej uroku. Mało może oryginalne – bo i nic nie było tu oryginalne - za to przyjemne.
Tymczasem wypada mi wytłumaczyć dlaczego jest nieco gorzej, niż by się mogło wydawać.
Nie obyło się bez pewnych błędów.
Przede wszystkim: Darielu, odsyłam do podstawówki byś raz jeszcze przypomniał sobie, iż nie z czasownikiem piszemy osobno. Zaskoczyłeś mnie negatywnie, sadząc takie kwiatki jak ,,niedoceniasz” czy ,,niemiałem”. Pisząc ocenę zauważyłem zresztą, że Word bynajmniej nie uważa tego za błąd...co tylko dowodzi, że nie należy zanadto ufać komputerowej weryfikacji tekstu. Przy okazji przejęzyczyłeś też miano postaci Lee. On ma na imię Bukemizu, nie Bukezumi, którego zresztą źle odmieniłeś (Bukezumiego, nie Bukezumi’ego – ,,i” jest tutaj zmęczeniem, nie spełnia funkcji samogłoski – nie potrzebujesz zatem również apostrofu).
Pojawił się tez krzak interpunkcyjny: ,,powiedziałem, chcąc nadać odrobinę patosu, tej chorej walce”. Co najmniej jedne przecinek za duzo.
Sygnalizując czynność ciągłą, używamy na ogól trybu niedokonanego; w narracji ciosy raczej ,,padały” niż ,,padły”. To jest krzak stylistyczny – możesz oczywiście pisać tak i tak, ale druga opcja nie oddaje zamieszonego efektu. Przez chwilę zastanawiałem się też nad wyrazem klaun, mając w pamięci raczej angielskiego clowna i spolszczonego klauna...ale widzę, że taki ni pies, ni wydra jak klown też funkcjonuje, nie będę się więc kłócił z konwencją...nawet jeśli jest głupia i wykazuje te tendencje w polityce językowej, które mnie brzydzą.
Czasownik ,,wymiotować” jest pozbawiony strony zwrotnej – nie można ,,się zwymiotować”, chociaż można ,,się wyrzygać”. Dobrze byłoby też czasem zaprzeczyć/zanegować/zaprotestować w miejsce tak częstego ,,oponowania”
Nie zapominajmy też, że stosuje się parady i uniki, ale trzyma gardę, a nie gardy. I choć są różne typy gard i można je oczywiście zmieniać w walce (otwarta, zamknięta, wysunięta do przodu, znane miłośnikom Hajmime no Ippo peek a boo etc), zmienia się też tylko gardę, a nie gardy. Oczywiście, można by w mowie potocznej powiedzieć inaczej...ale to nie był tego typu fragment.
Twój Opiekun to Opiekun Duszy, nie Dusz – nawet jeśli Twoja postać ma rozdwojenie jaźni, technicznie rzecz biorąc, jest to jedna Dusza, a nie dwie w jednym ciele. Inaczej Dariel miał by jednego Opiekuna, a Okeashi innego. Padło też gdzieś tam stwierdzenie: ,,kawałki ubrań (...) wraz z jego krwią”. Jeśli nie chodziło Ci o strzępki fruwające sobie do pary z kropelkami krwi, powiedziałbym raczej ,,zakrwawione kawałki ubrań”.
Nie jest tego może dużo i co ważniejsze, nie są to sprawy najwyższego sortu, ale jednak są i trochę rażą. Dochodzą do nich nieco inne kwiatki, dotyczące już raczej psychologii wpisu.
Ot, na przykład, Dariel chciałby zamieszkać w Rukonie i ,,pozostać neutralnym od całej polityki”. Pozornie nie da się temu nic zarzuć – po prostu Dariel ma już w dupie całe to zamieszanie, jest zmęczony, chciałby móc swobodnie wyłożyć na to lachę. Tyle że Dariel jednocześnie miewa dość wulgarny język i nie był też jakimś wysoce aktywnym podmiotem tejże polityki (powiedziałbym nawet raczej, że był jej przedmiotem i to nie do końca świadomym) – zatem słowa o ,,zachowywaniu neutralności” nie brzmią mi tu zbyt dobrze. Gdyby to było raczej coś w styli ,,zdystansować się” czy, mocniej, ,,pierdolić to”, byłbym już bardziej przekonany.
Wyeksponowałeś też motyw zaskoczenia Alexxa faktem zdobycia przez Ciebie shikai. Jest to pewna ryska na świetnej kreacji tej postaci...bo nawet jeśli Alexx kiedykolwiek się zanotował, co Ty możesz, a czego nie, nie sądzę by się nad tym choćby przez chwile zastanawiał. Innymi słowy: postać Alexxa ma raczej wyłożone na Twoje shikai, nie zaskoczy więc jej to na dłużej niż ułamek sekundy.
A gdyby zanotował, stałoby się to kanwą do jakiegoś irracjonalnego wątku (,,Tatuś jest z ciebie taki dumny!”)...więc i to mnie nie przekonuje.
Ciekawe jest też stwierdzenie ,,zbyt mocno, jak na pacyfikację”. To trochę tak jakbyś zakładał, że taka ,,pacyfikacja” jest czymś naturalnym. A chyba nie jest, skoro nawet nie zabrali Ci miecza...mam wrażenie, że nie do końca to chciałeś powiedzieć.
No i tyle. Miało być krótko, wyszło jak zwykle. Ocena? 7. Tak naprawdę to 7,5, ale 0,5 masz za wstęp, a nie mogę dać Ci z czystym sumieniem 8.
Lee
Lee, Lee-chan...Twój pojedynek mnie zmęczył.
Dosłownie – pisząc to, jestem zmęczony i nie chcę mi się specjalnie nad tym rozwodzić. Ten tekst powinien być w najgorszym wypadku dwa, a w najlepszym – nawet trzy razy krótszy.
I wtedy oceniłbym Cię mniej więcej tak, jak Dariela.
Przede wszystkim zmęczyła mnie sieczka. Ludzie różnie piszą. Czasem jest to niemalże chirurgicznie podzielony, klinicznie ,,czysty” wpis, kiedy indziej mamy do czynienia z jego przeciwieństwem – zwerbalizowanym strumieniem świadomości. Twoja walka ma jakiś tam kręgosłup, ale jakoś w początku środka/rozwinięcia zamienia się w jeden, ciągły potok (inspiracje powodziowe? Mam nadzieję, że nie doświadczenia)...hmm, ramen.
Albo nie – taka zupka kuskus z sosem knorr, przyprawą winiary, ,,Perłą PRL” i innymi specyfikami. Za Dużo Na Raz. Bez Żadnej Przerwy (niestety, spacja i enter to po prostu jakby tylko kolejne chochle, maczane w tym samym garze). Dlatego też do Męczącej Długości dochodzi niestety Monotonność – a tego Ci nie wybaczy żaden czytelnik.
Błędy popełniłeś podobne do tych w poprzedniej walce – ale mówię tylko warstwie słownikowej. Dość często dziwnie dobierasz wyrazy, po prostu.
Błędów formalnych jest już zdecydowanie mniej. Ale, zawsze jest jakieś ale.
- Kwestii dialogowej nie kończy kropka – powiedział Czarek.
- Chyba, że opis narracyjny nie zawiera orzeczenia związanego z mówieniem dla podmiotu-autora wypowiedzi. – Co powiedziawszy Czarek usiadł przed ekranem komputera.
Z nieco innej parafii: chciałbym wreszcie zasygnalizować, że opis X-włosy jako zamiennik imienia własnego nie może byś stosowany zawsze i wszędzie. Takie wybite z kontekstu, nagle wtrącone ,,szatyn zrobił” brzmi tak, jakbyś chciał zwrócić uwagę na imponderabilia fryzjerskie pana Bukemizu, a nie jakiś aspekt jego działalności.
Były również powtórzenia, momentami perfidne – ot, efekt pisania walki na ostatnią chwilę. Jeśli to samo znajdę u Alexxa...to chyba mnie szlag trafi.
Fabularnie jesteście oczywiście z Darielem tacy sami – o ile jednak u niego to się broni (prosto, ładnie, po amerykańsku...ja to napisałem?), o tyle u Ciebie tonie we wspomnianym eintopfie.
No i tyle. Chciałbym (,,być” z formami osobowymi piszemy razem, z bezosobowymi osobno – zwróć uwagę, bo i to gdzieś tam skaszaniłeś) być szczegółowszy, przykro mi – nie dam rady.
6. Jest postęp. Niestety, jest też brak umiaru, moderatio....a ja nie lubię baroku. Nawet gdybyś był Samuelem czy Kacprem Twardowskim (których fanem zresztą nie jestem).
P.S. A, byłbym zapomniał: Alexxa oddałeś nawet lepiej niż Dariel. Szkoda, gdyby nie powyższe elementy, naprawdę miałbyś 7...
Alexxa zrobię jak już będę wymiotował Rzymem epoki cesarstwa. |
_________________ Prawie wszystko się stało, co się miało stać,
nie ukryjesz się ziemi ni niebu -
teraz uśnij, mój mały, trzeba spać,
więc się nie budź... |
|
|
|
 |
» Drax
Kenpachi

Karta Postaci
Postać: Seiji Hayashi
|
Wysłany: 2010-06-16, 16:07
|
|
|
To ja dla odmiany najpierw ocenię Alexxa, potem resztę.
Alexx
Kurna... już na wstępie musiałeś rzucić czymś mrocznym i niesmacznym. Dedykacja, chociaż paskudna, stwarza pewnego rodzaju klimat. Masz za nią plusa.
Najlepszy element wpisu:
Końcówka, zdecydowanie. Gdy po wygranym pojedynku, twoja postać daje podstawy do jakiś nadziei Darielowi, nagle rozwiewasz je w okrutny sposób, skazując Lithi na śmierć, w dodatku na tym samym drzewie, na którym przed paroma chwilami sam miałeś zginąć. Mocny moment, skurwielstwo Klauna nie zna granic.
Postacie:
W ciekawy sposób postanowiłeś zaprezentować strony w tej walce... ale nie do końca mnie się spodobało przedstawienie bohatera Lee. W twoim wpisie wyszedł on na zwykłego kmiotka, pachołka bez jakiegokolwiek pomyślunku, blee. Agresja Dariela przekonywująca. Alexx to Alexx, szalony i nieprzywidywalny. Jakbym miał podsumować, to jednak nie przekonało mnie to.
Otoczenie:
Nic szczególnego, właściwie jedynym elementem, który wyróżniłeś, było drzewo. Żadnych plusów, żadnych minusów.
Fabuła i przebieg starcia:
Hmm... Niestety, nie popisałeś się moim zdaniem. Dochodzi do walki dwóch Yakuinów z jednym z najpotężniejszych Shinigami, a oni bez żadnych zahamowań pędzą przed siebie. Szczególnie mowa o Lee, któremu ta walka praktycznie do niczego nie była potrzebna, a atakował, jakby nigdy nic. Dalej, współpraca między Darielem i Lee nawiązała się u Ciebie za szybko, zbyt dobrze, w sposób zbyt naiwny.
No i największy minus...
| Cytat: |
A kto jak kto ale Kasai był przygotowany na przyszłe starcie z Shiro. Bacznie obserwował zmiany w jego psychice. Notatki Dreoda okazywały się pomocne. Nawet bardzo, szczególnie szkic psychologiczny oraz sposób walki. |
Owszem, mogłeś znać doskonale styl walki Dariela, lecz to już było nieaktualne. Zdobył shi-kai, o czym Ty wcześniej nie miałeś pojęcia. Żadnego zaskoczenia? Brak jakichkolwiek zawahań? Ee, nawet jak na świra, to mi nie pasuje.
Podsumowanie:
Ogółem dobrze mi się to czytało, lekko i płynnie. Cały czas utrzymujesz ten swój schizowy klimat i bardzo fajnie, Alexx przekracza kolejne granice skurwysyństwa i bardzo fajnie, ale błędy, które wymieniałem, sprawiają, że aż tak fajnie niestety nie jest.
Ocena: 7/10
Lee
Na samym początku powiem, że ta walka mnie także zmęczyła. Za dużo akcji w jednostajnym tempie ( mam na myśli sposób opisania ), w dodatku dochodzi masa literówek, które utrudniały składne czytanie. No, ale u mnie było podobnie... pośpiech.
Najlepszy element wpisu:
Hmm, ciężko mi było wybrać. Ostatecznie zdecydowałem się na moment, gdy Dariel dołączył po raz drugi do walki, już z odpieczętowanym Zanpakutou. Motywowanie przez Opiekuna, z podkreśleniem słowa "Osądź" naprawdę miało swój klimat. Ten fragment spodobał mi się chyba najbardziej. Muszę w dodatku powiedzieć, że niewielu graczom wychodzi klimatyczne ukazanie stosunków Shinigami-Zanpakutou, a, że Tobie się to udało, masz za to całkiem niezłego plusa.
Postacie:
Klasycznie - Alexx świr, Ty jako obrońca ładu, Dariel w stanie furii, na co nakierował was Sq. Ok. Żadnych zastrzeżeń. Te dopiero pojawiają się przy Lithi, tj. nie chodzi o jej osobowość, ale o czyny. Jakim cudem mała dziewczynka zdołała wrócić na pole walki? Dziecko, nieznające Seireitei, wraca do tego samego miejsca pośród szalejącej pożogi, pośród mnóstwa drani łaknących krwi? Ee, nie przekonało to mnie, niestety.
Otoczenie:
Tak, jak u Alexxa, nic charakterystycznego. W zasadzie nie da się was winić, bo to w końcu DH, gdzie to Narrator wyznacza pole walki, nie podając jednak szczegółów, które Wy mogliście wymyślić. Nie wymyśliliście - trudno, szkoda i tyle. Brak plusów, brak minusów.
Fabuła i przebieg starcia:
Znów klasyka - najpierw walczy Dariel, potem Ty, dostajecie ostry wpierdol, aż w końcu zabieracie się do natarcia razem, co odnosi skutek. Dobry motyw, który będzie chyba do końca świata wykorzystywany podczas opisywania współpracy dwóch bohaterów działających w wspólnym celu, jednak nie pałających do siebie przyjaźnią.
Niestety, wykonanie, jak już wspomniałem na początku, było męczące... Nie czułem tego, niektóre momenty ciężko mi było sobie wyobrazić, przez źle skomponowane opisy. W dodatku te literówki i interpunkcja. Przynajmniej nie popełniłeś ( chyba, może nie wyłapałem ) jakiś gaf w stylu Alexxa.
Podsumowanie:
Niestety, nie spodobał mi się ten wpis. Dobrze, że go jednak oddałeś i nie skazałeś Dariela na walkover, co po poddaniu walki Mathea ze mną, pogrążyłoby waszą dywizję. Na chwilę obecną ( gdy Matheo sobie już raczej odpuścił, a Baka ma przestój ), to Ty jesteś tym małym motorkiem Ni Bantai. Staraj się jednak bardziej, by Dwójka nie skończyła jak Piątka, Czwórka, czy Jedenastka.
Ocena: 5.5/10
Dariel
Cóż, twoją walkę przeczytałem jako pierwszą. Potem zrobiłem sobie kilkudniową przerwę i przeczytałem Alexxa, którego oceniłem niemalże od razu. Świadczy to chyba trochę o tym, iż twój tekst był nieco przydługi i zawierał, podobnie, jak u Lee, ogromną ilość elementów składowych. No, ale przejdźmy do oceniania.
Najlepszy fragment wpisu:
W zasadzie nie fragment, a całość jako poprowadzona w narracji pierwszoosobowej. Od dawna nikt tego nie używał ( chyba, nie czytałem wszystkich walk ), chociaż na początku tej gry robili to niemal wszyscy gracze. W sumie dobrze postąpiłeś, bo twój scenariusz starcia czytało mi się lepiej od tekstu Lee, a fabularnie przecież przedstawiliście całość dosyć podobnie.
Postacie:
W sumie to wszystko poprawnie. Bez szału, ale porządnie i ładnie. Shiro nie wystartował do Alexxa na pełnej kur... jak u Lee, lecz myślał rozsądnie ( przynajmniej z początku xD ), co go właśnie odróżnia od Okaeshi'ego. Za to podobnie, jak u twojego towarzysza, nie spodobało mi się zachowanie Lithi. Dzielna dziewczynka, mądra dziewczynka, odnajduje drogę z powrotem do swojego ukochanego Dariela pośród ognia, mordu i gwałtu i to akurat tuż po pokonaniu Klauna. Cud nad cudami, ale mnie to nie pasuje.
Otoczenie:
W zasadzie to najlepiej zapamiętałem te ściany, które tak wiele razy przebiłeś swoją sylwetką. A raczej Alexx nią przebił. Mówiąc krótko: obraz chaosu i wojny, podobnie jak u pozostałych.
Fabuła i przebieg starcia:
Tak samo jak u Lee: najpierw walczycie osobno i dostajecie wpierdol, potem, gdy łączycie siły, wszystko zaczyna się jakoś układać. Już napisałem w ocenie twojego kompana, że to mi nie przeszkadza.
Przeszkodziło mi za to, że uodporniłeś się na technikę swojego dowódcy ( tej "śmiechowej" ). Czy to w ogóle możliwe?
Przechodząc dalej, całkiem niezła końcówka. Przypominasz, dzięki wprowadzeniu postaci trzecich, że wokół was jest pełno innych Shinigami i nie znajdujecie się na kompletnym odludziu, a takie wrażenie mogłem odnieść u innych walczących w tym starciu. Twoje aresztowanie i lekka aluzja na koniec także zaliczę do plusów.
Podsumowanie:
Strasznie długo... Brakowało mi twojego humoru w tym wpisie, brakowało mi także czegoś zaskakującego. Od Lee jesteś lepszy w zasadzie dzięki narracji i braku ogromnej ilości literówek i innych błędów technicznych. No i oczywiście tym, że oddałeś walkę na czas.
Ocena: 7/10 |
_________________ Primus inter pares |
|
|
|
 |
» Bub

|
Wysłany: 2010-07-01, 23:11
|
|
|
Dariel
Podobało mi się, ale nie wszystko. Ogólnie czyta się gładko i przyjemnie, z tym że to jest trochę taka walka kontrastów. To znaczy te same cechy, które w jednym miejscu są bardzo pożądane i się podobają, w innym przyprawiają o nutkę znużenia. Wszystkie te eskapistyczne opisy spełniają swoją rolę do momentu (swoją drogą, naprawdę mi się podobają), w którym ich nawarstwienie się nie powoduje leniwego machnięcia ręką na kolejne wysadzane w kosmos ściany i latające ciała niewinnych duszyczek. Fajerwerki fajerwerkami, ale wydaje mi się, że czasem można szybciej i krócej.
Twoją dużą zaletą jest na pewno umiejętność plastycznego opisu przestrzeni i zdolność to ciekawego zaprezentowania akcji; narracja jest płynna i czytelna; to u Ciebie lubię i za to plus.
Dialogi dobre, te z gościnnym udziałem Alexa momentami naprawdę smaczne, z kolei wyznania Lithi wyglądają troszkę zbyt... hm, patetycznie? Irracjonalnie? Ale cóż, taka konwencja, rozumiem. A propos, szkoda że nie mogłeś zabić klauna, wtedy zakończenie byłoby naprawdę epickie – a tak, musiałeś kombinować z jakimiś wątpliwościami, wyrzutami małej dziewczynki i jej niezbyt dobrze uzasadnionymi normami moralnymi (no może się czepiam, ale co jej do tego, że zginie seryjny morderca i dewiant, który właśnie miał szczerą chęć zmasakrować Dariela?); gdyby to był film to pewnie mielibyśmy najazd kamery na jej piękne, wypełnione łzami czarne oczęta, w tle zawodziłby wzruszający sopran Celine Dion, a Lee ostatnimi resztkami sił podpierał by się o amerykańską flagę. Wtedy zrobiłoby się tak słodziutko, że widownia załkała by ze szczęścia tak rzewnie, że aż popcorn wypadłby jej z gęby. I nie żebym był złośliwy czy coś, ogólnie scena wyszła bardzo zgrabnie; to tylko moja życzeniowa postawa życiowa musiała wtrącić tu swoje trzy grosze.
Co tam jeszcze... no tak, technikalia. Ogólnie bardzo ładnie, z paroma, wydaje mi się, zgrzytami.
Irytujące w paru miejscach zastosowanie strony zwrotnej. Poza już wspomnianym „zwymiotowałem się”, było jeszcze „pozwalając się jej lamentować” na przykład. Przecinków czasem za dużo: „powiedziałem, chcąc nadać odrobiny patosu, tej chorej walce”, „Odchylił moją katanę, a ja o mały włos, wypuściłbym ja ze swoich rąk”, „Alexx spochmurniał, jak mim, kiedy podczas przedstawienia, żadna z obserwatorek, nie zechcę wejść na scenę i dać się mu porwać w wyimaginowanej historii”. Ale to takie dość nieistotne szczegóły jak dla mnie, wiadomo że się zdarza . I jeszcze jedno: „ Przebiłem swą głową jakieś siedem, osiem desek. Czuję, jak z każdą kolejną ścianą coraz mocniej szumi mi w głowie”. Zupełnie niepotrzebna zmiana czasu na teraźniejszy. Też szczegół. O, i jeszcze jeden, choć już cięższego kalibru: „Ukaż tych co stoją ci na drodze”. Mam nadzieję, że mnie za to nie ukarzesz xD.
Podsumowując, walka ta może nie jest najoryginalniejsza, lecz ma rozmach i parę intrygujących momentów. Na przykład takich jak ten, w którym zmusiłeś mnie do wyobrażenia sobie, jak bardzo musiała cuchnąć dłoń Alexxa, albo zadumania się nad niesamowitymi możliwościami czaszki Dariela. Czyta się ją bardzo dobrze, a błędy tylko nieznacznie wpływają na odbiór całości. 7,5.
Lee
Parę przykładów (choć było więcej):
„Dla nie wprawionego oka wydawać by się mogło, że znikł i pojawił się dopiero przy swojej ofierze.” „Niewprawnemu oku” brzmiało by lepiej.
„Wbił pięść w ziemię, następnie druga, aż powstał pod nim mały lei.” Nie lei, tylko lej!
„Ramię Alexxa wydłużyło się chyba z dwukrotnie.” I po co to „z”?
„Wojownicy z Ni bantai słynęli z szybkości, tak więc nawet sam kapitan dziewiątki został zaskoczony, tym nagłym zwrotem”. I po co ten przecinek?
„skwitował swoją niezbyt logiczną wypowiedź.” Ależ to co skwitował było jak najbardziej logiczne
Początek był w porządku. Podobała mi się prezentacja akcji i sytuacji. Może nie była jakoś szczególnie wyjątkowa, nie odznaczała się się nadmiernym błyskiem – ale czytało się całkiem miło. Potem niestety czytelnik atakowany jest lawinami tekstu, który sam w sobie nie jest zły, opisom walki niczego w zasadzie nie brakuje – tyle że ich masa nie ma ujścia w jakichś przemeblowaniach kompozycyjnych, które pozwoliłyby wziąć oddech na moment i raczyć się zbawienną odmianą.
Jeśli chodzi o inspiracje do odtworzenia roli Jokera... przepraszam, Alexxa, to widać chwalisz sobie aktorstwo Jacka Nicholsona bardziej niż Heatha Ledgera – w przeciwieństwie, wydaje mi się, do Dariela . Może się ta postać podobać. Niestety nie zapadał mi w pamięć Shiro, a przecież taki ma ta potencjał. Ogólnie nie czytało się źle, z całej trójki Ty masz chyba styl najbardziej klasyczny. Gdyby go doszlifować, byłoby naprawdę dobrze. 6,5
Alexx
Ta subiektywność narratora jest doprawdy porażająca. Że własny bohater jest świrem – jak najbardziej ok, ale żeby tak od razu wciągać w to narratora właśnie, i robić z niego świra poplecznika? Można i tak, choć może lepiej w takiej sytuacji byłoby go potraktować z pierwszej osoby (chociaż... w Twoim przypadku byłoby to dość karkołomne)? Bo taki wszechwiedzący, zdradzający jednak swoje inklinacje, jest dość mało wiarygodny. No chyba że zwalić wszystko na ironię? Albo mowę pozornie zależną? Tak tylko sobie deliberuję, bo dziwne to takie, nietypowe powiedziałbym, ale uroku takiemu stylowi nie można odmówić.
Zresztą, technicznie jest w porządku, w większości przypadków zdania tworzysz ładne i zgrabne. Miejscami jednak chciałoby się więcej znaków przestankowych. Dajmy na to, dwukropków i kropek w tym miejscu: „Jest takie przysłowie „Jak trwoga to do Boga”, czy nie można go użyć tutaj, aby unaocznić problem, ale zmieniając formułę „Jak trwoga to do Szatana?”, lub przecinków w tym:
„W końcu ten limit czasu, który wymyślił nie będzie trwał w nieskończoność”. Gdzieniegdzie chciałoby się znaku innego rodzaju. W tym wypadku – myślnika (albo przynajmniej kropki): „Bukemizu potrafił zadbać o swój parszywy zad, choć w gruncie rzeczy był poważany, niektórzy wiedzieli swoje”. To doprawdy szczegóły, drobne niedoskonałości, które popełnia plus minus każdy, od poprawiania których twórcy mają odpowiednich ludzi.
Sam pojedynek jakoś szczególnie mnie nie wciągnął, niestety. Brakowało więcej nieco jaśniejszych punktów – jak ten, który dostajemy w zakończeniu. Spokojnie mogłeś wykorzystać grunt przygotowany przez opisy narratora, całe to malowanie psychologii bohaterów, na zaaplikowanie czegoś bardziej dynamicznego. W takiej jak ta postaci, pojedynek wydaje się nieco jałowy. Co nie zmienia faktu, że w całokształcie tekst wygląda całkiem nieźle. 7 |
| Ostatnio zmieniony przez Bub 2010-07-14, 21:38, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Pit
Ookami
Karta Postaci
Reiatsu: 1593
Postać: Miyamoto Hizashi-kun
|
Wysłany: 2010-07-04, 00:27
|
|
|
Darłel
Ohoho, czyżbyś miał zamiar zacząć wpis w stylu "Szeregowca Ryana"?
| Cytat: | | Oddychałem coraz szybciej, płuca nie dawały rady przetwarzać takiej ilości powietrza. |
Nie... na pewno nie. Mogłeś sobie darować ten tekst o płucach.
| Cytat: | | Nawet zabijając skazańca potrafił nie wskrzeszać w sobie żadnych uczuć. |
Wskrzeszać uczucia? Cholera, to jakiś pieprzony nekromanta. "Wykrzesać" tu pasuje. Ale wskrzeszać... zdanie przekombinowane;
| Cytat: | | Niedocenia kapitana. Zginie. |
Oh, naprawdę nie miałeś czasu tego sprawdzić? "Niedocenienie" tak, ale jeśli on "nie docenia", to oddzielnie;
| Cytat: | | Półtora metra przed Kasai Kuyicha napotkał opór |
Przecinek po "przed". Wcześniej też zjadłeś przecinek, ale daruję ci. Jedziemy dalej;
| Cytat: | | Łatwość w jaki sparowałem jego cios, zaskoczył nie tylko jego, ale i mnie. |
Hm... chyba musiałeś się śpieszyć z tym tekstem. "Łatwość Z JAKĄ sparowałem cios, zaskoczył nie tylko tego ciapciaka, ale i mnie";
| Cytat: | | wskazał drugą ręką, nietrzymającą katany, na pustą sayę u Alexxa |
Nie jesteśmy idiotami, by nie móc sobie wyobrazić ręki wskazującej coś. Toż to oczywiste, że jak nie ma żadnego dodatku (wskazał mieczem, kijem, fakiem...) to ta ręka jest wolna;
| Cytat: | | nasze spojrzenia skrzyżowały się. |
Skrzyżowały? What the fuck does that mean?
| Cytat: | | otoczyła mnie błękitna poświata. Przyjemne ciepło roztoczyło się dookoła mnie. Kuicha czuł wzmacniające mnie reiatsu. |
Mnie, mnie, mnie... do tego skąd wiesz, że Lee czuł twoje reiatsu? Jakiś drobny opis? "stał zaszokowany, czy coś takiego? Well, you fucked it totally, up to this point, sir.
Ło matko, znowu! Nieznajomość reguł. czy po raz kolejny okrutna spacja nie chciała się wcisnąć?
| Cytat: |
W tej samej chwili ochrypły, gardłowy śmiech wydobył się z ust klauna. Zaraźliwy i kąsający rechot niczym jadowity wąż. Donośne wycie zmieniło się w leciutki chichot płynący wraz z powietrzem do uszu, stojących tuż przed nim Shinigami. Alexx nie przestawał się śmiać. |
Przeczytaj to raz jeszcze. Przestawianie słów świadczy o skupieniu uwagi czytelnika na cos ważnego, przy czym nie sądzę, iż wyszło ci dobrze to porównanie. Nie pasuje to tu. Dalej bez żadnego ale przechodzisz do chichotu. Do tego momentu jest wszystko do przełknięcia. Potem zaś dajesz krótkie "Alexx nie przestawał się śmiać". W porównaniu do obu poprzednich zdań, to wygląda tak biednie, tak zupełnie bez żadnego sensu w tym miejscu. Ale dobra, trochę smęcę;
| Cytat: | | tylko to kołatało w mojej głowie. Wiedziałem, że jak rozpocznie się walka, mała będzie w wielkim niebezpieczeństwie |
"Mała" w tym zdaniu też wydaje się być źle dobrana;
| Cytat: | | Niemiałem czasu na niepotrzebną gadaninę |
Dobra, masz problemy z pisaniem "nie" z różnymi częściami zdania. Popracuj nad tym, bo kłuje to w oczy i to strasznie. Jeśli masz zaświadczenie o tym, napisz we wpisie, nikt się wtedy nie czepi.
| Cytat: | zapewniało bezpieczeństwo dziewczynki. Potrząsnąłem nim, jak dziecko, które ma pretensje do ojca, że zginęła mu matka.
- Dobrze – powiedział spokojnie Lee. Wstał szybko i otrzepał z naleciałości kurzu swój strój. – Tylko przeżyj do momentu mojego powrotu – uśmiechnął się radośnie. Następnie podbiegł do dziewczynki |
"A potem dziewczynka się rozpłakała, a potem Lee dał dziewczync eloda i poszedł z dziewczynką do parku rozrywki"
| Cytat: | | Skończ się śmiać! – powiedziałem spokojnie. |
"To jest spartaaa! - stwierdził błyskotliwie leonidas, popijając herbatkę". Czytając dialog, widziałem oczami wyobraźni Dariela wrzeszczącego stanowczo "skończ sięsmiać, mothafucka, or I'll rip yo head off!" A tu "powiedziałem spokojnie".... że co?!!!
| Cytat: | | Śmierdział potem, krwią i śliną. Jego kruczoczarne włosy były tłuste i lekko podpalone. Tanie kosmetyki, farbki których używał do malowania - śmierdziały spirytusem |
Powtórzenie; Starałbym się też mniej używać odniesień do twojej osoby: "chwycił mnie za moją kostkę, zrobił mi kuku", bo potem wychodzą kwiatki, takie jak ten:
| Cytat: | | Tuż obok mniej twarzy |
I dalej:
| Cytat: | | powiedziałem, chcąc nadać odrobiny patosu, tej chorej walce. Chciałem powiedzieć kilka słów na temat dobra, na temat jego chorej psychiki, jednak nie odnalazłem właściwych słów |
Tu nadaje się tylko ikonka Lola. Niby są odmiany, ale wszystko zestawione tak blisko siebie daje nam TRI-TRI-TRIPLE COMBO!
| Cytat: | | Wiesz czemu – zaczął – wywołaliśmy tą rebelię? |
"wiesz czemu<kup nowy proszek persik> gwiazdy są białe?" - nie robi siętakich wtrąceń, dopóki nie ma tam wyraźnej przerwy, którą TRZEBA napisać, np: "tu zatrzymał się chwilę";
| Cytat: | | Ja ukrywam się pod maską wykonanej z farbek i makijażu |
"Wykonaną";
| Cytat: | | Nie zważał na to, że moja klinga żłobiła w jego dłoni ranę, z której sączyła się krew, a cieniutki strumyk płynął po bieli mej katany, by skapywać powoli koło tsuby |
Oh yeah, to tak jakby napisać "i wtedy podpaliłem lont, który był przyczepiony do dynamitu, który po dziesięciu sekundach wybuchnie, dając czerwoną eksplozję". Po co taki długie zdanie, które spokojni można rozbić na parę mniejszych? Czytało by się to znacznie lepiej a tu musisz łapać oddech i czytać, a zdanie ciągnie się, i ciągnie, w nieskończoność;
| Cytat: | | wolę pożerać duszę. |
Czyją duszę? Jego własną? DuszE
Okej, zobaczmy ile mamy tej walki za sobą... O_O, nie jestem nawet w połowie? <i tu następuje monolog Cezarego Pazury, z Battlefield BC2 a mianowicie: kur*akur*akur*akur*a!> Zapowiada się długa, dzika noc...
Zaczniemy od:
| Cytat: | | Alexx nie czekał na moją reakcję na makabrę wyrządzoną przez jego ludzi. |
Brakującego przecinka
| Cytat: | | Zasypał mnie gradem ciosów. Kilka z nich trafiły mnie w szczękę, skroń i podbrzusze. |
Kolejny, niesprawdzony błąd;
| Cytat: | | Ostatni kopniak sprawił, że wyleciałem przez szybę i wylądowałem ponownie na ulicy |
A na ulicy były kolce. FATALITY!
| Cytat: | | Dookoła pełno ciał, zarówno Bogów Śmierci jak i rebeliantów |
A gdzie nieśmiertelne" było"? To w końcu opisujesz to co się stało, to co jest, czy może coś co będzie? O_o
| Cytat: | | Kilka budynków zajętych było ogniem, oświetlało okolicę, wzburzając ciemnopomarańczową łunę. Tuż po mnie z budynku wyskoczył Kasai |
Powtórzenie;
| Cytat: |
Kolejne ciosy padły na moje ciało. Całkowicie zapomniałem o gardach, paradach i unikach. Kilka uderzeń sprawiło, że wzleciałem lekko w powietrze. Krótko szybowałem podbity do góry. Następnie upadłem kilka metrów dalej wzbijając kurz z ulicy. Ubranie było porwane, nasiąknięte krwią moją i poległych tu wojowników. Czas działać. |
Yeah, beat the crap outa him! Mortal Kombat, to jest to na co czekałem! Ale zaraz? Padły? A ni padały? Okej, rozumiem, że dałeś się zmasakrować, stąd dokonany czas... ale nie zgrywa się to z późniejszymi zdaniami. Do tego - opisujesz coś co się już stało, a po chwili walisz - kolejnym już - równoważnikiem zdania, które nijak ma się do poprzednich opisów w czasie przeszłym, dokonanym. The hell?
| Cytat: | | Wezmę garść piasku, którym owiane są ulicę. Rzucę mu w twarz, by przez chwilę go oślepić. Następnie szybie cięcie w prawe kolano, by stracił równowagę i ukląkł. Potem piruet i uderzenie rękojeścią w potylicę, sprawi, że przez chwilę będzie zamroczony i złapie się za bolącą głowę. Potem cięcie w pierś kopnięcie w twarz. Upadnie na ziemię, a wtedy szybko pozbawię go marzeń. Wraz z głową. |
Bo podczas walki masz czas myśleć o słowach, takich jak "potylica" czy "piruet". O ile wiem, wtedy człowiek raczej przywołuje instynkty, pokroju "teraz wyrwę mu to i tamto, temu skurwielowi". Cóż, może jesteś typem Sherloka Holmesa w wykonaniu Roberta Downeya Jra xD
A, no i mały błąd - "szybie" miast "szybkie";
| Cytat: | | Przez chwilkę nie uzyskałem odpowiedzi |
A potem odpowiedział mi szybciutko. Nie używaj zdrobnień, bo potem będziesz miał problemik;
| Cytat: | | kawałkach lodu i wilgoci znajdującej się w piasku pomiędzy kostkami bruku, Kuyicha użył swojego Zanpakutou. Nie widziałem go nigdy, ale Dezeonu nie miał w tej chwili swojej broni, a z szczątków lodu wyczuwałem znikome reitasu |
Powtórzenie... piece of fuck, ILE JESZCZE MASZ ZAMIAR ZROBIĆ TYCH BŁĘDÓW;
| Cytat: | | pozbawiło porucznika stroju Shinigami. Koszula, kimono, oraz opaska na ramię porucznika zostały rozerwane na strzępy |
Ja mam ochotę pozbawić cię stroju i rozerwać na strzępy, kiedy widzę, ile robisz powtórzeń!
Krew, śmiech, rechot, szaleniec, siniak, bruk, budynek, budynek, budynek... mógłbym tak wymieniać bez końca. Naprawdę Baka nie podpowiedziała ci większej ilości zamienników?
| Cytat: | | Alexx niczym rozwścieczona bestia starała się manewrować między mną a Lee |
Niczym bestia, starał się - nie starała. Porównujesz do bestii, ale nadrzędny w tym zdaniu jest Alexx... ARRGHH!
| Cytat: |
– Przyrzekam że już nigdy – urwał – nie zabiję się! |
ALE URRWAŁ! Nie zabije SIĘ xDDDD Już nigdy się nie zabije xDDDD Och, przepraszam!
Dariel, powiedz szczerze, nie wiesz jak połączyć dynamikę z opisem walki, który nie jest minduckiem:
| Cytat: |
Jego wślizg zablokowałem z łatwością. Czułem jako ostrze powoli wypełnia się jego energią duchową. Następna seria ciosów również została odparowana. Poza ostatnim, który wybił mnie w powietrze, a szybkie i diabelnie mocne kopnięcie posłało kilka metrów do przodu. Przekoziołkowałem i przytrzymując ostrze tuż przy ziemi, zrobiłem prostą rysę w ulicy, która powstrzymała dalsze odbijanie się. |
Rozbijmy to zdanie na czynniki pierwsze:
- zrobiłeś powtórzenie, które nie było wcale potrzebne. Mogłeś zamienić "jego wślizg" na "wślizg dezeonu", wyszło by na to samo
- Czekaj, cios WYBIJA CIĘ w powietrze, wysoko (Shoryuken!), potem dostałeś kopniaka, który w powietrzu posłał cię poziomo dalej (Senpuu Kyaku!). Ty przekoziołkowałeś podczas lotu, wciąż lecąc poziomo, i wyciągnąłeś miecz, by wyhamować przy ziemi?
WHAT THE FUCK?
Rozumiem, że to "przekoziołkowanie" miało przybliżyć cię do ziemi? Ale jak? Przecież leciałeś w linii prostej, nie lotem parabolicznym! Wyhamowałeś i lądowałeś? Ale dalej piszesz o rysie, co sugeruje, ze nie była to linia prosta, tylko opadanie, niczym tupolew... Nie łapię tego.
| Cytat: |
Alexx nie atakował. Lee przyszedł mi z pomocą. Napierał na niego całą swoją mocą i technikami, jakimi umiał się posługiwać. |
Co ma jedno do drugiego? Ten nie atakował, a ten przyszedł mi z pomocą. Znów niezgrabne zdanie;
| Cytat: | | spojrzał swoim szalonym wzrokiem prosto w moje źrenice. Urwał. W jego oczach zauważyłem coś, niby strach. W czerni źrenic widziałem swoje oblicze. Niebieska poświata jarzyła się mocno. Nie bałem się. |
Ale ur... znaczy powtórzenie; Nie bardzo łapię ten tekst o naciskaniu spustu, ale pewnie ze zmęczenia nie znalazłem tej umiejętności zamiany katany w Soul Shotgun... o, to by było niezłe;
| Cytat: | | Do zobaczenia, jak kiedykolwiek wrócisz. |
Goku do Buu powiedziałby prościej - "w jakimkolwiek ciele wrócisz";
A potem następuje "Mistyczne schrzanienie BBCode", definitywnie nie miałeś czasu tego przejrzeć;
| Cytat: | | olejny raz dał o sobie znak Zenshin |
Ach, błąd... poza tym bijesz rekordy powtarzając "Zenshin" i "opiekun";
| Cytat: | | - Nie ty, prawda? – spojrzała na mnie swoim dziecięcym wzrokiem. Moje serce znowu załomotało. Miała rację. Nie mogę tego zrobić. Zapieczętowałem Zanpakutou i włożyłem go z powrotem do sayi. |
Po raz kolejny daje o sobie znać niekonsekwencja "kiedy to się kurde dzieje?" Przy okazji - minus, za takie schrzanienie klimatu. Trzeba było przeciągać ten moment, walnąć parę opisów o ciszy, chłodnym myśleniu, etc. "Oh, well - zapieczętowałem Zana. Nie zabiłem go. Hehe";
| Cytat: | | zapytał dysząc Lee, kiedy został sam na sam z Lithi |
Zostawiłeś go sam na sam z dziewczynką? To dlatego tak dyszał
No to teraz popatrzmy - to jeden wielki bajzel. Przecinków też parę razy nie ma tam gdzie trzeba, ale okej - w końcu nie jesteśmy pisarzami. Niemniej, nie dajesz sobie rady z pierwszoosobową narracją. Wymaga ona podejścia psychologicznego a nie suchych, dokładnych opisów. Sam widzisz, że parę takich ci wytknąłem. Ale teraz zapytasz "Czy to jest dobre? Podobało się?"
| Cytat: | | - Może tak… może nie. – To nie było to, czego oczekiwałem. |
Dokładnie...
O fabule teraz wypada powiedzieć sporo. Okej, mamy więc Alexxa, którego obaj musicie pokonać. Pierwsza sprawa - Lee spadł do roli drugoplanowego randoma, który coś tam pomoże, spróbuje napsuć nieco krwi oponentowi. Nie wiem jeszcze, jak to będzie zgrane z wpisem Kuchiyi, ale wyraźnie wyróżniałeś się ty i Alexx. Dobrze jest - zmasakrował was, straszył, walił durnymi tekstami (dobrze, naprawdę ładnie oddany charakter "świra"), ale... to level 4, który używa levelu 3... w zasadzie nic dziwnego, że twój sojusznik jajo co zrobił. Ty masz cheat, bo go znasz. Walka opierała się na waszym dialogu, co mi odpowiada. Ciągle mam wrażenie, że "forma przerosła treść". Część techniczna po prostu cię pogrążyła.
A jeśli nie możesz przekopać się przez moją ocenę...
Jeszcze raz mówię - narracja pierwszoosobowa - co się ze mną dzieje, kim jest ten facet przede mną, co ja o nim myślę, jak smakuje ziemia. NIE: co czuje mój kumpel, jakie uczucie przepełnia mego wroga. Te dwie rzeczy to domena wszechwiedzącego narratora.
Kulały także zdania, które w zamyśle były dokonane, ale musiałeś dodać jakiś równoważnik zdania, który rujnował całe misternie ułożone sentencje (jak "czas to skończyć!")
Fabuła była okej, nie mogę się tu nic czepić. Zadanie, walka, przeplatana rozmową, zachowania postaci - były wiarygodne, charaktery - oddane dobrze, Alexa fenomenalnie (ale jego łatwo wykreować)
Esencja, czyli walka - za dużo hiperpoprawnych, przepakowanych opisów. Dużo przecinków, zdań podrzędnych i rzeczy, których trzeba się było domyślać. Tutaj jeszcze masz spooore problemy. Ja miałem podobne i wiem jaki to ból. On po prostu brzmią drętwo.
6/10 Kupa tekstu, kupa błędów, sporo domysłów, duża dawka "łatefaków" z mojej strony, ale fabuła i postacie są okej.
Lee
Oke, teraz jestem gotowy na wszystko, z muzyką się lepiej ocenia...
Uch, daruję sobie już te super detale... w końcu nie jest tak źle:
| Cytat: | | Nim któryś z wojowników się zorientował, wyrwał małą i pojawił się za plecami nieznajomej postaci. |
A może jednak? CO zrobiłeś z tą Lilith? Ty zboku xD
| Cytat: | | – postawił na podłoży, wyrwaną z rąk kapitana Dziewiątki, małą. |
PodłożU; do tego za dużo tej "małej" xD
| Cytat: | | Położył rękę na głowie dziewczynki i uśmiechnął się ciepło. Była przerażona zaistniałą sytuacją. |
Potwór Lee, znów atakuje
| Cytat: | | Ruszył w kierunku rebeliantów sięgając za głowę po broń. |
Za czyją głowę Kogoś ty tam złapał za łeb xD Po paru sekundach domyśliłem się o co ci chodziło, niemniej "sięgając zza głowy po broń" rozjaśniła by sprawę;
| Cytat: | | być cały czas w ofensywie i nie dać przeciwnikowi |
Przecineczek przed "i" una bella koza;
| Cytat: | | Zdziwił go ten kontrast. Szaleńca i spokojnego, delikatnego dziecka. Spokojnego i nie panującego nad emocjami wojownika. |
Jak zwyklę z aprobatą przyjmuję rozbicie zdań na mniejsze, tak tu jednak przydało by się to upchnąć w jednym-dwóch sentencjach. "kontrast szaleńca i spokojnego, delikatnego dziecka, oraz spokojnego i nie panującego..." - po prostu brzmi to bardziej, jak Polski.
| Cytat: | | Dziewczynka w jego ramionach z radością kwitowała ten dziwny sposób podróżowania wydając mnóstwo „ochów” i „achów”. |
.... czas uspokoić myśli, bo czytając to, miałem ochotę się roześmiać. Nie bardzo mi się tu podoba słowo "kwitowała", ale to tylko mój gust;
| Cytat: | | Odbił się od dachu, który natychmiast zapadł się pod własnym ciężarem i stanął przed wejściem |
Kłopoty ze zdaniem podrzędnym-nadrzędnym. Wychodzi to tak, jakby dach stanął przed wejściem.
| Cytat: | | Warto w tym miejscu pozostać jeszcze przy dziewczynce, gdyż jej dziecięcy rozum bardzo mocno skupiła się nad miejscem w którym czuła by się pewnie. |
Well, here you certainly messed around. Nie zawsze takie wtrącenie jest okej, i tutaj wydaje się być nie na miejscu - tu się wszystko wali, ciała leżą, śmierdzi krwią wszędzie, ale "warto jeszcze powiedzieć coś o dziewczynce". Do tego fragment "rozum - skupiła się". Widać, sporo przeróbek tu było. Ani czas jakoś tu nie pasuje, ani nawet odmiana.
Następne zdanie - trochę przesadzasz ze słowem "bezpieczeństwo". Niby jest specjalne zagranie, ale nadal kojarzy mi się to z "chciała zrobić siku ale na lini kibel-siku-kupa wybrała że siku jest najlepsze do sikania". Taa, czasem bywam dziwny;
| Cytat: | | Zaczynał się powoli krztusić swoim rechotem i tarzał się po ziemi. Wydawał się taki bezbronny. |
Drugie "się" spokojnie można było pominąć. Krótkie zdanie z trzecim "się" na pewno dało się przerobić;
| Cytat: | | w twarz. Ta odwróciła się dookoła własnej powodując olbrzymią radochę jej właściciela. |
Zjadłeś "osi"; no i "radocha" w słowach wszechwiedzącego narratora... xD
Ok, odpuśćmy sobie już szukanie tych wszystkich pierdół. Wpis jest naprawdę długi, zaś walka wieloczłonowa. Wtargnięcie małej pod koniec, to dobra zagrywka, i ma szanse na późniejsze wykorzystanie. Sam pojedynek dla mnie mało czytelny, z lekka męczący i raczej nie zapadnie mi w pamięć.
Całościowo uważam, że nie jest tak źle. 6 to chyba dobra rekompensata za te wszystkie katusze xD
Do obu:
Obaj narobiliście tyle błędów, ale ocena to dalej "powyżej przeciętnej", czyli 6. Dlaczego? Cóż, rozbicie tego pojedynku na parę czynników to dobra zagrywka, ale czasochłonna, jak diabli. Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że 5 było by coś-niecoś krzywdzące. Nie chcę wyjść na stronniczego, ale samo przemyślenie tej batalii musiało zająć sporo czasu. Nie jest to jeszcze szczyt taktyki, ale jest w sumie ok. Do tego nie czuję się na siłach, by być okrutnym, bezdusznym tyranem, który tylko złe rzeczy widzi. Po przeczytaniu tych walk tak jeszcze ze dwa razy dałem radę pojąć parę niejasnych wcześniej zagrań. Wygląda na to, że nawet ja nie mogę złamać systemu...
Średnia: 6
Alechs
Wstęp....
Wstęp...
Okej, fajnie. Nie ma to jak tekst, polany patosem, z wiórkami słów rzadko używanych. To tak, jakbyś próbował silić się na "Star Wars scrolling" w ostatnim Batmanie. Wszyscy mają rozdziawione paszcze i krzyczą "co to kurr*na jest?!". Po prostu nie pasuje.
Narracja ok, błędów chyba nie ma aż tylu (lub wcale), niemniej nadal jest to zawiłe, pełne pytań retorycznych, sprowadzające na manowce.
Oh, wreszcie przechodzisz do sedna - trochę o Darielu, Alexxie i czas na walke. Nadal jednak nie widzę tego zabawnym, nazywanie siebie "bohaterem". Tego też używało się dawniej i to raczej w filmach ("nasi bohaterowie dotarli do Alexxa! Ale czy będą w stanie sprzeciwić się jego woli?! Watch it on the next episode of Dragon Ball Bleeach!");
| Cytat: | | moment aby się zachichotać |
Bez "się";
| Cytat: | | całkiem przyjemnej strategii, której zdradzę, nawet nie wprowadził w życie |
Kto opowiada tę historię? Niby z przecinkami wszystko ok, nie? Ale "zdradzę" jest wtrąceniem. Daj chociaż myślniki;
| Cytat: | | kościstymi kontrami mistrza. |
"Koścista" odnosi się raczej do wyglądu, niżli do rodzaju ataku. Chodziło ci o atak kośćmi, czy atak kościstymi kończynami?
| Cytat: | | aby w końcu uskoczyć z tej nawałnicy, dzięki szkole Hebi oczywiście, wprost na pobliskie drzewo |
Czytając ciągiem, nie zauważa się, że drugie zdanie, to wtrącenie. "Dzięki szkole Hebi uskoczyłem na pobliskie drzewo, hurra" - priceless xD
Mało tu szaleństwa, więcej taktyki. Twoja postać zostajła jednak lepiej ukazana w arcydługich wpisach twoich oponentów. Zwalmy to na fakt, że twoja postać jest już po wielu pojedynkach. Ogólnie więcej myślenia a mniej bezmyślnej napierdzielanki czasem też może przynieść dobry wpis.
Pomijając moją rozdziawioną na początku szczękę, wtrącenia allexowego narratora ("nasz bohater strzelił z biodra... kością!") to jest to całkiem dobry kawałek. Miałeś lepsze, nie przeczę, ale podeszłeś do tego jak Kalamir - "dosyć pie**nia, ban kai i nie żyjesz!". Może być.
7/10 bo raczej nie zapadnie mi to w pamięć, a spokojnie wystarczy na wygraną. |
|
|
|
 |
^Rada_46

|
Wysłany: 2010-07-15, 10:24
|
|
|
Typowanie Zamknięte.
Dariel & Lee – 19,25 pkt.(6,42)
Alexx – 21 pkt. (7)
Zwycięża Alexx!!!
Granty:
Alexx: 21000 Ryo
Drax: 3000
Bub: 3000
Pit: 3000
Starke - nie mam pojęcia, czy zacząłeś rzygać rzymskim czymś-tam, ale jeżeli chcesz dostać (w) Ryo to musisz dokończyć swój wpis, maksymalnie do dziś, do północy. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
katalog stron internetowych
darmowa reklama
toplista pbfów
 | |
|